Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 16 kwietnia 2013

O maszynie parowej i świątyni czytania

Zabrali mi dziś prund na pół dnia. Ostrzeżona przygotowałam się jak należy. Netbooka naładowałam ;) O! Bo mam, maleńkiego i lekutkiego i już mi podróże niestraszne, a pisanie w pociągu ma potencjał. Oczywiście jeśli nie wdasz się w rozmowy z przypadkowo poznanym człowiekiem, który się okazuje lubić to co ty ;)

W pociągu byłam, bo mnie zawezwała Centralna Polska. Łódź tak konkretnie. Z jej niszczejącymi kamieniczkami, nad którymi nie sposób nie uronić łzy, z remontowaną Fabryczną (czy to się w ogóle liczy, jeśli nie wysiadałam z pociągu na Łodzi Fabrycznej???) i rozkopaną Piotrkowską. A to nie byle co, ta Piotrkowska bo najdłuższa w Europie biegnąca nieprzerwanie prosto bez jednego zakrętu ulica! Gdyby komuś było mało, jest jeszcze Muzeum Włókiennictwa... A tam, tam, tam tyyyyle maszyn! Krosna wszelkich typów, a wszystkie martwe. Nadal piękne i robiące wrażenie, lecz martwe. Ich pracę można sobie obejrzeć na filmidłach. Chwała multimediom! Chwała, bo wizualizacja pracy maszyny parowej napędzającej w połowie XIX wieku wszystkie krosna Białej Fabryki wbiła mnie w podłogę. Zamarła mnie i skamieniała. Tego na żywo nie dałabym rady zobaczyć, nikt dla mnie nie rozebrałby ścian fabryki i nie pozwolił oglądać synchronicznie tańczących maszyn. Pojadę znów i jeszcze raz to zobaczę, albo trzy razy. Aż będę pewna, że potrafię to zapisać. Wyjaśnić, przedstawić tak, jak ja widziałam. Namalować słowem. Zakląć w czarnych znaczkach.

Ze zdjęciami krucho. Nie wzięłam swego aparatu, bo mnie nie miał kto pilnować... Rozsądek, [znaczy Mężczyzna] został w domu tym razem. Ale coś tam mam, proszę:














W ramach zaś odważania się, odważyłam się na Inne Pieśni. Znaczy na Jacka Dukaja po raz kolejny. Bo u mnie jest tak, że jak coś bardzo bardzo bardzo mi się podoba, jak mi zapadnie we wnętrze, jak zrobi dziurę w umyśle i bliznę na duszy, to się potem tego boję. Wyjaśniam - Lód Dukaja był taką rzeczą, Rzeczą przez wielkie eRZet. Książką był taką. Pierwsza powieść Dukajowa jaką przeczytałam, wcześniej miałam kontakt tylko z opowiadaniami. Małe porcje. Po Lodzie bałam się sięgać po kolejną powieść, bo bałam się własnych oczekiwań. NIESŁUSZNIE. Totalnie, bezsensownie NIESŁUSZNIE. Otwieram i przenoszę się do świątyni. Zanurzam się w słowach. Oplatają mnie na zewnątrz i od środka. Wchłaniam i one mnie wchłaniają. Czytam powoli. Wracam do początku zdania i się nim delektuję. Jeden rozdział na raz, dziewczyno, jeden rozdział na raz! Nie spiesz się! Nie pędź do końca! Bo się skończy. To akurat pewne, skończy się, więc to przeciągaj! Tak się czuję. I spodziewam się kaca, gdy skończę. WIELKIEGO.

A w ogóle, to słońce świeci i grzeje na dodatek tym świeceniem swoim! Ave!

A ja piszę. Piętnaście tysięcy słów z założonych dwudziestu pięciu w kwietniu już jest. Przygody Niewiarygodnej Pike nie zostaną zapomniane ;)

Poproszę o dobre myśli, na drugą połowę kwietnia :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz