Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

O braku tytułu i fabularnej ścianie

Z rozmowy z Forumową Kooperantką [za dosłowność nie ręczę, ale sens jest stuprocentowo pewny]:
JA: Czy to głupie, że chcę napisać powieść, dla jednej sceny?
ONA: A nie po to się je pisze? 

No i to jest właśnie tak... scenka, wizja, spojrzenie, gest, ruch, słowo, mrugnięcie, uśmiech, długość marynarki. Cokolwiek. Wszystko może być POCZĄTKIEM.


Picie pomagało zapomnieć. Tak mniej więcej po piątym a już na pewno po siódmym kieliszku, obojętniał na rzeczywistość, a potem rzeczywistość znikała. Pił sam lub w towarzystwie swojego odbicia. Tak było taniej, niż stołować się w barach, co uskuteczniał na początku zabawy w wypieranie przez zalanie. Pił zawsze tę samą wódkę. Śmierdzącą ostro spirytusem, pozostawiającą na zębach nieprzyjemny osad. Zwykłą, bezbarwną, raczej tanią. Pił z kieliszka, bo dzięki temu miał wrażenie, że nadal jest dżentelmenem. Człowiekiem eleganckim, zrównoważonym, człowiekiem z odpowiednią przeszłością, prącym na przód ku starannie zaplanowanej przyszłości.
Nie, nie pił codziennie. Choć musiał przyznać, że powoli zaczynał się zbliżać do tego progu. Między raz w tygodniu w sobotę, a co trzeci, a czasem drugi dzień, minęły dobre dwa lata. Dwa lata powolnego zabijania wspomnień. Wspomnień, które zabić się nie dawały.
Westchnął i podniósł w górę butelkę. Pusta. Powoli odstawił ją na stół obok mosiężnej popielniczki, na której spoczywał tlący się papieros.
Kurwa, pomyślał, dziś się nie upiję.
Pokręcił głową i wstał chwiejnym krokiem. Lewa noga łatwo drętwiała i trudno było ją rozchodzić, gdy za długo siedział. Podszedł do okna i wyglądając na szarą ulicę rozciągającą w dole, zaczął masować bliznę na udzie. Bezmyślnie wpatrywał się w swoją dłoń wykonującą codzienną, syzyfową pracę, a kątem oka śledził powolny ruch czerwonego forda trzymającego się dziwnie blisko linii oddzielającej pasy jezdni, a na dobrą sprawę nawet ją przekraczając. Nie był pewny, co właściwie kazało mu skoczyć na środek pokoju i przylgnąć płasko do podłogi. Może uratował go instynkt, a może błysk słońca, odbity od metalu, w miejscu, gdzie powinna być tylko tafla szkła? Brzęk rozbitej pociskami szyby i regularny grzechot kolejnych serii zmieniających jego mieszkanie w ruinę, spowodował skok adrenaliny. Nie bał się. Był wściekły. Gdy strzały ustały odczołgał się w stronę drzwi wejściowych pamiętając, by po drodze zgarnąć leżące obok krzesła spodnie.
– Nie będę uciekał w gaciach, nie ma mowy, kurwa! – wysyczał do siebie, wciągając, ciemnoszare zaprasowane w kant nogawki.
Nie miał w mieszkaniu żadnej broni. Dosłownie niczego, no może poza jednym czy dwoma kuchennymi nożami, po które odważył się wrócić spod drzwi, gdy przedłużająca się cisza upewniła go, że kolejne serie nie nastąpią. Zatem w każdej chwili mógł spodziewać się gości. Wszystkie okna wychodziły na ulicę, na której z pewnością nadal sterczał ford z pasażerami. Prosty korytarz i tylko jedna klatka schodowa, nie dawały zbyt wiele możliwości uniknięcia kontaktu z napastnikami. Że nie przyjdą sprawdzić, czy wykonali zadanie, nie wierzył. Nie dość, że przyjdą, to jeszcze pewnie będą chcieli wziąć coś na pamiątkę. Jako dowód dla tego kto im płacił.
– Pierdolony skurwiel! – powiedział cicho, lecz z furią. – Uparty jebaniec!
