Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 8 czerwca 2017

Siem sprawozdawczo: CYTADELA 2017, wernisaż MÓJ SEN i czerwcowe plany

Siem się martwi, bo nie ma czym foto by Marsza
Prawda jest taka, że blog ostatnio podupadł, ale przecież nie zdechł całkiem ;) Dziś podzielę się z Wami fajnymi rzeczami, które ostatnio robiłam.

Między 26 a 28 maja byłam na Festiwalu Fantastyki Cytadela, który odbywał się na terenie Twierdzy Modlin i jestem bardzo wdzięczna organizatorom za zaproszenie. Z pewnością nie jest to moja ostatnia wizyta na festiwalu, a mam też nadzieję, że uda mi się odwiedzić bliźniaczą imprezę, Twierdza, która odbywa się  późnym latem w Giżycku na twierdzy Boyen.

Już lokalizacja festiwalu daje mu z mojego punktu widzenia + milion do zajefajności. Wyobraźcie sobie budynki cytadeli z początku XIX-ego wieku, otaczające rozległy plac, na którym mieści się między innymi wioska namiotowa postapo i obóz wikingów, i na którym tak naprawdę uczestnicy zajmują niewielką przestrzeń. Kazamaty jako miejsce prelekcji, paneli i wystaw bardzo klimatycznie, a na dodatek w obliczu panującego na zewnątrz upału, dające możliwość ochłodzenia się. Tak, ja ten chłód, który niektórym przeszkadzał, odbierałam bardzo pozytywnie. Zresztą ogrom terenu i fantastyczna pogoda pozwalały na przeniesienie części wydarzeń po prostu pod drzewa na trawę. To też mi się podobało ten piknikowy klimat, obecność rodzin z dziećmi, które wpadały na chwilę, żeby sprawdzić o co tu właściwie chodzi i zostawały na dłużej, słuchając zaproszonych gości, podziwiając konkurs cosplay (Szczerbatek!), robiąc zdjęcia i chłonąc fantastyczną atmosferę. Tak się wychodzi z fantastyką w szerszy świat.

Dla uczestników organizatorzy przewidzieli naprawdę ogrom atrakcji od paneli, prelekcji, spotkań autorskich przez strefę graczy w tym kilka LARPów (i naprawdę obiecuję, że kiedyś zdążę wziąć udział w przygodzie na Abraxis) aż po pokazy mody alternatywnej, sesje zdjęciowe, wystawy fotografii. Między tymi ostatnimi były też zdjęcia Darka Nivelisa
Siem rozmawia o pisaniu foto by Marsza
Mysłowskiego z kilku różnych sesji. Oczywiście dla mnie najbardziej ekscytujące były portrety dziewcząt z Niezatapialnej
i mieszkańców Abraxis. Niektóre ze zdjęć inspirowanych panią kapitan i jej załogą widziałam pierwszy raz i przyznam, że się odrobinę rozczuliłam. Chciałam w tym miejscu jeszcze raz podziękować modelkom, fotografowi (także za organizację tej wystawy) i wszystkim zaangażowanym. To niesamowite oglądać takie ucieleśnienie własnych wizji. Darek zadbał także o to, by przy fotografiach znalazł się egzemplarz „Zatopić «Niezatapialną»” i „Podróżnika (opowiadania ze świata Abraxis, które napisałam jakiś czas temu), tak by chętni mogli rzucić okiem. Mieliśmy też chwilę czasu na przegadanie tematu Abraxis" i wkrótce zacznę pracę nad serią opowiadań z tego świata. Wizja Darka bardzo mi się podoba, współgra z tym, na czym lubię się skupiać podczas pisania.

Wspomnę też, że brałam udział w dwóch panelach dyskusyjnych. Podczas pierwszego z Marcinem Przybyłkiem i Klaudią Heintze jako prowadzącą, mieliśmy dyskutować o postaciach kobiecych w literaturze fantastycznej. Przyznam, że mocno odbiegliśmy od tematu, a nawet literatury jako takiej. Za to naszła mnie refleksja, że z pewnych względów ten temat lepiej, by zagrał w prelekcji i obecnie jestem w trakcie prac koncepcyjnych w temacie. Podczas drugiego z Martą Potocką, Krzysztofem Haladynem i Sławomirem Nieściurem, pilnowani przez Monikę Aurayę Czyżowicz i wspomagani aktywnie przez publiczność, usiłowaliśmy dojść do porozumienia w temacie, czy pisania można, czy nie można się nauczyć. Mam nadzieję, że wszyscy uczestnicy czuli się usatysfakcjonowani, bo ja bardzo.

ƒ„Cytadela dała mi mnóstwo pozytywnych doświadczeń i potężny zastrzyk energii. Chciałam też niniejszym podziękować pięknie Marszy z Marszowickich Pól za towarzystwo, wsparcie, wspólne zachwyty nad modlińską cytadelą i oczywiście dokumentację fotograficzną.

Siem i jej Słoniowe Dzieci foto by Agata G.
Z kolei 3 czerwca w moim rodzinnym mieście, Tarnowskie Góry, w gospodzie Kurna Chata miał miejsce wernisaż pod tytułem Mój sen, wieńczący fantastyczny projekt Karoliny Korosiewicz, która zebrała chętnych artystów, a ci na podstawie snów zaproszonych gości stworzyli obrazy. Jednym ze snów, które do końca czerwca można podziwiać w Kurnej Chacie, jest mój sen o pracy dla słoni - odmalowany przez Kamilę Loskot. Uważam, że jej obraz jest perfekcyjny. Zerkam sobie na niego i od razu robi mi się radośnie, swoją wizją trafiła do mnie bezbłędnie :) Każdy obraz dostał też oprawę muzyczną, a także nagranie snu, które można odsłuchać, namawiam wszystkich do odwiedzenia w czerwcu Kurnej Chaty. Warto. Zawsze warto, niezależnie od tej akurat wystawy, ale teraz bardziej ;)


A żeby nie było nudno, na czerwiec zaplanowałam sobie kolejne atrakcje.

Po pierwsze w dniach 16-18 czerwca odbędzie się Seminarium Literackie Śląskiego Klubu Fantastyki. Zaraz na otwarcie mam krótką pogadankę o literackich przedstawieniach steampunku. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać zapraszam serdecznie. Seminarium w tym roku będzie miało nie tylko część prelekcyjną (a tu zwracam Waszą uwagę na sobotnią wieczorną prelekcję w Planetarium Śląskim), ale i warsztatową! Jakub Ćwiek, Alicja Tempłowicz i Michał Cholewa podzielą się swoimi sposobami na pisanie. Bardzo warto zapraszamy serdecznie! Oprócz tego oczywiście tradycyjne ognisko i bankiet z ogłoszeniem Śląkf, a także premiera naszej sekcyjnej antologii Zabawa w Boga, w której między innymi świetnymi tekstami można znaleźć mojego Chirurga.

Po drugie 24 czerwca najpewniej da się mnie spotkać w Cieszynie na LAGconie na pogadance o pisaniu.

To tyle na razie. Stay tuned!






niedziela, 21 maja 2017

Siem zwiedza: w poszukiwaniu "Niezatapialnej"

SS "Ruthof" aka MZ "Niezatapialna"
Blog żyje! Ja żyję! Wszyscy żyjemy! Ogarnianie zdjęć zawsze jest trudne i w sumie przyznam, że właściwie ich nie ogarniałam a jedynie przesiałam i wyprostowałam te obłędnie krzywe, bo ja to jednak chyba muszę być przekrzywiona bardziej, niż to widać na pierwszy rzut oka, jak patrzę na te dziesiątki ujęć i żadne nie trzyma pionu...

W każdym razie, przyszła pora, aby podzielić się ze światem moją majową radością. Krótki (!) czterodniowy majowy weekend sponsoruje taki oto obrazek, który wczesnym latem 2013 roku wypadł na mnie z czeluści Internetów:

Czyż nie jest piękny? źródło

Przeczesywałam je wtedy entuzjastycznie gnana kiełkującym ziarnem pomysłu na powieść i kiedy zobaczyłam "Ruthofa" pomyślałam: "Wow! To ona!". Oczywiście nie dokładnie ona. Głównie chodzi o ustawienie kominów i te tambory otoczone nadbudówkami i smukłość kadłuba... Po prostu mi się spodobał... Można rzec zakochałam się ;) Błądzenie po Internetach wkrótce zaowocowało wiedzą, że "Ruthofa" można nie dość, że zobaczyć na żywo, bo stoi zacumowany na Dunaju w Ratyzbonie, to jeszcze można na niego wejść, bo to element Muzeum Żeglugi Dunajskiej. Od tamtej pory czekałam na moment, kiedy wreszcie stanę na pokładzie. A czy mogłabym sobie wymyślić lepszą nagrodę za wydanie "Niezatapialnej"? I lepsze źródło natchnienia dla pisania "Nieuniknionego"?

Wyruszyliśmy 2 maja, spokojnie, po odstawieniu kota do cioci, około godziny 8:30. Na miejscu byliśmy mniej więcej o 16:00. Hotel Bavaria położony na uboczu, ale w odległości sympatycznego spaceru od turystycznego centrum miasta (20-30 minut zależnie od tempa i ilości robionych po drodze zdjęć), gdzie można się zameldować za pomocą machiny z ekranem dotykowym piszącej do człowieka z Polski, bojącego się kontaktów z innymi człowiekami, w jego ojczystym języku. Wzruszyłam się! Pokój jasny, wygodny, czysty, łóżka odpowiedniej twardości i przyznam z niejakim zażenowaniem, że zaskoczyło mnie codzienne sprzątanie... Najwyraźniej w naszych podróżach do tej pory operowaliśmy w innych standardach ;) A wiecie ile taki hotelowy personel musi wiedzieć o gościach? Pierwszy raz się nad tym zastanowiłam...

Ale nie o tym po szybkiej kawie/herbacie ruszyliśmy (ja niemal biegiem i tylko spokojny rozsądek Monsza wyhamowywał mnie na zakrętach) nad Dunaj. Pierwsze wrażenie było mniej więcej "nie wierzę...". Drugie "och, to ONA!". Na drugi dzień weszliśmy na pokład.
Siem przygotowuje się do objęcia funkcji kapitana ;)
Zapłaciliśmy za zwiedzanie "Ruthofa" i wieży zegarowej składu solnego położonej na średniowiecznym moście po 4 euro od głowy i mieliśmy cały statek dla siebie. Przez cały czas naszego węszenia po dostępnych zakamarkach nie pojawili się na nim inni turyści. To było z jednej strony fajne, z drugiej zdumiewające i przykre. Widać, że "Ruthof" jako muzeum ma swoje najlepsze czasy za sobą. Drugą nieco z mojego punktu widzenia niefajną sprawą (choć rozumiem dlaczego tak jest) był brak napisów w języku angielskim. Z niemieckiego rozumiem kilka słów. Tak bardzo za mało! Robiłam zdjęcia tabliczek i niniejszym dziękuję mojej Katarzynie, zwanej Kanterial za tłumaczenie <3 Co można podziwiać wewnątrz? Po pierwsze modele holowników dunajskich od najwcześniejszych drewnianych barek przez bocznokołowe parowce do nowszych statków napędzanych silnikami diesla; po drugie narzędzia służące do ich budowy, a także plansze przedstawiające historię żeglugi; po trzecie maszynownię. W tym ostatnim miejscu spędziliśmy najwięcej czasu. Więcej nawet niż na bieganiu po pokładzie między nadbudówkami, dziobem, rufą, sterówką, kołami i kominami, które montowano tak, by mogły się składać przed przejściem statku pod mostem. Tyle do podziwiania, tyle do zapamiętania!


Z kolei wieża zegarowa oferowała kopie planu rejsów statków pasażerskich i ich cennik (mieli taryfę dla piesełków!), a także mechanizm zegara no i widok... Widok na różnorodność ciasno ułożonych dachów, na rzekę i most spinający jej brzegi, na dwa młyny i wieże katedry. Ratyzbona jest piękna z góry i bardzo klimatyczna, gdy się zagłębić w jej wąskie uliczki, zaułki, dziedzińce i podsienia. Zdecydowanie warto ją odwiedzić.

Trzeciego dnia przyszedł czas na Norymbergę: być tak blisko i pominąć nie dało się! W Norymberdze odwiedziliśmy zamek remontowany i piękny z zewnątrz, interesujący w środku (znów za mało angielskiego) i z niezłą kolekcją broni (widziałam rzeczy, których
Ciuchcia od środka
jeszcze nie zdarzyło mi się oglądać na żywo) i DB Museum, czyli muzeum kolei i komunikacji (PRAWIE WCALE ANGIELSKIEGO!, ja się zacznę uczyć niemieckiego, albo coś, bo oni mają rozciętą na pół lokomotywę parową i można naciskać podpisane (PO NIEMIECKU) guziki i wtedy dzieją się rzeczy, a ja nie wiedziałam do końca co i zamiast dowiedzieć się nowych rzeczy, frustrowałam się!). A na drugim piętrze z kolei jest piękna interaktywna wystawa dotycząca komunikacji, gdzie można się pobawić telefonami, rurami komunikacyjnymi, pocztą pneumatyczną (!), napisać swoje imię hieroglifami, albo drewnianym piórem i atramentem i układać klocki na ekranie, którego się nie widzi, pod dyktando Monsza i za pomocą joysticka. Pan z obsługi wystawy bardzo mi kibicował!


Odwiedziliśmy także moją przyjaciółkę z okresu wczesnej podstawówki, na zupełnym spontanie i znienacka, gdy nas zaprosiła po tym, jak zobaczyła w Internetach moje dumne zdjęcie na tle Niezatapialnej i Ratyzbony. Świat jest mały i pełen niespodzianek ;) Dziękujemy bardzo oboje z Monszem za to wspaniałe spotkanie.

Niezależnie od drobnych niedogodności Norymberga bardzo na plus (na przykład takie parkingi w centrum – dobrze oznakowane i nieprzesadnie zapchane, przynajmniej w dniu roboczym) i to też jak zwykle ledwie liźnięte miasto. Zdecydowanie była za bardzo przy okazji i zdecydowanie wiele jeszcze jest w niej do zobaczenia. Chętnie wrócimy.

Od powrotu minęły blisko 3 tygodnie, a ja nadal czuję w sobie tamtą radość odkrywania. Mam też oczywiście wiele, wiele zdjęć. Nie każde podpisywałam, ale starałam się, żeby było wiadomo na co się patrzy. Nie wahajcie się komentować :D

wtorek, 28 lutego 2017

Dziś oficjalna premiera!

Tak.

To już dziś. Oficjalna premiera "Niezatapialnej". Najwyższa pora uwierzyć, że się dotarło do tego miejsca, się przeszło całą drogę od pierwszego delikatnego szturchnięcia Wena do powieści zamkniętej między okładkami na zadrukowanych stronach, się wzięło, zawzięło i się ma.

To jest tak bardzo niesamowite. Cała droga, ponad trzy lata działań okraszonych nadzieją, wściekłością, smutkiem, poczuciem porażki, podnoszeniem się, frustracją bezsilnością, radością, euforią wreszcie. Tymi wszystkimi pierwszymi razami. Pierwszą pozytywną czytelniczą reakcją, pierwszą zachętą
"zrób z tym coś", pierwszą autorską redakcją, pierwszymi zmianami, dopiskami, przeróbkami, pierwszym mailem wysłanym do wydawnictwa (jak mi serce waliło, gdy klikałam "enter"!), pierwszą odpowiedzią (oczywiście nie pozytywną) i pierwszą z tych dających nadzieję. Pierwszą rozmową "na poważnie" w wydawcą (to był czerwiec 2015 roku, pamiętam bardzo dobrze, bo jechaliśmy wtedy do Tychów i ja całą drogę z Gliwic wisiałam na telefonie). Potem był listopad i podpisaliśmy umowę, a data wydała mi się bardzo znacząca. Potem był czas ćwiczenia się w cierpliwości, bo przecież nic nie dzieje się od razu, a Genius Creations to nie żaden moloch i zwyczajnie moce przerobowe są ograniczone.

Kolejne etapy
redakcja, korekta i myśli o panicznej ucieczce. Że nie dam rady, nie podołam, że cała ta praca i czy na pewno powinnam? I potem emocje ogromne, gdy przyszła wersja do składu i pierwsza wizja okładki, i kiedy pojawiła się pierwsza zapowiedź na jednym z portali.

Za każdym razem było tak samo
serce w gardle, skurcz w piersi, najpierw zaprzeczenie, jakieś takie wyparcie, a potem wreszcie najzwyczajniejsza na świecie radość. Radość, bo zrobiłam coś od A do Z swojego. Zaplanowałam, uwierzyłam, działałam i doprowadziłam do końca. Nie sama. Co to to nie. Na każdym etapie miałam przy sobie osoby, które wspierały, podtrzymywały, nie pozwalały zwątpić. Dzieliły się siłą, doświadczeniem, radziły, pomagały wylać frustrację, nie nudziły się biadoleniem, cieszyły się ze mną i chwaliły, gdy było za co. I te osoby wiedzą, że o nich mówię. I że jestem im wdzięczna. I że banalnie, jak tylko można, ale równie prawdziwie bez nich niczego by nie było. A jest.

Dziękuję.

środa, 22 lutego 2017

Mark Z. Danielewski – "Dom z liści"

Autor: Mark Z. Danielewski
Tytuł oryginału: House of Leaves
Rok pierwszego wydania: 2000
Wydawnictwo: MAG, Warszawa 2016
Ilość stron: 795
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła

Przeczytane: 4 lutego 2017
Ocena: niezwykła, na tyle, że tym razem wpis nie obejdzie się bez pewnego rodzaju spoilerów

"A potem – niech się dzieje, co chce – odwrócisz się, niezdolny do tego, by stawić opór, chociaż mimo wszystko spróbujesz się opierać, będziesz walczył ze wszystkich sił, żeby nie stanąć twarzą w twarz z tym, czego lękasz się najbardziej, tym, co jest, będzie i zawsze było istotą, którą naprawdę jesteś, istotą, którą wszyscy jesteśmy, pogrzebaną w bezimiennej czerni imienia."

"Dom z liści" to jedna z książek-przypadków. Weszłam do biblioteki w chwili, gdy była wpisywana do katalogu i Bibliotekarz pół-żartem pół-serio zaproponował mi lekturę. Może mu się nie chciało szukać dla niej miejsca na półce ;) Zaczęłam oczywiście od kartkowania. I tak  zwyczajnie dałam się uwieść nietypowemu składowi. Strony z pojedynczymi słowami, zdanie zwinięte w ślimaka, notatki na marginesach i przypisy dłuższe niż rozdziały, przy których stoją. Trudno się nie zastanowić, czy to ma sens z punktu widzenia historii? Czy jest jedynie pustą zabawą, mająca na celu skusić czytelnika oryginalnością? Większość pytań, jakie mi zadawano, gdy się przyznawałam, że czytam "Dom z liści" kręciło się wokół  czy to aby nie przerost formy nad treścią? Odpowiadam: dla mnie nie. Dla mnie forma współgra z treścią, jest wręcz elementem treści, sugeruje mi-czytelnikowi sposoby rozumienia, pcha w konkretnych kierunkach, a zamieszczone dodatki (tekstowe, ale też w postaci zdjęć, kolaży, skanów listów i notatek) pozwalają zmienić się w odkrywcę, poczuć się tak, jakby się faktycznie było kimś, kto znajduje skrzynię pełną starych papierów i rolek filmu i przeglądając znalezisko poznaje historie.


" Jak ja się tu znalazłem, do kurwy nędzy?
Dom odpowiada mu wymowną ciszą."


Historie  bo to nie jest jedna opowieść. Czytelnik poznaje równolegle losy Willa Navidsona (fotoreportera i twórcy dokumentów filmowych o domu przy Ash Tree Lane, do którego wprowadził się wraz ze swą partnerką i dziećmi, by poukładać coś w swoim życiu), Johnny'ego Wagabundy (przypadkowego znalazcy notatek gromadzonych przez zmarłego Zampano, autora obszernej, niedokończonej i dopiero teraz  w tej niedoskonałej formie   publikowanej rozprawy naukowej na temat filmów i życia Navidsona) a także samego tytułowego domu. Ta ostatnia stanowi element grozy w czystej postaci  niewyjaśnione zjawisko podprzestrzeni, chłód, mrok, ofiary. Ta środkowa (Johnny'ego) jest drogą bohatera w głąb własnej psychiki i pamięci. Poznajemy go we wstępie, potem poprzez wplatane w rozbudowane przypisy  scenki z jego życia, w których wyraźnie widać dramat skrywany pod płaszczykiem beztroskiego hedonizmu i wreszcie w dołączonym przez wydawcę pamiętniku z podróży w poszukiwaniu domu. Ta pierwsza (Navidsona) stanowi coś w rodzaju szczegółowego studium przypadku sporządzonego przez Zampano, a jednocześnie mimo przyjętej pseudonaukowej formy, nie można w żadnym razie odmówić jej literackości. Do tych trzech historii mogłabym dodać jeszcze jedną  najsłabiej zarysowaną, pełniącą raczej funkcję ducha unoszącego się nad całością. Historię samego Zampano  ociemniałego (tak zakładam, bo nawet jeśli pisał swą rozprawę jako człowiek niewidomy, to przecież obejrzał filmy, prawda? A może jest w tym coś więcej, coś, czego nie zrozumiałam?) samotnego mężczyzny, który wydaje się być kimś, kto grozę Domu z liści pojął dogłębnie i stał się jej ofiarą. Kogoś, kogo poznajemy przez to, co uznawał za warte zanotowania, co postanowił wykreślić ze swego tekstu, a także w tych drobnych chwilach, gdy do naukowej rozprawy może nieco nieświadomie wkładał swoje odczucia.

