Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 12 marca 2013

O tym, że jak widać nie ogarniam

Wczoraj był poniedziałek.
Wczoraj powinien był się pojawić wpis. Porażający mądrością, błyskający dowcipem, łagodnie kołyszący poetyckim ujęciem prozy.
Cokolwiek.
Ale się nie pojawił, bo mój mózg został pożarty przez Opowiadanie Zbiorowe. 
Tytuł: Szopa, czyli jak się powinno kończyć imprezy.
Ilość uczestników: jedenastu w porywach do czternastu.
Otwarcie: ośmioro obcych dla siebie ludzi budzi się na ciężkim kacu w zdekompletowanych strojach w szopie. Po wyjściu na zewnątrz okazuje się, że to nie Ziemia, a oni są Utalentowanymi, którzy teoretycznie i w pierwszej chwili zostali wezwani do ratowania świata. Praktyka jest ponurniejsza i mhroczniejsza i zależy tylko od naszej wyobraźni.
Czas trwania: ??? póki co w niedzielę będzie trzy miesiące.
Mój bohater: bohaterka właściwie - Antonina lat trzydzieści, dla obcych Anton, dla swoich, czyli głównie siebie Tośka. 

Tak zaczęła w Szopie:


Dzień, w który dotarło do mnie, że moja podróż wędrowca do świtu się właśnie rozpoczęła, był dniem szarym i zimnym. Słońce nie potrafiło wygrać ze zwałami chmur, a temperatura nie chciała się obniżyć na tyle, by pozwolić światu przynajmniej dostojnie zamarznąć.
Słuchałem tamtej piosenki prawdopodobnie po raz czterdziesty czwarty, gdy dotarło do mnie, że do wtóru delikatnym strunom gitary, drżą łkaniem wszystkie komórki mojego ciała. Na zewnątrz objawiło się to pojedynczą łzą, która zadziwiająco szybko znalazła sobie drogę przez nie prostą wcale przestrzeń mego pobrużdżonego policzka…


Kurwa! Co za gówno… Kolejna kartka z początkiem powieści mojego życia ląduje w koszu… Która to? Siedemnasta? Trzydziesta ósma? A może sto dwudziesta czwarta? Łatwo zgubić rachubę...

Cóż. Zatem to już. Czas na mnie. Ciemne spodnie. Luźna koszula wyrzucona na wierzch. Co by tu jeszcze? Mam! Cytrynowa kamizelka! Będzie pasować na dzisiejszą imprezę. No i kapelusz. Obowiązkowo, to w końcu mój znak rozpoznawczy. Gładka okrągła twarz patrząca na mnie w lustrze za każdym razem działa mi na nerwy. Nie mogę zdjąć lustra, bo nie potrafię się bez niego porządnie uczesać. Jakiś czas temu niechęć zwyciężyła i lustro pękło z hukiem w zetknięciu z moją pięścią. Pomysł był raczej słaby. Ręka nie nadawała się do użytku przez parę tygodni, a z pękniętego lustra patrzyło na mnie co najmniej trzynaście, tych samych, wkurzających gąb.

***
Impreza jak impreza. Głośna muzyka, stonowane światło i dobrze zaopatrzony bar. Nie mam ochoty z nikim gadać. Milczący barman posyła w moją stronę kolejne drinki, a ja podejmuję właśnie decyzję ostateczną. W kieszeni spodni czeka mój nowy najlepszy przyjaciel. Ostrzę go ostatnio prawie codziennie, choć nie wymaga ostrzenia. Cienkie ostrze w skórzanym futerale. Przykuł moją uwagę dobre dwa miesiące temu. Leżał na wystawie antykwariatu z podpisem „nóż to papieru”. W sumie słusznie. Głupio by było napisać „nóż do żył”.

Siusiu. Cholera. Może to i lepiej. Kiedyś i tak trzeba by wreszcie pójść do łazienki, a muzyka zaczyna mnie już męczyć. Uf. Chyba alkohol podziałał więcej niż dobrze. Nogi mi się plączą. Gdzie ten kibelek?

***
Zimno. Zimno i boli łeb. Zaraz! Przecież…? Podnoszę ręce do oczu. Nic. Nie ma śladu po cięciach, które przecież miały być tak precyzyjnie zadane. Wzdłuż. W poprzek to sposób dla niezdecydowanych mięczaków, łatwo zatamować krew. Cholera! Wstrząsa mną dreszcz. Zimno! Gdzie ja jestem do cholery? Dopiero teraz dociera do mnie, że leżę na podłodze. Podłodze czego? Odruchowo otaczam się ramionami i nagle uświadamiam sobie, że moja garderoba jest jakaś niekompletna… Spoglądam w dół łudząc się przez moment. Szlag by to trafił! Leżę na podłodze w jakiejś szopie, czy nie wiadomo czym, ubrana jedynie w prążkowane męskie bokserki…

Czy ten dźwięk, który właśnie usłyszałam, to był ludzki jęk? Nie mam odwagi się rozejrzeć. Zasnę. Zaraz zasnę z powrotem i obudzę się we własnym łóżku. Na pewno…





A co w MOIM życiu?
Mokry zimny śnieg, brak słońca, plany wyjazdu na Ukrainę, Kot z ogromnymi pazurami --> szramy na całym praktycznie ciele, obiady gotowane na cały tydzień, ciężkie środy w dalekiej jak dla mnie trasie, wizja poprawiania przecinków w Smoczej Kropli w ramach CampNaNo, brak weny na Teorie Spisków, uczucie zagubienia w czasie, plan na niedzielę w Krakowie, wizja sobotniej podwójnej imprezy, brak zaległych talerzy w zlewie, nowy zeszycik z notatkami.
Tyle. 

5 komentarzy:

  1. Ukraina? Gdzie konkretnie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjazd ma upłynąć pod hasłem Zamki Zachodniej Ukrainy - ile się da aż po Kamieniec Podolski :)

      Usuń
    2. Zazdroszczę :) My jak się wszystko uda to na weekendzie majowym może też pojawimy się na Ukrainie :)

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy temat na to opowiadanie. Tylko trzeba uważać, żeby przy tylu Utalentowanych nie wpaść w banalną wymianę dialogów. Najważniejsza jest akcja. I wiadomo, niczego uratowac nie zdołają, ale i tak będzie niezły ubaw.
    Na Ukrainę to czym? Autokar? Samochód? Bo jak samochód, to podam Wam szybką trasę, która pozwoli mega korki przy zjeździe z autostrady w Tarnowie uniknąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autem naszym własnym, nie lubimy wycieczek zorganizowanych.
      To jak jechać?
      A w opowiadaniu wierz mi jest akcja, intrygi są polityczne i nie tylko, szpiedzy, naukowe eksperymenty, krajobrazy, podróże, romanse i zabójstwa.
      DZIEJE SIĘ. Mamy już ponad 400 tysięcy słów ;) Będzie tego 750 stron A4 :)

      Usuń