Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 28 lutego 2017

Dziś oficjalna premiera!

Tak.

To już dziś. Oficjalna premiera "Niezatapialnej". Najwyższa pora uwierzyć, że się dotarło do tego miejsca, się przeszło całą drogę od pierwszego delikatnego szturchnięcia Wena do powieści zamkniętej między okładkami na zadrukowanych stronach, się wzięło, zawzięło i się ma.

To jest tak bardzo niesamowite. Cała droga, ponad trzy lata działań okraszonych nadzieją, wściekłością, smutkiem, poczuciem porażki, podnoszeniem się, frustracją bezsilnością, radością, euforią wreszcie. Tymi wszystkimi pierwszymi razami. Pierwszą pozytywną czytelniczą reakcją, pierwszą zachętą
"zrób z tym coś", pierwszą autorską redakcją, pierwszymi zmianami, dopiskami, przeróbkami, pierwszym mailem wysłanym do wydawnictwa (jak mi serce waliło, gdy klikałam "enter"!), pierwszą odpowiedzią (oczywiście nie pozytywną) i pierwszą z tych dających nadzieję. Pierwszą rozmową "na poważnie" w wydawcą (to był czerwiec 2015 roku, pamiętam bardzo dobrze, bo jechaliśmy wtedy do Tychów i ja całą drogę z Gliwic wisiałam na telefonie). Potem był listopad i podpisaliśmy umowę, a data wydała mi się bardzo znacząca. Potem był czas ćwiczenia się w cierpliwości, bo przecież nic nie dzieje się od razu, a Genius Creations to nie żaden moloch i zwyczajnie moce przerobowe są ograniczone.

Kolejne etapy
redakcja, korekta i myśli o panicznej ucieczce. Że nie dam rady, nie podołam, że cała ta praca i czy na pewno powinnam? I potem emocje ogromne, gdy przyszła wersja do składu i pierwsza wizja okładki, i kiedy pojawiła się pierwsza zapowiedź na jednym z portali.

Za każdym razem było tak samo
serce w gardle, skurcz w piersi, najpierw zaprzeczenie, jakieś takie wyparcie, a potem wreszcie najzwyczajniejsza na świecie radość. Radość, bo zrobiłam coś od A do Z swojego. Zaplanowałam, uwierzyłam, działałam i doprowadziłam do końca. Nie sama. Co to to nie. Na każdym etapie miałam przy sobie osoby, które wspierały, podtrzymywały, nie pozwalały zwątpić. Dzieliły się siłą, doświadczeniem, radziły, pomagały wylać frustrację, nie nudziły się biadoleniem, cieszyły się ze mną i chwaliły, gdy było za co. I te osoby wiedzą, że o nich mówię. I że jestem im wdzięczna. I że banalnie, jak tylko można, ale równie prawdziwie bez nich niczego by nie było. A jest.

Dziękuję.

środa, 22 lutego 2017

Mark Z. Danielewski – "Dom z liści"

Autor: Mark Z. Danielewski
Tytuł oryginału: House of Leaves
Rok pierwszego wydania: 2000
Wydawnictwo: MAG, Warszawa 2016
Liczba stron: 795
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła

Przeczytane: 4 lutego 2017
Ocena: niezwykła, na tyle, że tym razem wpis nie obejdzie się bez pewnego rodzaju spoilerów

"A potem – niech się dzieje, co chce – odwrócisz się, niezdolny do tego, by stawić opór, chociaż mimo wszystko spróbujesz się opierać, będziesz walczył ze wszystkich sił, żeby nie stanąć twarzą w twarz z tym, czego lękasz się najbardziej, tym, co jest, będzie i zawsze było istotą, którą naprawdę jesteś, istotą, którą wszyscy jesteśmy, pogrzebaną w bezimiennej czerni imienia."

"Dom z liści" to jedna z książek-przypadków. Weszłam do biblioteki w chwili, gdy była wpisywana do katalogu i Bibliotekarz pół-żartem pół-serio zaproponował mi lekturę. Może mu się nie chciało szukać dla niej miejsca na półce ;) Zaczęłam oczywiście od kartkowania. I tak  zwyczajnie dałam się uwieść nietypowemu składowi. Strony z pojedynczymi słowami, zdanie zwinięte w ślimaka, notatki na marginesach i przypisy dłuższe niż rozdziały, przy których stoją. Trudno się nie zastanowić, czy to ma sens z punktu widzenia historii? Czy jest jedynie pustą zabawą, mająca na celu skusić czytelnika oryginalnością? Większość pytań, jakie mi zadawano, gdy się przyznawałam, że czytam "Dom z liści" kręciło się wokół  czy to aby nie przerost formy nad treścią? Odpowiadam: dla mnie nie. Dla mnie forma współgra z treścią, jest wręcz elementem treści, sugeruje mi-czytelnikowi sposoby rozumienia, pcha w konkretnych kierunkach, a zamieszczone dodatki (tekstowe, ale też w postaci zdjęć, kolaży, skanów listów i notatek) pozwalają zmienić się w odkrywcę, poczuć się tak, jakby się faktycznie było kimś, kto znajduje skrzynię pełną starych papierów i rolek filmu i przeglądając znalezisko poznaje historie.


" Jak ja się tu znalazłem, do kurwy nędzy?
Dom odpowiada mu wymowną ciszą."


Historie  bo to nie jest jedna opowieść. Czytelnik poznaje równolegle losy Willa Navidsona (fotoreportera i twórcy dokumentów filmowych o domu przy Ash Tree Lane, do którego wprowadził się wraz ze swą partnerką i dziećmi, by poukładać coś w swoim życiu), Johnny'ego Wagabundy (przypadkowego znalazcy notatek gromadzonych przez zmarłego Zampano, autora obszernej, niedokończonej i dopiero teraz  w tej niedoskonałej formie   publikowanej rozprawy naukowej na temat filmów i życia Navidsona) a także samego tytułowego domu. Ta ostatnia stanowi element grozy w czystej postaci  niewyjaśnione zjawisko podprzestrzeni, chłód, mrok, ofiary. Ta środkowa (Johnny'ego) jest drogą bohatera w głąb własnej psychiki i pamięci. Poznajemy go we wstępie, potem poprzez wplatane w rozbudowane przypisy  scenki z jego życia, w których wyraźnie widać dramat skrywany pod płaszczykiem beztroskiego hedonizmu i wreszcie w dołączonym przez wydawcę pamiętniku z podróży w poszukiwaniu domu. Ta pierwsza (Navidsona) stanowi coś w rodzaju szczegółowego studium przypadku sporządzonego przez Zampano, a jednocześnie mimo przyjętej pseudonaukowej formy, nie można w żadnym razie odmówić jej literackości. Do tych trzech historii mogłabym dodać jeszcze jedną  najsłabiej zarysowaną, pełniącą raczej funkcję ducha unoszącego się nad całością. Historię samego Zampano  ociemniałego (tak zakładam, bo nawet jeśli pisał swą rozprawę jako człowiek niewidomy, to przecież obejrzał filmy, prawda? A może jest w tym coś więcej, coś, czego nie zrozumiałam?) samotnego mężczyzny, który wydaje się być kimś, kto grozę Domu z liści pojął dogłębnie i stał się jej ofiarą. Kogoś, kogo poznajemy przez to, co uznawał za warte zanotowania, co postanowił wykreślić ze swego tekstu, a także w tych drobnych chwilach, gdy do naukowej rozprawy może nieco nieświadomie wkładał swoje odczucia.

"[...] w ostatnich scenach w prawym górnym rogu kadru widoczna jest maleńka błękitna iskierka, wypłakująca swój blask w pustkę; wystarczająco mocna, żeby było ją widać, zbyt słaba, by cokolwiek oświetlić."