"[...] w ostatnich scenach w prawym górnym rogu kadru widoczna jest maleńka błękitna iskierka, wypłakująca swój blask w pustkę; wystarczająco mocna, żeby było ją widać, zbyt słaba, by cokolwiek oświetlić."

Wszystkie wątki początkowo biegną równolegle. Momentami mogę decydować, który poznam szybciej – tylko ode mnie zależy, czy najpierw przeczytam przypis, czy jednak to, co pozornie wydaje się właściwą treścią rozdziału. Ode mnie zależy, czy wgłębię się w marginesowe wyliczanki Zampano – graficzny dowód obsesji, czy sięgnę do dodatków, by poznać relację Johnny'ego z rodzicami. Podobało mi się to bardzo. Jestem typem czytelnika bałaganiarza. Często wertuję czytaną książkę, cofam się, powtarzam fragmenty, gdy zdaje mi się, że gdzieś napotkałam światło rzucane na wcześniej zamieszczoną wskazówkę. Zdarza mi się też wybiegać w przód, muskać wzrokiem tekst na wpół bezmyślnie, żeby za dużo nie wiedzieć, ale żeby jednak coś wiedzieć. Tak – nie straszne mi spoilery. Bywa, niecierpliwie liczę strony, sprawdzam, gdzie pojawi się konkretny bohater, na którym najbardziej mi zależy. Z powodu tego nieco chaotycznego być może sposobu przyswajania literatury "Dom z liści" okazał się po prostu stworzony dla mnie. Mogłam to wszystko robić absolutnie legalnie. Z błogosławieństwem autora.  Ale to była tak naprawdę dygresja, więc wróćmy do książki właściwej. Ta równoległość w pewnym momencie się kończy. Wątki zaczynają mieć na siebie wpływ. Niektóre się zlewają. Ten popycha do zrozumienia tamtego. Wątek Navidsona zwalnia łagodnie, wątek Johnny'ego przyspiesza niczym pędząca w dół kolejka górska. I to wszystko pasuje. Na zakończenie każdego z nich czekam z tym samym napięciem. Chcę się dowiedzieć, co z domem, chcę się dowiedzieć, co z dalszym życiem Willa i jego rodziny, chcę odkupienia dla Johnny'ego. Zampano kończy swą rozprawę. Domu nie ma, był, jest i będzie. Minęły trzy tygodnie od lektury, a ja jestem pewna, że gdybym przeczytała tę książkę jeszcze raz, zobaczyłabym ją inaczej, bardziej, dokładniej. 

"Szkoda, że mrocznym językom rzadko jest dane przetrwać.
Ledwie zostaną wymyślone, natychmiast umierają, niezdolne przeniknąć cokolwiek, zbadać, połączyć. Okrutnie piękne, ale najczęściej niewystarczające."

Co jest w "Domu z liści" osobno satysfakcjonujące to sposób napisania. Dbałość o to, by narracja Johnny'ego była inna niż narracja rozprawy Zampano. Celowość "udziwnień" składu, ich wpływ na obrazy tworzone w głowie, na rozszerzenie repertuaru zmysłów, którymi odbierałam tę książkę. Podobały mi się długie, przyspieszające zdania w przypisach i ostre cięcia pojedynczych słów. "Dom z liści" ma moim zdaniem świetną melodię. A już prawdziwą radosną wisienką na torcie był dla mnie fakt, iż wydawnictwo zadbało o to, by w polskiej wersji tekst wykropkowany pismem Braille'a był także przetłumaczony. Prawdziwy miód.

I naprawdę polecam.

środa, 25 stycznia 2017

Andrzej Mularczyk – "Co się komu śni. I inne historie"

Autor: Andrzej Mularczyk
Tytuł: Co się komu śni. I inne historie
Rok pierwszego wydania: 1968 (Co się komu śni) i 1983 (Czyim ja żyłem życiem)
Wydawnictwo: Dowody na Istnienie, Imprint Fundacji Instytut Reportażu, Warszawa 2015
Liczba stron: 424

Przeczytane: 15 stycznia 2017
Ocena: wspaniała!  