Otworzył drzwi bez jednego dźwięku. Uchylił je i ostrożnie wystawił głowę. Korytarz, a przynajmniej ta część, którą ogarniał wzrokiem, był pusty. Przez chwilę nasłuchiwał, lecz nie był w stanie dosłyszeć żadnego dźwięku. Jego mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze, a napastnicy mieli aż nadto czasu, by pokonać drogę z samochodu tutaj. Skrzywił się. Nie cierpiał ryzyka. Ujął noże w taki sposób, że praktycznie ukrył ostrza w dłoniach i gwałtownym ruchem wyskoczył na korytarz, padając płasko na podłogę i przetaczając się pod przeciwległą ścianę. Może i stracił nieco wprawy, lecz lata treningu odezwały się w jego mięśniach tym szczególnym rodzajem pamięci, który nie wymagał najmniejszego udziału świadomości. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że mu się udało, lecz było to wrażenie błędne. Tynk odłupany pociskami rozrywającymi powietrze nad jego głową, obsypał mu włosy. Miał ochotę odpowiedzieć, chociażby rzucając w stronę niewidocznych wrogów ściskane w rękach noże, lecz powstrzymał ten głupi odruch. Mogą przydać się później, fakt, że jeszcze żył sugerował, iż być może chcą wziąć go żywcem.
Ciekawy pomysł, pomyślał, akurat, gdy zobaczył szparę w drzwiach przy których leżał. Szpara poszerzyła się, a z zalegającej za nią ciemności, usłyszał ciche, acz stanowcze:
– Do środka, szybko!
Nie trzeba mu było długo powtarzać. Zatrzaskując drzwi i przekręcając zamek, przyjrzał się kobiecie, która prawdopodobnie uratowała mu życie. W każdym calu przeciętna, czy to jeśli chodzi o wzrost, czy rozmiar stanika. Półdługie proste włosy w kolorze dobrze wyschniętego siana i nienaturalnie błękitne oczy. Jednak nie cała była przeciętna, te oczy zdecydowanie nie zasługiwały na takie określenie. Idąc za nią w głąb mieszkania, zastanawiał się czy ten kolor zawdzięcza genom czy soczewkom.
– Wyjdziemy przez okno – powiedziała. – Na szczęście to tylko drugie piętro a pod nami rosną krzaki. Zamortyzują upadek.
– Mamy skakać? – zapytał idiotycznie, czego nie omieszkała mu wytknąć pogardliwym skrzywieniem ust.
– No jeśli wolisz tu poczekać na swoich przyjaciół, to nie musisz – odparła. – Ja jednak spadam, jakoś mi się wydaje, że mnie nie polubili od pierwszego wejrzenia.
Poszedł za nią i przez chwilę oboje wyglądali przez otwarte na oścież okno. Krzaki rosły tuż pod elewacją i rzeczywiście była pewna szansa, na to, że nie połamią sobie od razu nóg, a przynajmniej nie obydwu.
– Musisz skakać blisko ściany, jakbyś się po niej zsuwał, a nad ziemią, spróbuj się od niej odepchnąć – wyjaśniła patrząc na niego spod zmrużonych powiek. – Nazywam to złodziejskim skokiem. Pozwala nieco oszukać grawitację.
Klamka w drzwiach poruszyła się gwałtownie, powodując, że obejrzał się przez ramię, gdy chciał powrócić do niej wzrokiem, już jej nie było. Wystawił głowę za okno i zobaczył jak podnosi się z ziemi, otrzepując odruchowo nogawki wąskich spodni.
Kurwa, jeśli nawet nie połamię nóg, to z pewnością pobrudzę koszulę! Z tą myślą przełożył nogi przez parapet i w chwili, gdy strzał roztrzaskał zamek, stawiając drzwi otworem, skoczył za nią. 


Ale nie wszystko może być KOŃCEM zdaje się
I potem bywa zdarzy się wielkie łubudu w fabularną ścianę. I myśli sobie biedna JA, po jaką cholerę w ogóle w powieści fabuła?

2 komentarze:

  1. Bo to trzeba jak przy tym skoku z drugiego piętra. Odbić się od ściany i oszukać grawitację! Nawet, gdy to jest fabularna ściana.
    Bardzo zręcznie napisane to opowiadanie. Rozwijasz się!

    OdpowiedzUsuń
  2. Och! Widzisz, jak ja jednak nie myślę???
    Faktycznie - oszukać! To jest sedno!
    :D

    I dziękuję - z rumieńcem zawstydzenia - za opinię.

    OdpowiedzUsuń