Wszystkie wątki początkowo biegną równolegle. Momentami mogę decydować, który poznam szybciej – tylko ode mnie zależy, czy najpierw przeczytam przypis, czy jednak to, co pozornie wydaje się właściwą treścią rozdziału. Ode mnie zależy, czy wgłębię się w marginesowe wyliczanki Zampano – graficzny dowód obsesji, czy sięgnę do dodatków, by poznać relację Johnny'ego z rodzicami. Podobało mi się to bardzo. Jestem typem czytelnika bałaganiarza. Często wertuję czytaną książkę, cofam się, powtarzam fragmenty, gdy zdaje mi się, że gdzieś napotkałam światło rzucane na wcześniej zamieszczoną wskazówkę. Zdarza mi się też wybiegać w przód, muskać wzrokiem tekst na wpół bezmyślnie, żeby za dużo nie wiedzieć, ale żeby jednak coś wiedzieć. Tak – nie straszne mi spoilery. Bywa, niecierpliwie liczę strony, sprawdzam, gdzie pojawi się konkretny bohater, na którym najbardziej mi zależy. Z powodu tego nieco chaotycznego być może sposobu przyswajania literatury "Dom z liści" okazał się po prostu stworzony dla mnie. Mogłam to wszystko robić absolutnie legalnie. Z błogosławieństwem autora.  Ale to była tak naprawdę dygresja, więc wróćmy do książki właściwej. Ta równoległość w pewnym momencie się kończy. Wątki zaczynają mieć na siebie wpływ. Niektóre się zlewają. Ten popycha do zrozumienia tamtego. Wątek Navidsona zwalnia łagodnie, wątek Johnny'ego przyspiesza niczym pędząca w dół kolejka górska. I to wszystko pasuje. Na zakończenie każdego z nich czekam z tym samym napięciem. Chcę się dowiedzieć, co z domem, chcę się dowiedzieć, co z dalszym życiem Willa i jego rodziny, chcę odkupienia dla Johnny'ego. Zampano kończy swą rozprawę. Domu nie ma, był, jest i będzie. Minęły trzy tygodnie od lektury, a ja jestem pewna, że gdybym przeczytała tę książkę jeszcze raz, zobaczyłabym ją inaczej, bardziej, dokładniej. 

"Szkoda, że mrocznym językom rzadko jest dane przetrwać.
Ledwie zostaną wymyślone, natychmiast umierają, niezdolne przeniknąć cokolwiek, zbadać, połączyć. Okrutnie piękne, ale najczęściej niewystarczające."

Co jest w "Domu z liści" osobno satysfakcjonujące to sposób napisania. Dbałość o to, by narracja Johnny'ego była inna niż narracja rozprawy Zampano. Celowość "udziwnień" składu, ich wpływ na obrazy tworzone w głowie, na rozszerzenie repertuaru zmysłów, którymi odbierałam tę książkę. Podobały mi się długie, przyspieszające zdania w przypisach i ostre cięcia pojedynczych słów. "Dom z liści" ma moim zdaniem świetną melodię. A już prawdziwą radosną wisienką na torcie był dla mnie fakt, iż wydawnictwo zadbało o to, by w polskiej wersji tekst wykropkowany pismem Braille'a był także przetłumaczony. Prawdziwy miód.

I naprawdę polecam.

środa, 25 stycznia 2017

Andrzej Mularczyk – "Co się komu śni. I inne historie"

Autor: Andrzej Mularczyk
Tytuł: Co się komu śni. I inne historie
Rok pierwszego wydania: 1968 (Co się komu śni) i 1983 (Czyim ja żyłem życiem)
Wydawnictwo: Dowody na Istnienie, Imprint Fundacji Instytut Reportażu, Warszawa 2015
Liczba stron: 424

Przeczytane: 15 stycznia 2017
Ocena: wspaniała!  

"Smakujcie te reportaże, pławcie się w obfitości słów; bo tak właśnie czyta się teksty Mularczyka: płynie się przez nie, a jeśli ktoś nie umie pływać, niech kroczy, a będzie iść krokiem tanecznym. To nie są teksty poszatkowane na krótkie, szybkie akapity, porwane jak liście sałaty, wystrzelane zdaniami: co kropka, to pocisk, co puenta, to mała śmierć. Tak jak on już się nie pisze, nie ma na to miejsca w gazetach, nie ma czasu, pieniędzy. Reportaż? O miłości? Na pięćdziesiąt tysięcy znaków ze spacjami?"

Autorką powyższych słów jest Julianna Jonek. Pochodzą ze wstępu, który ułożyła do wydanego w 2015 roku wznowienia reportaży Andrzeja Mularczyka wybranych z dwóch wcześniejszych tomów: "Co się komu śni" i "Czyim ja żyłem życiem". Przytaczam je, bo uznaję, iż lepiej niż moje zachęcą do sięgnięcia po teksty, które powstały pięćdziesiąt lat temu, korzeniami sięgają do czasów wojny, a ja – czytelnik dzisiejszy – nadal jestem w stanie podczas lektury czuć więź z bohaterami.

