Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 26 listopada 2017

Justin Somper – "Wampiraci. Demony oceanu"

Autor: Justin Somper
Tytuł oryginału: Vampirates. Demons of the Ocean
Rok pierwszego wydania: 2005
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, Warszawa 2006
Liczba stron: 317
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa

Przeczytane: 20 września 2017
Ocena: jestem na to za stara ;)

"Choć nie był związany jak kapitan, nadal nie mógł się ruszyć, gdyż napastnik z dwoma kordami w rękach stał tuż przed nim, gotowy do akcji. Przypomniał sobie poradę Barta: "Zawsze obserwuj oczy przeciwnika. Miecz może kłamać, oczy nie". Przeniósł spojrzenie z pary ostrzy na oczy napastnika. Zauważył, że są ciemnobrązowe. W ich głębi, ku swemu zdumieniu, dostrzegł strach."

Wyobrażam sobie, że ta książka ma wszystko, żeby stać się ulubioną książką czytelnika w wieku młodszym nastoletnim. Są młodzi bohaterowie z tajemniczą przeszłością, złożeni nieszczęściem i zmuszeni do opuszczenia znanego sobie świata, a następnie rozdzieleni. Są piraci, a więc abordaże, łupy, przygody. Są wampiry, ale takie dobre w gruncie rzeczy. W rodzeństwie Tempest bez problemu dostrzegam postaci, z którymi mogą się identyfikować marzący o niezwykłych przygodach młodzi czytelnicy. A ja jestem na nią po prostu mocno za stara.

Skąd się wzięła w słoiku z wyzwaniem? Podejrzewam żart w stylu: "patrz, Siem, tu są PIRACI. Bierz.". No to wzięłam. I patrzę na to wszystko jak człowiek w wieku dinozaura. Czyli: po co autorowi było umieszczenie akcji w jakiejś dalekiej przyszłości? Nie mówi nam o niej nic, świat społecznie funkcjonuje jak mieszanka naszych czasów i wieku dziewiętnastego, bądź może osiemnastego. Nie widzę w tym pierwszym tomie serii żadnego powodu do podawania jakiejkolwiek daty. Mam też ogromny problem z naiwnością tej książki. Bo mam wrażenie, że nawet dla młodszych nastolatków będzie zbyt łopatologiczna. Ale to może być tylko moje wrażenie, bo jestem stara i po prostu nie pamiętam aż tak dobrze, jak postrzegałam świat w wieku lat trzynastu.

Pierwszy raz w trakcie wyzwania trafiłam na coś, przy czym nie czuję się targetem tak bardzo, że nie jestem w stanie prawie niczego powiedzieć. Ot, czytała się szybko, bo literki duże, a fabuła w gruncie rzeczy prosta. Czy podrzuciłabym ją w odpowiednim czasie Bratanicy? Nie. Niech sobie sama znajduje takie rzeczy... Ale z chęcią posłucham, co będzie miała do powiedzenia ;)


PS. Kolejna pozycja ze słoika to "Mapa Czasu" Felixa J. Palmy.

sobota, 7 października 2017

C. J. Cherryh – "Spadkobierca"

Autor: C. J. Cherryh
Tytuł oryginału: Inheritor
Rok pierwszego wydania: 1996
Wydawnictwo: MAG, Warszawa 1999
Liczba stron: 440
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz

Przeczytane: 23 sierpnia 2017
Ocena: bardzo się nudziłam, nie zgrywamy się z głową Brena

"– Żagle-kwiaty wylądowały na Mospheirze – przypomniała wszystkim. – Wędrujące maszyny rozdarły ziemię oraz kamienie Ganów i przez pewien czas było dla Barijda-aijego wygodne, że ostatnia warownia Ganów uległa tak nie przewidzianemu zagrożeniu. Kamienie babek zostały powalone nie rękami z ciała i kości, lecz przez te dymiące maszyny. Maszyny obaliły herezję. 
– Tak – powiedział chłopiec. A wszyscy atevi wyjechali z Mospheiry i osiedlili się na tym wybrzeżu.
– Głupia polityka – orzekła Ilsidi."

Moja przygoda z cyklem "Przybysz" zaczęła się dawno temu. Będzie ze cztery lata. Namówiona przez fankę Brena pochłonęłam ekspresowo pierwszy tom. Nie ogarniałam polityki, ale ogarniałam człowieka. Bardzo mi się podobał Bren – urzędnik, tłumacz, łącznik między dwoma ogromnie różniącymi się rasami, ktoś od czyjego wyczucia i umiejętności zależą losy cywilizacji. I jednocześnie ktoś, kto nigdy nie był szkolony do walki. Kto nie powinien być stawiany w sytuacjach potencjalnie niebezpiecznych dla jego życia. Kto przy silniejszych, większych atevich nie miał zwyczajnie szans. Zwykły człowiek. Pełen strachu, ale i odwagi, który w ekstremalnej sytuacji potrafi znaleźć w sobie pierwiastek bohaterstwa. Zaimponował mi. 

Po drugi tom, "Najeźdźca" sięgnęłam dość szybko i jeszcze szybciej się zablokowałam. Nudziłam się. Nie rozumiałam trzech czwartych tekstu. Gubiłam się w rozmowach Brena z atevimi i to zarówno, kiedy trwały, jak i potem, gdy on je tłumaczył teoretycznie na ludzki. Nie czułam, żeby cokolwiek się działo. Przerywałam i wracałam ponownie, bo jestem uparta. Może powinnam była po prostu czytać po przekątnej, skupić się na elementach przygody. Może, ale nie potrafiłam się ich doczekać. A o tym, jak wiele się działo i jak bardzo ja potrafiłam się skupić na tekście, niech powie fakt, że w tomie, który czytałam, brakowało kilkunastu kartek. Nie zauważyłam braku. Zorientowałam się dlatego, że wydawało mi się, że podejrzanie dużo przeczytałam i zaczęłam kartkować wstecz.