"Smakujcie te reportaże, pławcie się w obfitości słów; bo tak właśnie czyta się teksty Mularczyka: płynie się przez nie, a jeśli ktoś nie umie pływać, niech kroczy, a będzie iść krokiem tanecznym. To nie są teksty poszatkowane na krótkie, szybkie akapity, porwane jak liście sałaty, wystrzelane zdaniami: co kropka, to pocisk, co puenta, to mała śmierć. Tak jak on już się nie pisze, nie ma na to miejsca w gazetach, nie ma czasu, pieniędzy. Reportaż? O miłości? Na pięćdziesiąt tysięcy znaków ze spacjami?"

Autorką powyższych słów jest Julianna Jonek. Pochodzą ze wstępu, który ułożyła do wydanego w 2015 roku wznowienia reportaży Andrzeja Mularczyka wybranych z dwóch wcześniejszych tomów: "Co się komu śni" i "Czyim ja żyłem życiem". Przytaczam je, bo uznaję, iż lepiej niż moje zachęcą do sięgnięcia po teksty, które powstały pięćdziesiąt lat temu, korzeniami sięgają do czasów wojny, a ja – czytelnik dzisiejszy – nadal jestem w stanie podczas lektury czuć więź z bohaterami.

Tak się jakoś złożyło, że nigdy nie dogoniło mnie nazwisko Andrzeja Mularczyka. A przecież jego twórczość – jak chyba wszystkich w Polsce – wielokrotnie. "Sami swoi", "Dom", czy nawet powieść radiowa "W Jezioranach", której co prawda nie wysłuchałam nigdy żadnego odcinka, ale przecież słyszałam o niej niejeden raz, tak mocno wrosła w polską rzeczywistość kulturową. Jak to jest, że człowiek zapamiętuje nazwisko reżysera, a na człowieka, który napisał scenariusz uwagę zwraca znacznie, znacznie mniejszą, jeśli w ogóle? Dobra lekcja dla mnie. Uważniejszym odbiorcą chcę być w przyszłości. 

Tym większa też moja wdzięczność dla tego, kto wrzucił do mego Słoika Podrzutków tę pozycję i wzywam tego kogoś do ujawnienia się, bym mogła wdzięczność wyrazić osobiście i gorąco. Zaiste dobry to był pomysł poprosić znajomków o niespodzianki do czytania.

O czym to właściwie jest?

"– ... I kiedy po tym tyfusie na oczy przejrzał, rękę wyciągnął i mnie po włosach pogłaskał, i kiedy ten list jeden jedyny w życiu od niego dostałam, i kiedy po pięciu latach niewidzenia, budząc się, przeczułam, że to jest dzień, który mi go znów pozwoli przywitać, i kiedy mnie drugi raz w życiu onże sam do ślubu prowadził, i kiedy ten pierścionek podarował za urodzenie Roberta, a nawet i wtedy, jak znalazłam psa sztywnego przy budzie, czymś zatrutego, co było znakiem, że on jest, że krąży gdzieś blisko, i teraz też, kiedy się dowiedziałam, że jest w tym domu bez klamek nałogiem całkiem oczumaniony – to jakbym się na nowo narodziła."

O ludziach. Jak to w reportażach. O miejscach, w których żyją. O tym, jak żyją, o tym po co. O radościach i dramatach rozciągniętych na lata, skondensowanych na kilkunastu/kilkudziesięciu stronach. O faktach. Prawdzie. Takiej, która czasem nie mieści się w głowie, w którą nieraz trudno uwierzyć, ale się wierzy, bo to reportaż. Wierzy się w to, co się czyta, bo ufa się temu, co do ludzi dotarł, wysłuchał, spisał ich słowa. Nadał im (i słowom i ludziom) znaczenie tym właśnie, że się ku nim pochylił, okazał zainteresowanie, ciekawość zwykłą i nie oceniał. Po prostu słuchał, a potem podał dalej opakowane w piękny język literatury. Bo poszczególne opowieści, poza tym, że przejmujące same w sobie, są też napisane w taki sposób, że mocniej jeszcze uderzają, mocniej ściskają i lepiej się je zapamiętuje. 

