Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 10 lipca 2013

Żagiel

Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców, którzy odpłynęli



Za każdym razem było tak samo. Najpierw matka zaczynała częściej podnosić głos. Nie prosiła już, a wydawała rozkazy. Bywało, że zamachnęła się szmatą, czy czym tam akurat miała pod ręką; zawsze celnie i boleśnie. Ojciec przestawał przesiadywać całe dnie na ławeczce pod kuchennym oknem, a coraz więcej czasu przebywał poza domem; wychodził dogadać wszystko, co dogadane być musiało. Potem przychodziła pora matczynych zaczerwienionych oczu i ojcowych czułych gestów. Po tych ukradkowych głaśnięciach, po papierowych torebkach wypełnionych czerwonymi twardymi cukierkami, które ssało się tak długo, aż język zaczynał drętwieć, poznawała, że to tuż.
A potem przychodziła ostatnia noc. Nie podsłuchiwała, nie. Nie musiała, bo matczyny szloch niósł się po całym domu, zagłuszając nieudolne ojcowe pocieszanki. Skrzypienie z rzadka nadwyrężanego łóżka stanowiło akt końcowy.
Pobudka przed świtem, lodowata woda na otrzeźwienie, jedyna okazja do rodzinnego spaceru w przejmującym chłodzie poranka. Wciskała się między rodziców, zawsze tak samo porównując rozmiary ich podobnie szorstkich dłoni.
– Jesteś już na to trochę za duża, co? – pytał ojciec, uśmiechając się kpiąco, a ona wzruszała ramionami, po braku zawstydzenia poznając, że być może faktycznie jest.
Zbliżając się do nabrzeża przestawali być sami. Spomiędzy niskich zabudowań wychodziły podobne im grupki. Wędrowały w dół brukowanych uliczek, niektóre ciche, niektóre pokrywające lęk przekomarzankami. Grupki bywały nieduże, jak ich własna albo i jeszcze mniejsze, tam gdzie małżeństwa nie doczekały się dzieci, albo gdzie matka odprowadzała jedynego syna. Były i większe, bo niektóre kobiety wysyłały w morze i kilku mężczyzn. Im bliżej szarego pomostu, tym gęstszy tłum kłębił się wokół nich. Okręty stały na redzie, oddalone o dobre pół mili od mola, od którego żeglarze odbijali płaskodennymi łódkami, wciąganymi potem na pokłady. Pożegnania były różne. Dłuższe, krótsze, milczące, szeptane gorączkowo. Tylko łez przy tych pożegnaniach nie było, zostawały w domu, w wilgotnych poduszkach, w nocnych koszulach, z daleka od okrętów. Okręty nie lubiły łez, a żadna kobieta nie pozwoliłaby sobie na zrobienie czegoś, co mogłoby wywołać niezadowolenie tych, od których zależał los jej mężczyzny.
Potem mężczyźni szybkimi pociągnięciami wioseł oddalali się od pomostu, sprawnie wspinali się po zrzucanych przez okręty drabinkach, obejmowali je w posiadanie. Pieśń nawigatorów niosła się do brzegu, zniekształcone wiatrem słowa wbijały się w uszy kobiet. Wciągane pośpiesznie żagle napełniał oddech płynący od lądu. Kobiety stały na brzegu tak długo, aż ostatni okręt nie rozpuścił się na horyzoncie.
– I znów zostałyśmy same córuś – mówiła matka, a ona patrzyła na starą Dereniową albo na Kaśkę od Gawełka i myślała, że wcale nie takie same, skoro miały siebie nawzajem; nie mówiła tego jednak na głos wiedząc, że nie wolno odbierać matce rytuału cierpienia, który celebrowała w ten sam sposób odkąd była w stanie sięgnąć pamięcią.
Od tego momentu zaczynały żyć oczekiwaniem. Czasem czekało się ledwie miesiąc, czasem dwa, a czasem i pół roku, jeśli okręty były wyjątkowo chętne do igraszek. Nigdy nie było wiadomo kiedy nastąpi powrót. W niektórych wioskach kobiety wystawiały warty przy koszach ogniowych, ale u nich nie było tego zwyczaju. Szczęście dla tej, która pierwsza przypadkiem zauważyła biel żagla. Biegła wtedy do wsi, ile sił w nogach; ile tchu w piersiach krzyczała: wracają!
Tamtego lata to ona miała szczęście. Do niej należał przywilej potykania się na nierównych kocich łbach w szaleńczym biegu.
– Wracają! Wracają! – wrzeszczała, zdzierając sobie gardło.
Nim wpadła do domu, do matki dotarły jej słowa, powielane przez wychodzące na ulice kobiety. Do portu szły śpiesznie, radosne, pozbawione lęku, nie było mowy żeby do brzegu nie dotarł okręt, który niósł mężczyznę przynależnego szczęściarze. Nawet gdy do pomostu zaczęły dobijać pierwsze łodzie, a one ciągle nie widziały na horyzoncie charakterystycznego ojcowego okrętu z trójkątnymi żaglami, nie czuły strachu. Dziś miały szczęście. Otaczał je szum powitań, dziwnie cichych, docierały do nich ukradkowe spojrzenia, rzucane szybko wyrazy współczucia. Nie wierzyły. Szczęście było po ich stronie.
– Dwa zatonęły – powiedział brodaty Akse. – Winograd i Trójnóg waszego.
Położył matce rękę na ramieniu, a ona przelotnie pomyślała, że musiała być bardzo ciężka, bo matka zgięła się wpół i tak już została. Trudno ją było zaciągnąć do domu, trudno było rozebrać, trudno ułożyć na łóżku. Sama się nie położyła, siedziała na podłodze, oparta o ścianę i słuchała suchego szlochu. Jej głowę wypełniały myśli pełne buntowniczego protestu. Ona nie! Nigdy! Po żadnym mężczyźnie!

***
Za każdym razem było tak samo. Najpierw czuła zew. Skąd przychodził? Nie wiedziała. Czuła go dookoła i czuła go w środku. Potem szła samotna wśród rodzinnych grupek, obrzucana zawsze tymi samymi na wpół zalęknionymi na wpół obraźliwymi spojrzeniami. A jednak, gdy zeskakiwała do łodzi, każdy z obecnych na pomoście mężczyzn starał się zająć miejsce obok niej. W końcu była szczęściarą.

2 komentarze:

  1. A kto na nią czekał? Zawsze łatwiej wypływać temu, na kogo nikt nie czeka.

    OdpowiedzUsuń