Tom trzeci, "Spadkobierca" stał na półce pomiędzy pożyczonymi książkami długo. Gdyby nie wyzwanie i jakiś ośli upór z mojej strony, pewnie bym po niego nie sięgnęła. Ale pożyczyłam go z rozpędu razem z drugim, a jak oddać komuś nieprzeczytaną książkę? Nie umiem i czasem przez to cierpię, ale jeśli się weźmie pod uwagę ile razy dzięki tej niepisanej zasadzie wygrałam, to cieszę się, że jej przestrzegam.

Do "Spadkobiercy" podchodziłam nieufnie. Znów było dużo gadania, dużo rozciągniętych i mało interesujących wejść w głowę Brena, który rozkłada każdy grymas na czynniki pierwsze. Taka jego praca, a wie już, że od niego zależy mnóstwo, wie, po której stronie się opowiada. Minęło półtora miesiąca, odkąd przeczytałam książkę i z tej perspektywy umiem na przykład docenić przemiany i podziały wśród ludzkich gości planety atevich. Umiem docenić to, jak autorka wzięła pod uwagę różnicę między ludźmi od pokoleń żyjących na planecie, a tymi, którzy przylecieli na statku. Cieszy mnie, iż Jase, w którego poziom łajzowatości nie byłam w stanie uwierzyć, faktycznie nie był łajzą, a konsekwentnie realizował plan. Podoba mi się zakończenie. Ale kiedy skończyłam czytać, czułam tylko ulgę, że doczołgałam się do końca i żal, że już w trzecim tomie, atevi tracą swoje atevskie cechy na rzecz dość ludzkich żartów na przykład. Mam wrażenie, że pewne rzeczy pojawiły się niepotrzebnie i uczłowieczyły do tej pory naprawdę dopracowaną pod względem obcości rasę obcych właśnie. To zwyczajnie z mojego punktu widzenia zepsuło wrażenie, które autorka wypracowała wcześniej.

Czy będę czytać dalej? Nie wydaje mi się. Mam poczucie, że "Przybysz" to ważna seria, ważny punkt na mapie powieści S-F, pod tym względem cieszę się, że miałam z nią kontakt. Nie czuję jednak ekscytacji na myśl o poznawaniu dalszych losów Brena. Niech zostanie dla mnie tu, gdzie dotarł wraz z zakończeniem "Spadkobiercy".


PS. Następna książka wylosowana ze słoika to "Wampiraci". Mam złe przeczucia.

niedziela, 1 października 2017

3-2-1, czyli sierpniowo-wrześniowe konwentowanie i plany na resztę roku



Mamy pierwszy dzień października. Nowy miesiąc, nowe plany, nowe założenia, nowe obietnice dawane samej sobie. Najsampierw – odkurzyć bloga, co właśnie czynię z rozmachem. Ponieważ ten rozmach zdaje się być nieco przesadny, postanowiłam wprowadzić spis treści. W ten sposób przygodny czytelnik, będzie mógł wybrać fragment, który go interesuje. Świetne, prawda? Tylko, że bloggerowe zrozumienie języka html rozbija się o mój nieogar tegoż, a Internety mi wcale nie pomogły, bo ja sobie, a Blogger sobie. Może jeszcze kiedyś wymyślę, jak to zrobić. Na razie po prostu wyróżniki w postaci obrazków – można sobie poprzewijać stronę od jednego do drugiego i tak dalej.
 
Jesienny zamek Lipowiec, bo jesień i tak dalej. Mojego autorstwa.
Zero: Wstęp.
Kilka dni temu zamiast prognozowanego końca świata przyszła kalendarzowa jesień. Jesień pogodowa przyszła jeszcze wcześniej i to od razu ta z końca listopada, po której człowiek spodziewa się już odruchowo zasp śnieżnych, choć od kilku lat wcale ich nie doświadcza. Przynajmniej nie w mieście.
Ponieważ mamy jesień, a na dodatek dość definitywnie powróciłam z wakacji, przyszła też pora na podsumowanie lata.
Po pierwsze, wakacje spędzane w tym roku na przejażdżce po Polsce wszerz od Bugu do Odry były świetne. Spotykani ludzie, ich opowieści, szukanie porośniętych mchem i zagrzebanych w ściółce resztek zamkowych murów, dotykanie historii. To wszystko było wspaniałe, inspirujące i podbijające dość wysoko chęć do dalszego działania. W planach kilka wakacyjnych wpisów z kolejnych etapów wycieczki.
Pod drugie w czasie od sierpnia do września odwiedziłam trzy konwenty i czuję potrzebę podzielenia się wrażeniami. Z wrażeń ogólnych i mało odkrywczych – najistotniejsi są ludzie. Konwenty dają na przykład okazję do spotkania na żywo tych, których spotyka się głównie w sieci. Rozpoznawanie się na podstawie zdjątek z facebooka zawsze emocjonujące. Można też poznać nowe osoby, albo poznać lepiej te, które się zna. Nie wiem z czego to wynika, ale cały czas miałam też jakieś takie poczucie panującej dookoła otwartości i mojej przynależności, choć ciągle mi się jednocześnie zdaje, że jestem obca i nieswoja. Poza ludźmi, konwenty to także miejsca. Każde było inne – lubelska starówka, położona poza terenem konwentu, ale w odległości sympatycznego spaceru. Piękna i naprawdę magiczna. Nic dziwnego, że natchnęła Radka Raka. W Zielonej Górze magię robi to, że wszystko dzieje się na jednym podwórku. Owszem – wyskoczyć na rynek na kieliszek wina, czy do czeskiej knajpy na smażeny syr, zawsze można, ale nie ma takiej potrzeby, bo Krzywy Komin daje wszystko, czego człowiek potrzebuje. Toruń to jeszcze inna bajka. Tu konwent praktycznie dzieje się na starym mieście. Człowiek biega między piernikami i zabytkami, próbując zdążyć na prelekcję i wchłania atmosferę czy tego chce, czy nie. Bardzo lubię.
Po trzecie, tak się złożyło, że na Polconie byłam trzy dni, na Bachanaliach dwa, a na Coperniconie jeden. I stąd tytuł niniejszej notki.
Bez dalszego ględzenia przechodzę do garści szczegółów.
 
Źródło: polcon2017.pl
Trzy: Polcon.
Mój pierwszy i od razu rzuciłam się na osobistą głęboką wodę i wystąpiłam z prelekcją oraz wzięłam udział w dwóch panelach. Chaos organizacyjny o jakim głośno było w Internetach mnie akurat jakoś silnie nie dotknął. Ot, podczas jednego z piątkowych paneli (O wydawaniu debiutantów – z udziałem Marty Kładź-Kocot, Anny Nieznaj i Marty Krajewskiej, prowadzonym przez Pawła Majkę w zastępstwie za Marcina Dobkowskiego) stałam się na chwilę Jackiem Wróblem. Było z tego po prostu nieco dodatkowego śmiechu i już. Sam panel wspominam pozytywnie, poza wynurzeniami na temat „jak to było z pierwszą wysyłką swego umiłowanego i genialnego wszak dziecka do wydawnictwa”, sporo rozmawialiśmy o pracy z redaktorem, której wartości nie da się przecenić. Potem miałam wystąpienie solowe Para czy punk. Przegląd literatury steampunkowej, które rozpoczęło się z poślizgiem, bo sprzęt. Bałam się trochę, że sala będzie raczej pusta, ale nie była, potem się okazało, że ten poślizg mi wpłynął znacząco na problem zmieszczenia się w czasie i nie jestem do końca zadowolona z proporcji między częścią dotyczącą historii steampunku, a faktycznym przeglądem literatury steampunkowej. Nie tak miało być, ale jeszcze te sprawy dopracuję! Ostatnim moim publicznym wystąpieniem był panel prowadzony przez Agnieszkę Zapart Jak teoria tworzenia wpisuje się w praktykę. Miałam okazję zastanowić się nad swoimi sposobami pracy, nad tym, czym dla mnie w ogóle jest pisanie (nie żebym nie wiedziała, ale jak jest się zmuszonym do artykułowania myśli nieuczesanych, to nagle rzeczy stają się jaśniejsze). Towarzystwo miałam doborowe, bo w panelu brali udział: Michał Cholewa, Krzysztof Piskorski, Paweł Majka i Jakub Ćwiek. Śmiem uważać, że temu ostatniemu uratowałam życie, puszczając głuchym telefonem przez kolegów pisarzy informację, że noga krzesełka, które zajmuje, znajduje się na krawędzi podwyższenia. Ten ostatni panel z mojego punktu widzenia był najciekawszy i dużo mi dał. Mam nadzieję, że dla słuchaczy również przedstawiał jakąś wartość.
Wszystkie powyższe rzeczy działy się w piątek. W piątek też kibicowałam Agnieszce Zapart podczas jej prelekcji Ciekłokrystaliczne relacje, w której tłumaczyła, że najbardziej wyszukane i dowcipne emotki nie zastąpią mimiki ludzkiej twarzy, koniecznej do rozwoju empatii. Piątkowy wieczór spędziłam w Czeskiej Gospodzie, gdzie Śląski Klub Fantastyki z przyjaciółmi okupował sporych rozmiarów salę i zjadł ogromnie dużo smażenego syra.
Sobota i niedziela były dla mnie dniami bez obowiązków, więc po prostu radośnie rozpoznawałam sobie teren i biegałam między stoiskami i salami wykładowymi, żeby maksymalnie dużo wchłonąć. Na początek poszłam zagłosować na Zajdla, potem na stoisko, przy którym królowała Cyd i poprosiłam ją o hennową ćmę. Ćma wyszła obłędnie, tęsknię za nią i zastanawiam się, czy teraz chcę coś nowego, czy tę samą ćmę… Potem zdobyłam upatrzoną Grumpy Geekową koszulkę z mackami oplatającymi statek, zjadłam pyszne leczo i ruszyłam na Spotkanie z redakcją Nowej Fantastyki w osobach Michała Cetnarowskiego, Jerzego Rzymowskiego, Maciej Parowskiego i Marcina Zwierzchowskiego, prowadzone przez Magdalenę Kucenty. Nie obyło się bez zawracania do historii, ale była też mowa o przyszłości czasopisma. Przyznam, że poszłam na ten punkt programu wiedziona najzwyczajniejszą w świecie ciekawością – w jaki sposób i co mówią, jak się prezentują jako grupa, ci, którzy w pewien sposób kreują rynek fantastyki w Polsce.
Kolejny panel, jaki odwiedziłam to Fantastyczny Lublin, czyli spotkanie z czwórką pisarzy związanych z tym miastem. Agnieszka Hałas, Anna Nieznaj, Jakub Nowak i Radek Rak opowiadali o swoich związkach z Lublinem, swoich inspiracjach, ale także odpowiadali na niełatwe pytania dotyczące lęków towarzyszących pisaniu (bo mama może przeczytać napisaną przez syna scenę erotyczną). Żeby było ciekawiej sami sobie te pytania zadawali, ponieważ prowadzący panel Marek Gorajek z jakiegoś powodu nie dostał informacji o tym, że ma go prowadzić i zjawił się zdyszany pod sam koniec rozmowy. Paneliści poradzili sobie świetnie, było interesująco, ale chaos organizacyjny dał się zauważyć. Po panelu zostałam w tej samej sali, bo chciałam przenieść do reala fejsbukową znajomość z dwiema członkiniami Hardej Hordy. Marta Kisiel i Martyna Raduchowska wraz z Katarzyną Bereniką-Miszczuk dyskutowały o tym, Czy fantastyka jest kobietą. Przyznam, że zawsze mnie lekko spinają takie tematy paneli. Dla mnie sugerują konflikt. Natomiast szczerze cieszę się z faktu, że coraz więcej damskich nazwisk pojawia się w zestawieniach powieści fantastycznych, a to, że zauważam zmianę świadczy o tym, że coś było do tej pory nie tak. Nie wnikając w powody, bo nie o tym jest ten wpis – najwyraźniej fantastyczne panie mają się o co bić i chcą być zauważane. I bardzo dobrze.
Po panelu razem z Serathe ruszyłyśmy na naleśniki. Na miejscu, w cudownej naleśnikarni na lubelskim rynku siedział już główny trzon grupy i grzał miejsca. To, co tam jadłam powinni dawać w greckim niebie zamiast ambrozji :3
Sobota to też dzień gali Nagrody Literackiej im. Janusza A. Zajdla. Siedzenia były wygodne, sala gorąca, a prowadzący wyglądali, jakby mieli zaraz wybuchnąć. Szacun dla nich wielki. Na szczęście wszystko nie trwało zbyt długo, bo omdlenia były całkiem realne. Laureatom składam niniejszym pisemne gratulacje i zaczynam już kombinować nad przyszłorocznymi nominacjami. Po gali Śląski Klub Fantastyki powędrował znów do Czeskiej Gospody. Na nasze małe party porwaliśmy podstępnie Krzysztofa Piskorskiego i spędziliśmy wieczór na próbach wciągnięcia jego osoby na listę klubowiczów.
Posobotni poranek był ociężały, ale zdążyłam na prelekcję pt.: Światotworzenie, prowadzoną przez wspomnianego wyżej Krzysztofa Piskorskiego. Było za krótko. Bardzo za krótko. Spojrzenie na tekst przez pryzmat świata, w którym mógłby się dziać, to nie był do tej pory mój sposób na pisanie. Wychodzę od bohaterów, ale nagle poczułam apetyt na coś innego. Krzysztof potrafi świetnie opowiadać i liczę na to, że kiedyś uda mi się wysłuchać pełnej wersji tej prelekcji, na Polconie skróconej z trzech godzin do jednej.
Ostatni punkt programu, jaki zaliczyłam to prelekcja Michała i Piotra Cholewów W zasadzie pozytywnie, poświęcona zakończeniom filmów, które w pierwszym odruchu uznajemy za szczęśliwe, ale po namyśle jednak nie. Przyznam, że było co najmniej kilka takich, o których nie myślałam, że są pozytywne, choć mogę uznać, że prawdopodobnie zdaniem twórców takie były.
Polcon jako doświadczenie oceniam bardzo pozytywnie. Dla mnie to przede wszystkim spotkanie z ludźmi, z którymi mam o czym pogadać. Długo żyłam z boku fandomu, teraz powoli się zbliżam.
 
Źródło: bachanalia.zgora.pl
Dwa: Bachanalia Fantastyczne.
Bachanalia odwiedziłam po raz pierwszy w zeszłym roku i od razu uznałam, że chcę tam wrócić. Organizatorzy, miejsce, nieprzeładowany program i wspaniała Piekarnia Cichej Kobiety. Bachanalia mają klimat, clue wydarzeń zdają się tu kuluarowo-imprezowe spotkania przy kufelku, a ja nie muszę rwać włosów z głowy podczas wybierania dla siebie punktów programu. Do Zielonej Góry przybyłam dwa dni wcześniej i w czwartek razem z Monszem odwiedziliśmy Muzeum Ziemi Lubuskiej. Tam po wpadnięciu do Muzeum Wina i ominięciu szerokim łukiem Muzeum Tortur (nie lubię, widziałam parę, nie chcę więcej, jestem słaba), wkroczyliśmy na salę wypełnioną planszami z komiksu Igora Myszkiewicza „Paprochy historii: Zielonogórskie Podróże w Czasie”. Jestem zachwycona. Idealne połączenie humoru, wiedzy historycznej, okraszone fantastycznymi aluzjami. Nieco mniej jestem zachwycona sobą, bo w środę miałam możliwość uczestniczenia w spotkaniu autorskim z Igorem, ale się nie zorientowałam na czas. Komiks oczywiście nabyłam i oddałam Bibliotece Śląskiego Klubu Fantastyki, żeby więcej osób mogło się nim cieszyć. Ubawiłam się i dostałam mocnego kopa w natchnienie pod kątem kolejnych Fantazji Zielonogórskich. Bo tak naprawdę do Zielonej Góry przygnał mnie w tym roku fakt, że moje opowiadanie „Biuro podróży” znalazło się w tegorocznej konkursowej antologii. Jestem dumna, że aż puchnę. Przyznam szczerze, że o wiele fajniej mi się pisało o Zielonej Górze po tym jak ją odwiedziłam. Pomysł pojawił się we wrześniu zeszłego roku, podczas spaceru po mieście. Dojrzewał i został spisany, a potem doceniony przez jury. A ja jestem szczęśliwą posiadaczką kolejnej ilustracji do tekstu, wykonanej ręką rysownika, którego uwielbiam. No i mogłam z nim porozmawiać, tak po prostu! Radość.
Jeśli chodzi o prelekcje i panele, to rozpoczęłam od Megainżynierii w kosmosie, o której opowiadał Konrad „Biały” Klepacki. Przełożenie siły wybuchu bomby atomowej na wielgachną muffinkę działa na wyobraźnię. Bardzo. Potem poszłam posłuchać rozmowy o tym, co się dzieje na rynku fantastyki na Ukrainie. Rozmowa była bardzo ciekawa. Poruszała tematy, z których nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak na przykład to, że na Ukrainie brakuje ukraińskich (w sensie pisanych w języku ukraińskim, przez Ukraiców) źródeł historycznych. A fantastyka funkcjonuje bardziej jako literatura dla dzieci, ewentualnie realizm magiczny. Zaś dorosła fantastyka przygodowa to wciąż teren walki z wydawcami, którzy, co nie dziwne, chcieliby, żeby wydanie książki przyniosło zysk. Minusem dyskusji była moim zdaniem obecność Jacka Inglota. Często zagarniał czas antenowy, nie dając się wypowiedzieć gościom w tematach, które moim zdaniem im były bliższe niż jemu. Ponadto nie podobało mi się wytykanie młodym ludziom obecnym na sali nieznajomości rosyjskiego, a więc i języków jemu pokrewnych, czyli tego, że było im potrzebne tłumaczenie. Obecnie w szkołach uczy się języków zachodnich. A młodzi ludzie w angielskim czują się tak samo dobrze, jak we własnym języku. Rosyjskiego prawie się już nie uczy – nie znam żadnej podstawówki, w której ten język byłby uczony. Czy to jest czyjaś wina, że byłam ostatnim rocznikiem mojej szkoły, który miał lekcje rosyjskiego? A może zasługa? Jacek Inglot wzbudził moje zdumienie i odruchowy sprzeciw. Zamiast się cieszyć, że młodzi ludzie interesują się tematem spotkania, zniechęcał swoim stosunkiem do ich młodości i inności. Nie rozumiem tego.
Rozmowa skończyła się w okolicach godziny dziewiętnastej, na kolejną prelekcję nie poszłam, bo trzeba było zgarnąć resztę drużyny. Noc między piątkiem a sobotą obfitowała w rzeczy dziwne. Polconowe Konisie tańcowały do najróżniejszej muzyki, ja też tańcowałam, a biedna Pik niemal została porwana.
Sobotni poranek pokazał pewien problem – mianowicie nie szło mi podnoszenie głowy. Nie przeszkodziło mi to jednak śmiać się głośno i szlochać cicho na prelekcji o dialogach z filmów dalekich klas: My tu gadu gadu, a wątek ucieka! – O najbardziej porąbanych dialogach w filmach klasy B i C (Junk Movies) prowadzonej przez Aleksandrę Mrówkę Łobodzińską. Jak się okazuje jest całkiem sporo filmów, które widziałam i których istnienie wyparłam na czele z „Arche: Czyste zło” polskiej produkcji… Po niej powędrowałyśmy na prezentację serii filmów nakręconych  przez grupę ukraińskich zapaleńców w ramach akcji „Ukraina czyta Lema”. Powiem Wam, że gdybym nie znała Lema i zobaczyła te filmiki, to chciałabym go czytać. Wybrane fragmenty, sposób realizacji… Tak, chciałabym czytać. A tymczasem ja dostałam w podstawówce tragicznie nudny dla mnie wtedy fragment przygód Pirxa. I co? Zniechęciłam się na ponad dwadzieścia lat. Po prezentacji miała miejsce rozmowa, która szybko z grona „specjalistów” wymknęła się na salę. Kończący się czas urwał brutalnie nasze wynurzenia.
Po panelu ruszyłyśmy drużynowo na obiad. Tu lokowanie produktu: Ceska Hospoda „U Svejka”, ulica Obrońców Westerplatte 8, polecam. Fantastyczny wybór czeskich piw i dobre jedzenie.
A na koniec mojego pobytu na Bachanaliach posłuchałam Pawła Majki, który w prelekcji Gdzie się podziali Paladyni udowadniał, że paladynów obecnie można znaleźć w Bollywood. Bo gdzie indziej stali się niemodni, nieatrakcyjni i ogólnie to po prostu za trudni. A ja za Frąą krzyknę: WONDER WOMAN FTW!
Na niedzielę zostać nie mogłam, bo piknikowałam w Siemianowicach Śląskich pod szyldem steampunku. Park Tradycji to świetne miejsce, mnóstwo świetnych zaangażowanych ludzi, wiele pięknych strojów i dopracowanych akcesoriów i fantastycznych kącik na spotkanie autorskie. Jestem wdzięczna za zaproszenie i czekam na kolejną edycję.
 