"W zaciśniętych kurczowo dłoniach zdusiłem wyrwane zielsko. Dziś wiem, że to była macierzanka, ale wtedy tylko ten skurcz i zapach. Ten zapach. Ten zapach. Czy odczuwa się ból od śmiertelnego pocisku? Czy usłyszę jeszcze huk, czy tylko coś przetnie ten drgający słup powietrza i świat przestanie istnieć? Jak się pada? Na twarz? Na plecy? Nie, to nie było myślenie, to było pocenie się, pot oblepiał, spływał, rozmiękczał kości."

To nie są łatwe opowieści. To wojenne powidoki. Historie ludzi, którym wojna i czas powojenny wiele zabrały, ale bywało też – jakby  wbrew, jakby w dowód oporu – że coś dawały. Przyznam, że boję się takich historii. Unikam ich. Jeśli wiem, że coś będzie dla mnie trudne, że wywoła smutek, żal, wściekłość, bezsilność – i to takie, z którymi nie można sobie poradzić prostym: to tylko książka! – omijam to. Widzę w tym swoiste tchórzostwo i wstydzę się tego. I jeśli już odważę się wreszcie sięgnąć – jak sięgnęłam po reportaże Andrzeja Mularczyka – nie żałuję.

Nie żałuję bo to są teksty tak bardzo warte przeczytania! Historie ludzi, których opisują są tak bardzo warte pamiętania! Wyłuskane spośród tylu innych. Zdobyte z wysiłkiem – to nie tak, że można było napisać maila, umówić się na kawę w dogodnej porze. To był czas listów w kopertach i podróży na końce świata, czas – bo bywało i tak – niezapowiedzianych wizyt. I nie ukrywam, dla mnie ma to dodatkowy wymiar, nadaje reportażom opisującym podwórko, które przecież uważam za własne, smaku przygody, romantycznego porywu. Ale nie dlatego kiedy już zaczęłam czytać, to nie mogłam przestać (co doprowadziło na przykład do wyskakiwania z autobusu w ostatniej chwili, bo cudem tylko wychwyciłam nazwę przystanku w nieznośnym szumie tła). Nie mogłam przestać, bo nie byłam w stanie zostawić tych, o których czytałam, nie dowiedziawszy się o nich wszystkiego. Czytałam i czułam się z nimi związana. Z każdym. Porównywałam siebie z nimi. Bałam się o nich. Chciałam dla nich jak najlepiej. Złościłam się z nim. Byłam tam, gdzie oni. Czułam zapachy, wsłuchiwałam się w dźwięki, bolały mnie zdarte na murze kostki palców. To aż dziwne. Bohaterów i mnie dzielą dziesiątki lat. W innych światach żyjemy. A przecież to, co najważniejsze dla mnie i dla nich wciąż jest takie samo.

"– Spotykam cię, bo to jest nasze przeznaczenie – powiedział. – Teraz już nie możemy się rozminąć.
Przestaje opowiadać. Majewska czeka i wreszcie słyszy:
– No i się nie rozminęliśmy. To było jak elektryczne wyładowanie wielkiej mocy. Od tamtej nocy jesteśmy razem do dziś." 

Boję się, że nie potrafię wyjaśnić, co mnie w tej książce aż tak zachwyciło. Po prostu każdemu polecam, niech się sam przekona. Czuję, że wszystko, co chcę powiedzieć jest miałkie i jakieś takie nijakie w porównaniu z tym, z czym się zetknęłam. Ja się zwyczajnie cieszę, że czytałam i chcę do tych tekstów wracać, nawet jeśli własne pisanie wydaje mi się teraz jakieś mdłe i niepotrzebne. Wstyd po prostu wymyślać te fikcyjne zdarzenia, które muszą być prawdopodobne i którym tak łatwo zarzucić kicz i zbytnią naiwność, a na dodatek nigdy nie będą w stanie tak poruszyć czytelnika, jak te najbardziej zdałoby się niewiarygodne, niewyobrażalne, a nieraz może i odrobiną banału trącące historie żywych ludzi. Ci, którzy tworzą fikcję to tylko naśladowcy życia. Twórcy reportażu, życiem oddychają. I tylko tuż przed rozstaniem, gdy czytałam wywiad z autorem zamieszczony na końcu zbioru, gorzko mi się zrobiło, kiedy powiedział, że dziś już nie ma takich historii, nie ma się czym emocjonować. Nie wierzę w to. Historie są różne, bo każdy czas ma własne, ale każdy ma.