Tak się jakoś złożyło, że nigdy nie dogoniło mnie nazwisko Andrzeja Mularczyka. A przecież jego twórczość – jak chyba wszystkich w Polsce – wielokrotnie. "Sami swoi", "Dom", czy nawet powieść radiowa "W Jezioranach", której co prawda nie wysłuchałam nigdy żadnego odcinka, ale przecież słyszałam o niej niejeden raz, tak mocno wrosła w polską rzeczywistość kulturową. Jak to jest, że człowiek zapamiętuje nazwisko reżysera, a na człowieka, który napisał scenariusz uwagę zwraca znacznie, znacznie mniejszą, jeśli w ogóle? Dobra lekcja dla mnie. Uważniejszym odbiorcą chcę być w przyszłości. 

Tym większa też moja wdzięczność dla tego, kto wrzucił do mego Słoika Podrzutków tę pozycję i wzywam tego kogoś do ujawnienia się, bym mogła wdzięczność wyrazić osobiście i gorąco. Zaiste dobry to był pomysł poprosić znajomków o niespodzianki do czytania.

O czym to właściwie jest?

"– ... I kiedy po tym tyfusie na oczy przejrzał, rękę wyciągnął i mnie po włosach pogłaskał, i kiedy ten list jeden jedyny w życiu od niego dostałam, i kiedy po pięciu latach niewidzenia, budząc się, przeczułam, że to jest dzień, który mi go znów pozwoli przywitać, i kiedy mnie drugi raz w życiu onże sam do ślubu prowadził, i kiedy ten pierścionek podarował za urodzenie Roberta, a nawet i wtedy, jak znalazłam psa sztywnego przy budzie, czymś zatrutego, co było znakiem, że on jest, że krąży gdzieś blisko, i teraz też, kiedy się dowiedziałam, że jest w tym domu bez klamek nałogiem całkiem oczumaniony – to jakbym się na nowo narodziła."

O ludziach. Jak to w reportażach. O miejscach, w których żyją. O tym, jak żyją, o tym po co. O radościach i dramatach rozciągniętych na lata, skondensowanych na kilkunastu/kilkudziesięciu stronach. O faktach. Prawdzie. Takiej, która czasem nie mieści się w głowie, w którą nieraz trudno uwierzyć, ale się wierzy, bo to reportaż. Wierzy się w to, co się czyta, bo ufa się temu, co do ludzi dotarł, wysłuchał, spisał ich słowa. Nadał im (i słowom i ludziom) znaczenie tym właśnie, że się ku nim pochylił, okazał zainteresowanie, ciekawość zwykłą i nie oceniał. Po prostu słuchał, a potem podał dalej opakowane w piękny język literatury. Bo poszczególne opowieści, poza tym, że przejmujące same w sobie, są też napisane w taki sposób, że mocniej jeszcze uderzają, mocniej ściskają i lepiej się je zapamiętuje. 

"W zaciśniętych kurczowo dłoniach zdusiłem wyrwane zielsko. Dziś wiem, że to była macierzanka, ale wtedy tylko ten skurcz i zapach. Ten zapach. Ten zapach. Czy odczuwa się ból od śmiertelnego pocisku? Czy usłyszę jeszcze huk, czy tylko coś przetnie ten drgający słup powietrza i świat przestanie istnieć? Jak się pada? Na twarz? Na plecy? Nie, to nie było myślenie, to było pocenie się, pot oblepiał, spływał, rozmiękczał kości."

To nie są łatwe opowieści. To wojenne powidoki. Historie ludzi, którym wojna i czas powojenny wiele zabrały, ale bywało też – jakby  wbrew, jakby w dowód oporu – że coś dawały. Przyznam, że boję się takich historii. Unikam ich. Jeśli wiem, że coś będzie dla mnie trudne, że wywoła smutek, żal, wściekłość, bezsilność – i to takie, z którymi nie można sobie poradzić prostym: to tylko książka! – omijam to. Widzę w tym swoiste tchórzostwo i wstydzę się tego. I jeśli już odważę się wreszcie sięgnąć – jak sięgnęłam po reportaże Andrzeja Mularczyka – nie żałuję.