Źródło: copernicon.pl
Jeden: Copernicon.
Z Coperniconem to było trochę dziwnie, bo najpierw miałam jechać jako gość, potem się nie dogadałam z moim wydawcą i w końcu pojechałam na jeden dzień, żeby spotkać się z Frąą. Bo Fraa ma blisko do Torunia. W przeciwieństwie do mnie. Tu można zapytać, co mnie podkusiło, żeby jechać sześć godzin PolskimBusem startującym z Katowic o godzinie 3:20, spędzić dwie godziny w kolejkonie, cztery na pierogach i kolejne cztery na prelekcjach i panelach (przy czy z jednej nas wyproszono, bo nie było dla nas krzesełek) a potem kolejne sześć godzin jechać PolskimBusem do Katowic, lądując tam o godzinie 2:55. Przy czym wydać na to jednocześnie dokładnie ostatnie pieniądze, a do pierwszego daleko. Dobrze, że mam kochaną teściową. Oczywiście, co mnie podkusiło poza Frąą. Otóż ciekawość mnie mili moi podkusiła. Bo miałam szansę zobaczyć kolejny konwent, a to jest trochę jak nałóg. Bo miałam możliwość spotkać ludzi, których albo dawno nie widziałam, albo wcale, albo takich z którymi nie kryję chciałam pogadać. No i to wszystko wykonałam. W szalonym biegu po toruńskiej starówce, z łapaniem się na chwilę i szybkiego tulaska, z brzuchem pełnym pysznych pierogów. Kurcze. One naprawdę są legendarne. A przede wszystkim robiłam to wszystko z Frąą. A ja lubię robić rzeczy z Frąą. Przy okazji wyhaczyłam początki przeziębienia, no i to wspomniane już wcześniej bankructwo.
Sam konwent mnie nieco zirytował tym bieganiem pomiędzy lokacjami. Bo jednak odległości są ociupinkę za dalekie, by można było krążyć między blokami bez spóźniania się, albo wychodzenia wcześniej. A trzymanie się jednego bloku wzbudza mój sprzeciw. I domyślam się, że taki po prostu jego urok, oto element Coperniconu – biegi przełajowe, ale bolały mnie nogi! Bardzo! No i efekty też nie były satysfakcjonujące, bo na przykład na prelekcję A gdyby tak wysłać połowę miotu szczeniąt w kosmos? Teoria Względności, dylatacja czasu i słodkie pieski przyszłyśmy za późno i dlatego zabrakło nam krzesełek, więc jej nie wysłuchałyśmy, a biegłyśmy, jak szalone. Tylko po drodze spotkałam znajomą osobę i co? O pół minuty za późno na miejscu. Czego udało mi się wysłuchać? Prelekcji Krzysztofa Piskorskiego zatytułowanej Polska liga niezwykłych dam i dżentelmenów – jestem na tak. Choć oczywiste, że ja bym na ich przywódcę nie wybrała pana Adama. Za to Świtezianka i Paweł Strzelecki pasują mi bardzo. Byłam też na dwóch panelach. Pierwszy: 7 grzechów głównych aspirującego pisarza, czyli jak nie pisać do wydawnictw z udziałem Elin Kamińskiej, Katarzyny Sienkiewicz-Kosik, Marcina Dobkowskiego oraz nieco zagubionego Pawła Majki (w ramach podszywania się pod Michała Cetnarowskiego). Właściwie do końca nie wiem, czemu wybrałam ten panel. Nie żebym nie musiała się ciągle uczyć, ale chyba bardziej chodziło mi o to, żeby zobaczyć sposób w jaki wydawcy-redaktorzy będą mówić o ludziach, którzy chcą być wydani, niż o konkretne porady, które zresztą były dość oczywiste z mojego punktu widzenia. Drugi: Futuryści mieli rację!, o tym, co się sprawdziło a co nie w przewidywaniach pisarzy fantastycznych. Jak w każdej dyskusji, najpierw należało ustalić definicje, bo nawet nazwa futuryści wzbudzała wątpliwości wśród panelistów, a byli to: Michał Cholewa, Rafał Kosik i Marcin Kowalczyk. Przy okazji podczas tego panelu dowiedzieliśmy się – dzięki uprzejmości Michała, że Krzysztof Piskorski swoim „Czterdzieści i cztery” zgarnął w tym roku zarówno Zajdla jak i Żuławia. Ta zgodność woli ludu z wolą krytyków to powód do dużej radości jak myślę. Złote wyróżnienie zdobył Radek Rak za „Puste niebo”, a srebrne Jacek Inglot za „Polskę 2.0”. I w tym miejscu mam jeszcze jedną rzecz, na którą muszę pojojczeć. Bo czemu to tak, że wręczenie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego odbywa się jak każdy inny punkt programu i wręcz z nimi konkuruje o uwagę obecnych? Może przerwanie całego konwentu na czas trwania gali to problem, ale chociaż zrobienie tego w ramach bloku literackiego? Ja się po prostu zgadzam z Pawłem Majką, który taki postulat wysunął u siebie na blogu: http://waszawina.blogspot.com/2017/09/278-nagroda-im-jerzego-zuawskiego.html, bo ja też bym poszła, gdybym tak bardzo nie musiała wybierać. A czy jeszcze kiedyś odwiedzę Copernicon? Tak. Jest daleko, więc nie będę się wygłupiać i jechać na jeden dzień. I uważnie zapoznam się z programem i ułożę go sobie tak, żeby nie pędzić, a przemieszczać się statecznie.
 
Ponieważ w planach także ogarnianie zdjęć z wakacji, oto jedno nieogarnięte.
Plany, plany!

Uch. Ten wpis jest już za długi. Na koniec chciałabym tylko szybko rzucić paroma lokacjami, w których będzie mnie można spotkać do końca roku, a także podzielić się innymi planami.
5 października – będę w Rudzie Śląskiej na Targach Śląskiej Książki organizowanych przez Miejską Bibliotekę Publiczną. Postoję na stoisku Śląskiego Klubu Fantastyki z Anią Kańtoch, a o 14:30 będziemy miały małą prezentację z Anią i Kasią Rupiewicz.
13-15 października – Imladris. W tym roku będę gościem, będę miała moją ćwiczoną intensywnie prelekcję na temat literackich przedstawień steampunku (sobota, godzina 10:00) oraz wezmę udział w panelu o portalach dla piszących w towarzystwie Ani Kańtoch, Marii Zdybskiej, Magdy Kucenty oraz Szymona Żakiewicza (sobota, godzina 13:00).
4 listopada Jesienne Spotkania z Fantastyką organizowane przez ŚKF w Domu Kultury Koszutka w Katowicach, będziemy się prezentować jako Sekcja.
17-19 listopada – Opolcon. Również zjawię się jako gość. Program jest dopiero w trakcie tworzenia, więc szczegółów w tej chwili nie podam, ale zamierzam między innymi opowiadać o książkach mojej ukochanej pisarki Lois MacMaster Bujold.
7-10 grudnia – Nordcon. Tu jadę po prostu jako uczestnik i zamierzam dobrze się bawić.

Z innych planów: zaczął się październik, a ja obiecałam pewne rzeczy pewnej ważnej dla tych rzeczy osobie do magicznego dnia 11 listopada. Czuję moc i panikę. Ma szansę być dobrze, więc trzymajcie kciuki, a ja powiem Wam czy się udało. Jednocześnie zbliża się listopad. Waham się. To może być bardzo dobry i jednocześnie bardzo zły pomysł. Szukam dyscypliny i dowodów na to, że to, co nazywam paskudnym dorosłym życiem mnie nie złamie. Brać udział w Nano czy nie? Oto jest pytanie…
Ponadto mam pomysł na jedno opowiadanie, które chciałabym napisać do końca roku i wciąż szukam wizji do drugiego opowiadania, które BARDZO chcę napisać do końca roku, bo na razie to mam tylko mętną mgłę z takimi niepotrafiącymi się przebić błyskami odległego światełka.
Dużo kciuków proszę. Jeśli doczytaliście do końca, to musicie mnie lubić. Tak myślę. Zatem, trzymajcie!

środa, 9 sierpnia 2017

Siem sprawozdawczo: co w letniej trawie piszczy

źródło
Najgłośniej i najbardziej radośnie piszczy Siem, bo kolejny jej tekst doczeka się ilustracji wykonanej własną ręką Igora Myszkiewicza. Innymi słowy atak inspiracji, którego doznałam, spacerując w zeszłym roku po Zielonej Górze, przyniósł opowiadanie, które zostało docenione przez jury Fantazji Zielonogórskich. Biuro podróży znajdzie się w siódmym tomie pokonkursowej antologii. Dodatkowo cieszy obecność w tomie opowiadań Kruffachi i Lillchen, bo wiadomo, nie ma to jak doborowe towarzystwo. Premiera Antologii tradycyjnie podczas Bachanaliów Fantastycznych, na których zamierzam się pojawić. Wcześniej jednak pojawię się w Lublinie, w którym nie byłam już tak dawno, że wstyd, wziąwszy pod uwagę, że oboje moi rodzice pochodzą z lubelskich wsi. W Lublinie bowiem odbędzie się tegoroczny Polcon, a ja wygłoszę na nim przetrenowaną w Częstochowie podczas Medalikonu pogadankę o literaturze steampunkowej. Mały przegląd tego, co można znaleźć na rynku wraz z próbą wyjaśnienia, co – oczywiście moim zdaniem – łączy tak różne pozycje jak Ektenia Emila Strzeszewskiego i seria Protektorat Parasola Gail Carriger. Bardzo liczę na to, że wywiąże się jakaś dyskusja, choć to niby nie panel. A jeśli o panelach, to wezmę udział w panelu Sekcji Literackiej ŚKF, który można streścić w być może oklepanym: „skąd, autorko/autorze czerpiesz pomysły”, ale zapewniam, że „Logrus” szykuje pod tym hasłem coś ciekawszego. Liczę też na spotkania twarzą w twarz z wirtualnymi do tej pory znajomymi i zwyczajnie czekam niecierpliwie.

Wszelkie szczegóły, co do terminów i miejsc, gdzie będzie mnie można namierzyć, oczywiście znajdą się na fejsbukowym fanpejdżu. Tak, to jest zachęta do lajkowania ;)

Natomiast pomiędzy Polconem a Bachanaliami zamierzam się wakacjować z Monszem. Jeszcze nie wiemy dokładnie gdzie. Plany są co najmniej dwa i to totalnie różne. Rozstrzygać będziemy w ostatniej chwili, bo czemu nie. A potem będę się chwalić fociami. Cokolwiek by na nich nie było.

No i nie mogę też pominąć Steampunk Pikniku, który odbędzie się w niedzielne popołudnie 17 września w Parku Tradycji w Siemianowicach Śląskich. Pośród rozlicznych atrakcji będę tam ja. Jako autorka. Będzie można posłuchać fragmentów „Niezatapialnej” i zadać mi krępujące pytania. Jeśli prowadzący pozwoli oczywiście. Jak tylko będą znane jakieś konkrety co do programu – oczywiście dam znać.

Z innych spraw – w połowie sierpnia w Esensji pojawi się moje opowiadanie Kiedy gwiazdy się na niebie... z cudownymi ilustracjami, których autorki chcą pozostać anonimowe, ale ja chcę, żeby świat wiedział, że je kocham <3  Z jeszcze innych mam fazę na czytanie. Zwykle stanowi ona pas startowy do pisania, a mam co pisać, bo potrzeba mi co najmniej dwóch w porywach do trzech opowiadań i ukończenia powieści do 11 grudnia. Kciuki, czułe słowa zachęty i kopy mile widziane.  

