Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 4 lutego 2013

O magii 750 słów

Witajcie wszyscy, a dziś najbardziej Ty poganiaczu! ;)

Minął pierwszy dzień mojej nowej pracy. Tej na pół etatu. Nowe wyzwanie. Zupełnie totalnie nowe. Przynajmniej jeśli chodzi o system, bo czuję, że wiem, co powinnam robić, tylko muszę się zgrać z innymi. Poza tym chora jestem. Znów. Chora a przez to zmęczona i rozdrażniona i bardziej niż trzeba smutna. Jestem też trochę z siebie dumna, bo piszę codziennie. To, że nie publikuję codziennie, nie znaczy, że codziennie nie piszę. Piszę. Tylko, że poznałam już magię redakcji. I magię pisania do szuflady. To też jest fajne. Zwykle ludzie mają na odwrót, najpierw piszą do szuflady, a potem decydują się ujawnić. Ja oczywiście jak ze wszystkim - musiałam mieć na odwrót :/ Nie narzekajac więcej, teraz reklama - www.750words.com, to bardzo dobra, motywująca strona. No i fakt, że prawie zamieszkałam na forum literackim - www. craiis.org.pl, też jest dość motywujący. To co poniżej to właśnie w ramach takiej właśnie dziennej normy. Idea jest prosta - codziennie wyrzuć z siebie przynajmniej trzy standardowe strony wydrukowanej książki. Taka standardowa strona to 250 słów. Nawet to sobie policzyłam, któregoś dnia, faktycznie średnio wchodzi zwykle 250 słów. Nie mówię tu o eksperymentach z formatem, lub nieludzko małą czcionką, ale o STANDARDZIE ogólnie pojętym.

A teraz już próbka z dziś, na gorąco, jak bywało dawniej ;) 

Szłam, niepewnie stawiając kroki, otoczona ciemnością i chłodem gładkich skał. Lewą rękę wyciągałam przed siebie osłaniając twarz, prawą przesuwałam po skalnej ścianie. Robiłam to, gdyż potrzebowałam kontaktu z czymś stabilnym, z czymś ograniczającym przestrzeń. Bez tego moja spanikowana dusza, gotowa była oderwać się od ciała i zagubić, gdzieś w wilgotnych korytarzach jaskini.

 Nie wiem jak długo szłam, lecz mimo naprawdę nielicznych cząsteczek światła, docierających tu nie wiadomo którędy, mój wzrok zdążył się po pewnym czasie dość dobrze zaadaptować do wszechobecnego mroku. Postrzegałam skały jako ciemnoszare plamy otoczone czernią. Nie musiałam już tak kurczowo trzymać przed sobą omdlałej ręki. Nie wiedziałam dokąd dotrę lecz bałam się cofnąć. Byłam pewna, że nie znajdę drogi z powrotem, zbyt wiele razy skręcałam wpadając w wybrane na chybił trafił odnogi korytarza. Do jaskini zagnała mnie ciekawość, chęć zaimponowania chłopakom, którzy uparcie odmawiali dziewczynie odwagi. Pierwsza sala jaskini, oddzielona od wejścia długim korytarzem, do którego światło wpadało przez pokryte nierównomiernie zwieszającymi się pnączami wejście była nieduża i zatopiona w szarości. Już dotarcie tutaj było dla mnie nie lada wyczynem. Jednak aby udowodnić chłopakom swoją odwagę postanowiłam pójść dalej i przynieść zielony kamyk, jakich wiele leżało podobno na podłodze drugiej sali. Większej i zadziwiająco kolorowej. Oprócz zielonych kamyków, podłogę pokrywały jesienne liście w całej swej rozległej gamie kolorów, od żółcieni, poprzez oranże i cynobry, aż do ciemnej sieny. Widziałam je płonące barwami w promieniach ostrego o tej porze słońca, które wpadały przez szeroki komin wydrążony być może przez płynącą tędy niegdyś rzekę w suficie jaskini. Patrzyłam jak urzeczona na spektakl odcieni, rozgrywający się przed moimi oczyma. Moja błękitna sukienka, niemal dopełniała palety, obecnej w tej na wpół zaczarowanej komnacie. Schyliłam się by podnieść jeden z kamyków, gdy w ciemniejszym kącie jaskini, rozległ się pomruk. Początkowo nie przejęłam się nim, wciąż oczarowana otaczającym mnie pięknem. Gdy dotarło do mnie co może oznaczać, nie byłam już stanie cofnąć się do wyjścia. Niedźwiedź jakby tknięty przeczuciem, skoczył wprost między mnie a korytarz prowadzący do wyjścia. Przez nieskończenie prawie rozciągnięta chwilę, pozostawałam nieruchoma, czując napięcie sparaliżowanych mięśni. Potem zerwałam się do ucieczki, o ułamek sekundy wyprzedzając skok zwierzęcia w moim kierunku.

Bolały mnie nogi i chciało mi się pić. Korytarze zdawały się nie mieć końca, a ja powoli traciłam wiarę, że uda mi się w końcu dotrzeć do jakiegoś wyjścia. Próbowałam się pocieszać faktem, iż chłodny podmuch powietrza, który czułam na twarzy, stanowi wystarczający dowód, na to, ze korytarz w końcu się skończy, jednak powoli opanowywało mnie poczucie beznadziei. Nie przestawałam jednak przestawiać stóp, wrodzony upór, za który wiele razy łajała mnie matka, nie pozwalał mi się poddać, dopóki nie upadnę. A i wtedy zapewne, próbowałabym się podnieść.

Zmęczenie i ból niezwyczajnych do długich wędrówek mięśni, nie pozwoliły mi od razu zorientować się, iż coś się wokół mnie zmienia. Korytarz zaczął delikatnie piąć się w górę, a potem rozszerzać. Robiło się jaśniej, lecz ja zauważyłam to dopiero, gdy podłoga po której stąpałam, zaczęła pokrywać się ciemnym, grubym mchem. Otoczył mnie zapach podobny do zapachu lasu. Ziemisty i tłusty. Podniósłszy głowę, dostrzegłam rysujący się powyżej otwór przez który wpadał srebrzysty blask.

Już noc!, pomyślałam dziwiąc się swej wytrzymałości.

Ostatnie metry dzielące mnie od wyjścia pokonałam szybko, mimo urywanego oddechu i pieczenia w udach, które dodatkowo musiały mnie teraz nieść pod górkę. Stanęłam w otworze i z moich płuc wydarło się głębokie westchnienie. Był w nim żal, bo nie miałam pojęcia w jaki sposób miałabym się opuścić w dół po stromej prawie pionowej ścianie, do której zaprowadziła mnie ścieżka pod górą. I był w nim zachwyt, gdyż moim oczom ukazała się w całej okazałości leżąca u stóp góry dolina, zalana w tej chwili bladym księżycowym światłem. Dolina nie wyglądała na zamieszkaną. Jak okiem sięgnąć nie widziałam żadnego domu, ani nawet szałasu. Co innego przykuwało mój wzrok.

To cmentarz!, pomyślałam, cmentarz, tylko nikt nie kwapi się do usypywania zmarłym kurhanów!

Było ich kilkanaście. Niektóre prawie całe, inne złamane na pół, jeszcze innym brakowało fragmentów dziobu, bądź rufy. Leżały przeważnie na którejś z burt, choć był i taki, który jakimś cudem zdołał wbić się w miękką najwyraźniej ziemię doliny dziobem, i teraz stał tak, z zadartą pordzewiałą rufą, wystawiając ją jakby w geście pogardy, ku okrągłej twarzy księżyca. Okręty. Z resztkami bocznych kół, z nadjedzonymi korozją kominami. Widziałam galeryjki i fragmenty dolnych pokładów. Podziwiałam wciąż widoczne w nich dostojeństwo. Dostojeństwo zdeptane i niewłaściwie pogrzebane. A potem zobaczyłam jego. Drobna figurka wysokiego szczupłego mężczyzny, na której natychmiast zogniskowałam wzrok. Chodził pomiędzy okrętami i śpiewał. Nie byłam w stanie rozróżnić słów, lecz docierała do mnie rwana podmuchami wiatru melodia i hipnotyzujący rytm. Śpiewał bez przerwy, dotykając kolejno martwych kadłubów, a każdy z tych dotkniętych rozjarzał się na moment słabiutkim blaskiem. Wpatrywałam się w niego niemo, nie będąc w stanie przerwać jego pracy tak błahą sprawą jak moje zejście na dół. Jednak mimo swego zaangażowania w rytuał, a dziś już wiem, na pewno, że był to swego rodzaju rytuał, musiał wyczuć moją obecność, gdyż zabierając dłoń z ostatniego okrętu, podniósł na mnie wzrok. Nie wiem, jak zdołałam dostrzec, że jego oczy są czarne niczym jaskinia, w której się zgubiłam. Nie wiem, jak to się stało, że chwilę później trzymał mnie za rękę, stojącą przed nim i drżącą.

– Witaj – powiedział, a jego głos nie brzmiał, jakby należał do człowieka. – Witaj – powtórzył, układając wargi w uśmiech. – Dawno nie mieliśmy gości, ja i moi podopieczni. – Mówiąc to wskazał gestem za siebie, na cmentarzysko wraków, które nagle jakby dotknięte magią płynącą z jego palców, zaczęły się zmieniać.


9 komentarzy:

  1. Ja rozumiem wrodzony upór, chęć zaimponowania chłopakom, ale żeby w sukience schodzić do jaskini, to jest coś! Gdyby dziewczyna ubrała spodnie i kurtkę, to tak: Niedźwiedź by jej pewnie nie zauważył, chłopak od okrętów tym bardziej. Czyli błękitna sukienka była bardzo ważna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakby ją miał niby zauważyć, na takiej górze wysoko, daleko, bez powiewającej sukienki? A że błękitna... Bo tam nic innego błękitne nie było w tym dziwnym świecie jaskini i doliny. Korci mnie bardzo, żeby w takich klimatach, jakiegoś schyłku cywilizacji, tylko ten schyłek by musiał nastąpić tak jakoś pod koniec XIX wieku, coś dłuższego napisać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dlaczego pod koniec XIX wieku? Oni nie zasługiwali na koniec cywilizacji, co to za cywilizacja bez prądu, samochodów, drapaczy chmur, samolotów, telewizji, internetu? Takiej nierozwiniętej cywilizacji nikt żałował nie będzie i siła przekazu będzie mniejsza.

      Usuń
    2. Się nie zgadzam, oni już właśnie zaczynali, rewolucja przemysłowa w toku, a że bez prądu? SUPER!

      Usuń
  3. czego się napijesz? :)nasumi

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. przychodzi ksiądz po kolędzie... w końcu rozgląda się... -A może macie wodę świeconą?... -Ym, ale mamy gazowaną... to jakiej się napijesz? :)))

      Usuń
    2. Czystej. Źródlanej. Deszczowej. Takiej o jaką już trudno.

      Usuń
    3. trudno?... ja ją zwożę butelkami :)nas

      Usuń