Nie żałuję bo to są teksty tak bardzo warte przeczytania! Historie ludzi, których opisują są tak bardzo warte pamiętania! Wyłuskane spośród tylu innych. Zdobyte z wysiłkiem – to nie tak, że można było napisać maila, umówić się na kawę w dogodnej porze. To był czas listów w kopertach i podróży na końce świata, czas – bo bywało i tak – niezapowiedzianych wizyt. I nie ukrywam, dla mnie ma to dodatkowy wymiar, nadaje reportażom opisującym podwórko, które przecież uważam za własne, smaku przygody, romantycznego porywu. Ale nie dlatego kiedy już zaczęłam czytać, to nie mogłam przestać (co doprowadziło na przykład do wyskakiwania z autobusu w ostatniej chwili, bo cudem tylko wychwyciłam nazwę przystanku w nieznośnym szumie tła). Nie mogłam przestać, bo nie byłam w stanie zostawić tych, o których czytałam, nie dowiedziawszy się o nich wszystkiego. Czytałam i czułam się z nimi związana. Z każdym. Porównywałam siebie z nimi. Bałam się o nich. Chciałam dla nich jak najlepiej. Złościłam się z nim. Byłam tam, gdzie oni. Czułam zapachy, wsłuchiwałam się w dźwięki, bolały mnie zdarte na murze kostki palców. To aż dziwne. Bohaterów i mnie dzielą dziesiątki lat. W innych światach żyjemy. A przecież to, co najważniejsze dla mnie i dla nich wciąż jest takie samo.

"– Spotykam cię, bo to jest nasze przeznaczenie – powiedział. – Teraz już nie możemy się rozminąć.
Przestaje opowiadać. Majewska czeka i wreszcie słyszy:
– No i się nie rozminęliśmy. To było jak elektryczne wyładowanie wielkiej mocy. Od tamtej nocy jesteśmy razem do dziś." 

Boję się, że nie potrafię wyjaśnić, co mnie w tej książce aż tak zachwyciło. Po prostu każdemu polecam, niech się sam przekona. Czuję, że wszystko, co chcę powiedzieć jest miałkie i jakieś takie nijakie w porównaniu z tym, z czym się zetknęłam. Ja się zwyczajnie cieszę, że czytałam i chcę do tych tekstów wracać, nawet jeśli własne pisanie wydaje mi się teraz jakieś mdłe i niepotrzebne. Wstyd po prostu wymyślać te fikcyjne zdarzenia, które muszą być prawdopodobne i którym tak łatwo zarzucić kicz i zbytnią naiwność, a na dodatek nigdy nie będą w stanie tak poruszyć czytelnika, jak te najbardziej zdałoby się niewiarygodne, niewyobrażalne, a nieraz może i odrobiną banału trącące historie żywych ludzi. Ci, którzy tworzą fikcję to tylko naśladowcy życia. Twórcy reportażu, życiem oddychają. I tylko tuż przed rozstaniem, gdy czytałam wywiad z autorem zamieszczony na końcu zbioru, gorzko mi się zrobiło, kiedy powiedział, że dziś już nie ma takich historii, nie ma się czym emocjonować. Nie wierzę w to. Historie są różne, bo każdy czas ma własne, ale każdy ma.

środa, 30 listopada 2016

O tym, jak położyłam NaNo, bo położyłam NaNo

To jest Pinta. Pincie jest przykro, bo Siem w tym roku nie wygrała NaNo. Nie wygrała, bo nie pisała w pocie czoła 1667 s(ł)ów dziennie, zatem Pinta miała znacznie mniej okazji do wylegiwania się na kolanach/nadgarstkach/klawiaturze i stąd jej smutek zapewne.