Na koniec zaś pochwalę się ekspresją swą podczas prelekcji na tegorocznym Medalikonie, który zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie jako impreza, a do tego z miejsca został obdarzony sentymentem, bo się przekonałam dobitnie, że gadanie do ludzi o tym, co lubię sprawia mi taką frajdę, że zapominam się stresować i nawet potrafię wyrwać się z dzikiej rzeki dygresji od czasu do czasu. Chętnie się jeszcze do Częstochowy wybiorę, jak tylko wymyślę, o czym jeszcze mogłabym opowiadać:)

sesja foto: Anneke








środa, 12 lipca 2017

Paul Auster – "Trylogia nowojorska"

Autor: Paul Aster
Tytuł oryginału: The New York Trilogy
Rok pierwszego wydania: 1985-1986
Wydawnictwo: Znak, Kraków 2012
Liczba stron: 358
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski

Przeczytane: 1 maja 2017
Ocena: udane pierwsze spotkanie z Paulem Austerem

"Przede wszystkim rzucało się w oczy, że w niebie trwa wieczny ruch. Nawet w bezchmurne dni, kiedy błękit wydawał się wszechobecny, następowały stopniowe, lecz nieustanne przemieszczenia, drobne zakłócenia, podczas których niebo stawało się raz cieńsze, raz grubsze, błyskały nagle bielą samoloty, ptaki i fruwające papiery. Chmury jeszcze bardziej komplikowały obraz sytuacji, więc Quinn śledził je przez wiele popołudni, usiłując poznać ich obyczaje, żeby nauczyć się przewidywać, co się z nimi za chwilę stanie."

Zacznę od tradycyjnego oświadczenia, że minęły setki, tysiące godzin od przeczytania, a moja mobilizacja leży. I to źle. Wyrzuty sumienia kąsają, nie czytam następnej podrzuconej do Maszyny Losującej Dr Von Fraancka pozycji, bo przecież ciągle wisi nade mną relacja z Austera. Tymczasem "Trylogia nowojorska" to idealna ilustracja dla mojego niedawnego oświadczenia [ŚKF, dyskutujemy o literaturze i Siem zeznaje, że dla niej fabuła to coś w rodzaju koła ratunkowego tekstu, jeśli już nic innego Siem przy tekście nie trzyma – bohaterowie, klimat, to jak tekst jest napisany]. Idealna, bo gdybym chciała powiedzieć o czym to było, ale tak w ramach właśnie fabuły, a nie tego, co uważam że autor chciał powiedzieć, co ja zobaczyłam w tych trzech opowiadaniach, to musiałabym się długo zastanawiać i odpowiedź byłaby mętna. Wiem, bo próbowałam to sobie ułożyć i niezmiennie wychodzi mi, że pierwsze opowiadanie było o pisarzu, który bawił się w detektywa i spacerował po Nowym Jorku, aż zniknął, drugie o detektywie, który obserwował pisarza, a trzecie o człowieku, który dostał w spadku po kumplu z dzieciństwa jego życie. Jak losy tych mężczyzn biegły z chwili na chwilę, co robili po kolei, jakie działania podejmowali, zwyczajnie nie pamiętam. Nie było tego zbyt wiele i tak naprawdę nie te szczegóły były istotne podczas lektury.

"Wejść w Blacka znaczyło więc to samo, co wejść w siebie, a odkąd tkwi w sobie, wydaje mu się wręcz nie do pomyślenia, że mógłby być gdzie indziej."

Istotne było to, jak książka jest napisana, istotny był opis chmur nad Nowym Jorkiem i moja irytacja podlana żalem, gdy bohater trzeciego opowiadania odwiedził matkę kumpla. No i leciutki uśmieszek i poczucie zrozumienia, gdy pisarz numer jeden napotkał przypadkową czytelniczkę swej książki.

To nie jest książka z akcją i fajerwerkami. To nie jest książka o strzelaninach – choć okładka może sugerować coś zgoła innego. Dla mnie "Trylogia nowojorska" to głębokie studium człowieka, jego samotności, pogodzenia się z nią, zrozumienia siebie i tego, że ze świata można czerpać w każdych warunkach i w każdej chwili. Książka o tym, że nigdy nie wiemy, kiedy spadnie na nas coś niespodziewanego i jak się wtedy zachowamy. I że te niespodziewane, nietypowe rzeczy uczą nas czegoś nowego o samych sobie. Że reagujemy na nie i działamy, nawet nie dlatego, że nie mamy innego wyjścia, ale dlatego, że istnieje w nas potrzeba sprawdzenia się.

"– Skoro się pani nie podoba, to po co pani czyta?
– A bo ja wiem. – Po raz kolejny wzruszyła ramionami. – Czas szybciej leci. A zresztą, wielkie halo. To tylko książka, nie?"

Przeczytałam i poczułam Nowy Jork, jakim być może czuje go autor. Przeczytałam i zostałam z westchnieniem i ulotnym wrażeniem smutku. Przeczytałam i wiem, że jeśli coś jeszcze Paula Austera wpadnie mi w ręce, podejdę do książki z zaufaniem. Dobre pierwsze spotkanie. Dziękuję, Lisie, żeś mi Austera podrzuciła!

PS. Następna wylosowana książka to "Stalowy Szczur" Harry'ego Harrisona. Niech się szykuje do przyznania ten, kto mi go podrzucił!