Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 14 stycznia 2013

O wrażeniach z Hobbita i innych

Minął drugi tydzień stycznia. Śnieg jak spadł tak został. Codziennie się zachwycam ślizgawką bądź skrzypieniem. Zależy od temperatury jaka postanowi zapanować o godzinie szóstej z minutami rano. Pomykam do pracy by PKS i powiem Wam, że to jest strzał w dziesiątkę pod wieloma względami. Pod względem zdrowotnym, bo się ruszam, jak już dawno się nie ruszałam, rozpłaszczając tyłek w aucie, zaraz po wyjściu z klatki schodowej. Pod względem finansowym, bo miejscowy PKS poszedł po tak zwany rozum do głowy i obniżył o trzydzieści procent ceny biletów, co spowodowało pewną normalizację układów – przejazd autobusem stał się wreszcie dla mnie (dla mnie jednej, pojedynczej!) tańszy niż przejazd samochodem. No i wreszcie gwóźdź programu – pod względem zyskania czasu na… no, na co? Tak! Na pisanie! Efektem dzisiejszej podróży do domu było powstanie pierwszej hagańskiej szanty, będącej jednocześnie pierwszą napisaną przeze mnie szantą. Żeby wyjaśnić choć ciut, Hagano to technologiczne miasto na wyspie, oddzielone od magicznego kontynentu wąską barierą morza, a właściwie prędzej cieśniny. Mają tam sterowce i kolejkę wąskotorową… I ta szanta jest szantą lotników, nie żeglarzy, choć właściwie może najprawdziwsze byłoby określenie – podniebnych żeglarzy?



To jest właśnie to czym się tak nakręcam ostatnio. Opowiadanie zbiorowe, którego małym elementem jest Hagano właśnie. I odpowiadam niniejszym na pytanie z komentarza do poprzedniego wpisu – nie, nie chcę by mi rzucać jakiekolwiek koło ratunkowe. Dobrze mi się tonie.



Miało być o wrażeniach z Hobbita. Cóż. Ekhem. Więc. Jakby to? Mężczyzna zasnął. W sumie to zmęczony jest ostatnio, bo non stop pracuje, twierdząc, że już niedługo ten natłok roboty się skończy, a on zacznie robić coś innego niż montowanie płytek i gapienie się w ekran laptopa, na którym leci kolejny odcinek Zorra z lat pięćdziesiątych, bądź kolejny western. Nie żebym miała coś przeciwko westernom, czy też przeciwko bohaterskiemu Zorro. Ja nie zasnęłam. Nie było opcji. Przed Hobbitem puścili przydługi wstęp do Into The Darkness. No i podczas każdej minuty z trzech godzin Hobbita myślałam o Star Treku i odtwórcy roli głównego Złego… Brak mi do siebie słów…

Sam Hobbit nie był porywający. Nie nudziłam się ostentacyjnie, bo zajęłam się obserwacją strojów krasnoludów (zapinki we włosach i brodach – mniam!) i czekałam choć na maleńki element Smauga – sceny rujnowania Eriadoru – tak, tak, tak! Na orle też się miło leciało, choć nie tak fajnie jak na smoku w Beowulfie. Technologia 3D ma swoje niewątpliwe zalety. Jednak cały film jakoś mnie nie przekonał. Może jednak trzeba było zostać przy samym Hobbicie panie Reżyserze? Albo bardziej pilnować różnicy wzrostu między Krasnoludami a Elfami? Może w ogóle książę krasnoludzki nie powinien wyglądać jak wiking? Fantasy wiking nawet? Kiliego i Filiego nie będę się czepiać. Ten pierwszy to może był adoptowany? Albo owocem był jakiegoś związku, który nigdy nie powinien mieć miejsca? Cóż serce nie sługa… i po mamusi na ten przykład odziedziczył zamiłowanie do łuku? Jeża Sebastiana nie zamierzam komentować, natomiast pytam, czemu nie został uratowany ten mały śliczny lisek?

Wszystkie powyższe uwagi nie zmienią faktu, że na kolejne części pójdę również, bezwstydnie nabijając kieszeń wszystkim zaangażowanym w popsucie mojej wizji. Pójdę dla Czarnoksiężnika i dla Smoka. Howgh!



Z innej beczki – proszę mnie kopnąć jakoś w tylną część ciała, żebym ruszyła z Kroplą dalej bo makabrycznie się opuściłam! W tym tempie (w braku tempa) nie skończę w ogóle. A jednak bym chciała.



Proszę też trzymać kciuki, bo w środę idę porozmawiać z Pracodawcą Ewentualnie Przyszłym. W skrócie PEP.



Pragnę się też pochwalić, iż zeszły tydzień obfitował w spotkania towarzyskie.

Byłam na pierwszym od tysięcy dni koncercie szantowym! I to na krzywy ryj… Zupełnie niechcący, bo mieliśmy wyjść zanim się zacznie i nawet chcieliśmy, ale powiedziano nam żebyśmy zostali. No to zostaliśmy. Śpiewaliśmy. Śmialiśmy się. Tańczyliśmy. No i dzwoniliśmy do tych, których być nie mogło na tym mini Zlocie Przyjaciół Sprzed Lat. Dzwonienie zaowocowało terminami kolejnych Zlotów. Ciekawam. Bardzo ciekawam. Nie da się ukryć, że koncert stał się Źródłem Natchnienia. To było dobre źródło.

Byłam też wypić herbatkę z dziewczętami, z którymi mogłam sobie porozmawiać o pisaniu i o ekscytacji jaką za sobą to pisanie niesie. No, o tej dzikiej radosze, gdy coś sobie kombinujesz. Naprawdę, nie ma lepszego odurzacza niż tworzenie światów ;)


5 komentarzy:

  1. A mnie się w nocy śniło, że byłam na Hobbicie (to mogę już zaliczyć jako obejrzane?). I ani mnie ani mojemu Mężczyźnie się nie podobało. Ba! Co więcej! Nagle "weszłam" do Hobbita. Jacyś czarnoksiężnicy latali rzucając za mną czary. I wzywałam krasnoludki, które przemieniały się z plastikowych w żywe. I właśnie z powodu mojego snu, nie mogę pójść do kina na Hobbita. Nie żebym chciała.. :>

    OdpowiedzUsuń
  2. Uch, ja uwielbiam Hobbita i wszelkie inne tego typu rzeczy; jednak tu Peter J. rozminął się z moją wizją i już. Trudno jest kręcić coś na podstawie prozy, zawsze pojawią się zarzuty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szanty? Jak bardzo kojarzy mi się to z tatą. I z morzem. "Podniebni żeglarze" to trafna nazwa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój Tata jest marynarzem? Takim prawdziwym? Że wypływa na rejs i go nie ma pół roku na przykład?
      To są zdecydowanie podniebni żeglarze. Na magii wiatru niesieni.

      Usuń