Siem gdzieś w okolicach września tego roku postanowiła ostatecznie, że nie będzie pisać NaNo w listopadzie, ponieważ rozsądek, rozsądek, rozsądek. Każdy z tych trzech rozsądków mówił jasno, że to zły rok dla NaNo Siem. Mózg kompletnie zajęty czym innym, serce pędzące ku Niezatapialnej w fazie korekty, prac składowych i w ogóle ku Niezatapialnej (budzenie się w środku nocy z paniką w temacie przecież okręt nie ma kapitana, Siem, idiotko, ogarnij się! to taki standard ostatnich paru miesięcy), a co za tym idzie kompletny brak przygotowania nie tylko fizycznego (jakiś plan?...) ale też psychicznego (zanim zaczęłam pisać Niezatapialną przez pół roku każdego dnia się w nią wkręcałam na różne sposoby, choćby mi się wydawało, że nie) był dość jasną wskazówką: NIE, SIEM, NANO 2016 NIE JEST DLA CIEBIE. I co Siem zrobiła? Jak zwykle grzecznie (nie) posłuchała rozsądku. Okładkę zrobiła. Projekt założyła. Publicznie oznajmiła, jak to pisać będzie. Pisała dwa dni. Stwierdziła, że pisze wcale nie tak, jak chciała. Zatrzymała się. Zaczęła pisać raz jeszcze. Było lepiej, ale wcale nie było tak, jak miało być. No i skończyło się tak, że rozsądek dogonił Siem w okolicach szóstego listopada.

Mogę to podsumować tylko tak: jestem całkiem zadowolona z tego, że tak szybko się zorientowałam, że nie, nie muszę. Że to miała być uciecha, a nie miesiąc bólu z powodu marnowania czasu. Że przecież chcę tekstu, nie notatek (patrz zeszły rok), że byłoby fajnie, gdyby coś z tego wzbudzało zadowolenie, a nie poczucie porażki mimo zwycięstwa. Zamiast więc pisać cokolwiek, zaczęłam po pierwsze myśleć porządnie nad Przygodami niewiarygodnej Pike i mam wrażenie, że doszłam do ładu z wizją kolejności przedstawiania wydarzeń  tych już spisanych parę lat temu i tych, które trzeba dołożyć, by powieść stała się czymś więcej niż opisem radosnego biegu przez planszę z punktu A do B. Po drugie przeczytałam Powstrzymać nieuniknione  znaczy tę jego część, którą zdążyłam kiedykolwiek napisać. Tu nadal serce walczy z rozumem o poszczególne wątki, ale przynajmniej na pewne postrzyżyny w ramach wątków nie do wywalenia serducho się zgodziło. Po trzecie poprawiłam po raz ostatni (OSTATNI) Eksperyment profesor Kenner. Po czwarte napisałam opowiadanie! Opowiadanie w realiach XIX-tego wieku, z akcją rozgrywającą się na ziemiach polskich pod zaborem pruskim i do tego takie, którego temat przewodni urodził się dobre półtora roku temu. Się długo rozkręcam... Długo też grzebałam w różnych źródłach po to, żeby się lepiej wkręcić w klimat, choć nie rzucam w samym tekście przesadnie historią, jeśli w ogóle. Jestem z niego zadowolona. Tak. Jestem z niego zadowolona. Zobaczę, czy na przykład za dwa tygodnie nadal będę zadowolona, ale na razie jest teraz i jestem ;) 

To był dobry listopad. Znów się dużo o sobie nauczyłam. Na przykład, że potrafię misternie rzeźbić zdania tak, by każde słowo było na miejscu i niezbędne (znaczy teraz tak wyglądają, zobaczymy jak to z nimi będzie choćby za dwa tygodnie...). Patrzyłam na dzielne NaNowce pędzące do mety i choć było mi smutnawo, że nie pędzę z nimi to okazało się, że słońce nadal wschodzi mimo wszystko... I to zupełnie nie tak, że ja już nigdy nie napiszę 50k s(ł)ów w listopadzie. Albo, że nie spróbuję napisać 50k s(ł)ów w listopadzie. Ale na pewno lepiej się do tego przygotuję. A teraz ja, moja przegrana i moja smutna Kot idziemy planować sceny do napisania jutro ;)


niedziela, 30 października 2016

Pisarzem, czy nie pisarzem



Po pierwsze: jak widać, nadszedł czas NaNo. Pisać, nie pisać, pisać, nie pisać, no i piszę „Przygody niewiarygodnej Pike”. Inaczej niż trzy i pół roku temu, zamierzam zrobić to porządnie. Z głową i odrobiną planu. Ale przede wszystkim zamierzam się dobrze bawić, bo ostatnie stresy (niekoniecznie związane z pisaniem) sporo radości z pisania ze mnie wyssały. Tak więc – raczej nie spodziewajcie się wielkiej listopadowej aktywności w tym miejscu.

Po drugie: opowiadanie „Wow!”, czyli kosmosy w wersji Siem, zajęło trzecie miejsce w konkursie „Ten pierwszy raz” wydawnictwa Genius Creations. Trzecie miejsce przy nadesłanych dziewięćdziesięciu tekstach. Będzie w antologii pokonkursowej. Przy okazji dodam, że będzie tam razem z tekstem Fryy, która zajęła miejsce drugie! Jesteśmy wielkie, Fraa! Znów to zrobiłyśmy! (KONKRETNIE TO

Po trzecie: prace nad „Niezatapialną” trwają. Redakcja za mną, w poniedziałek dostałam plik po korekcie. Mówi się o okładce i opisie na nią. Czasem wciąż nie wierzę, że to się dzieje. Trochę jak sen albo zwyczajna niemożliwość, a jednak wszystko wskazuje na to, że się dzieje. Zwłaszcza to:

Okładka robocza do "Niezatapialnej" 
autor: Paweł Dobkowski - źródło


A teraz po ostatnie (tak naprawdę będące sednem tego wpisu): od jakiegoś czasu czuję potrzebę wytłumaczenia się z faktu, iż ośmieliłam się na fejsbukowym fanpejdżu określić siebie mianem pisarza. Wielu zapewne uzna, że tytuł ten zagarnęłam bezpodstawnie i na wyrost, że gdzie mi tam do pisarza. Czy ktoś mnie zna? Czy coś wydałam? Czy zarabiam pisaniem? Skromności trochę, dziewczyno! Wyobraźnia podpowiada mi takie właśnie różne reakcje, a pamięć pokazuje wpis Ani Kańtoch na jej blogu Czym się różni pisarz. I tak, czuję się zawstydzona. 

A jednocześnie wiem doskonale kim jest dla mnie pisarz, znam swoją definicję i to nią się kierowałam przy wyborze. Pisarz to człowiek, który pisze i chce być czytany. Który poświęca czas i energię, nie tylko na tworzenie ale i na dążenie do tego, by jego twórczość trafiła do odbiorców. Samo „pisarz” tak naprawdę znaczy niewiele. Można bowiem być znanym pisarzem, poczytnym pisarzem, popularnym pisarzem, kupowanym pisarzem, wydawanym pisarzem, a nawet wielkim pisarzem. Zawodowym pisarzem albo pisarzem amatorem. Ale można też być pisarzem początkującym, pisarzem nieznanym, pisarzem czekającym na debiut, pisarzem aspirującym, a nawet pisarzem odbijającym się od drzwi wydawnictw, pisarzem, którego moment jeszcze nie przyszedł. Zupełnie inną sprawą jest bycie dobrym albo złym pisarzem. To już powiedzą czytelnicy i krytycy. Kiedyś, w przyszłości, gdy to, co pisarz napisał, w jakiś sposób do nich trafi. 

Nie założyłabym fanpejdża, gdybym nie miała w perspektywie wydania książki. Dość naturalnie, jak myślę, nie czułam takiej potrzeby. Ale kiedy okazało się, że dostałam swoją szansę od wydawnictwa Genius Creations, postanowiłam to zrobić. I wtedy facebook postawił mnie przed wyborem: pisarz czy autor, droga Siem? I pomyślałam, że autor to bardzo pojemne pojęcie, które w żadnym razie nie objaśnia od razu o jakie autorstwo chodzi. Mogę wszak być autorem obrazu, rzeźby, a także planu zagospodarowania przestrzennego mojej działki lub programu terapeutycznego, dla któregoś z moich byłych podopiecznych. A słowo „pisarz” mówi wprost, że fanpejdż należy do człowieka, który pisze. I tym właśnie dla siebie jestem – człowiekiem, który pisze i który, ze względu na pisanie, wprowadził w swoje życie parę istotnych zmian, a kiedy patrzy w przyszłość, widzi siebie jako człowieka piszącego. To chcę robić. I już. A jakie będą efekty, to się zobaczy.