Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

piątek, 27 września 2013

Tramwaj zwany pożądaniem


Akt pierwszy: 

– Smakowało? – pyta barman, a ja orientuję się, że wysoka szklanka, którą ściskam w dłoni jest w niezrozumiały sposób pusta.
Podaję mu ją, kiwając powoli głową.
– Jeszcze raz poproszę – mówię – tylko niech będzie bardziej kwaśne.
– Jeszcze bardziej? – unosi kpiąco brwi i wyraźnie ma ochotę pociągnąć rozmowę, jak przystało na przystojniaka za barem, który liczy na napiwek od właściwie zbajerowanej samotnej alkoholiczki.
Odwracam się w stronę sali ucinając tym samym ten pseudo flirt, na który kompletnie nie mam ochoty. Zresztą nie tylko na to nie mam ochoty. Właściwie to gdyby dobrze pomyśleć nie mam ochoty na nic. No może poza tą dawką cytryny z wódką, o którą poprosiłam. Nie, nie krzywię się bo mnie pan wkurwia, nie, to po prostu taki drink. Wzdycham. Nie powiem mu tego, bo się nie zjawi. Wystawił mnie. Nie po raz pierwszy zresztą czekam na niego przy barze. Mimo tego, że za każdym razem obiecuję sobie, że już nigdy więcej. NIGDY. A potem moje ciało mnie zdradza. Skóra pamięta jego dłonie i to skóra decyduje o tym, że idę pod wskazany adres, siadam przy barze pół godziny przed wyznaczoną godziną, a on czasem jest, a częściej go nie ma.
– Proszę! – słyszę głos barmana za plecami.
– Dziękuję – odpowiadam odruchowo i obracając się na barowym stołku sięgam po napełnioną hojnie szklankę
Słomka! Po jaki chuj wsadził nową, skoro poprzednią oddałam mu z pogardliwym uśmiechem? Tym razem po prostu rzucam niepotrzebny kawałek plastiku na ladę i pociągam solidnego łyka. O ja pierdolę! Rzeczywiście kwaśne! Krzywię się niemiłosiernie, ale zaraz skrzywienie zastępuję uśmiechem. Lubię rzeczy przesadnie wyraziste, a ten drink właśnie znalazł się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych dań. Unoszę szklankę w stronę barmana w toaście uznania. Kłania się z szerokim uśmiechem, prezentując równe białe zęby, kontrastujące z cieniem zarostu pokrywającym idealnie zbudowaną szczękę. Zerkam na zegarek i trafia mnie szlag. Uśmiech znika z mojej twarzy. Pół godziny po czasie. Nie przyjdzie. Odstawiam szklankę na kontuar i zaczynam rozważać upicie się do nieprzytomności. Może chłopiec od drinków może załatwić coś mocniejszego? Coś do przypalenia na ten przykład? Już mam mu zadać dość bezceremonialne pytanie, gdy czuję na ramieniu ciężką dłoń. Odwracam się gwałtownie, rejestrując jeszcze kątem oka wyraz zdziwienia na twarzy barmana. Przyszedł. Stoi przede mną w odległości równej długości jego ramienia. Patrzy z góry, mimo tego, że barowy stołek naprawdę należy do tych wyższych i musiałam się na niego wspinać po dwóch szczebelkach. W ustach robi mi się sucho, a serce zaczyna bić jak oszalałe. Nie umiem oderwać wzroku od jego czarnych oczu. Zdążyłam już zauważyć, że ma na sobie nową dla mnie prążkowaną marynarkę w ciemnym kolorze, którego w przytłumionym barowym świetle nie jestem w stanie rozpoznać. Kołnierzyk nieskazitelnie białej koszuli wyłożył na wierzch, co wydaje mi się irytujące. Nie ma krawata i włosy mu urosły odkąd się ostatni raz widzieliśmy. Zaczesał je do tyłu, lecz chyba mają go w nosie, bo wyglądają jakby w każdej chwili mogły opaść grzywką na czoło.
– Będziesz to kończyć, czy możemy iść? – Ruchem brody wskazuje wciąż niemal pełną szklankę.
Jego głos jest niski, wibruje w moich uszach jeszcze chwilę po tym jak skończy mówić.
– Możemy iść – odpowiadam i zsuwam się ze stołka.
Uśmieszek lęgnący się leniwie w kąciku jego ust, doprowadza mnie do szału. Ja pierdolę, jaka ja jestem łatwa! Robi krok w stronę wyjścia, potem kolejny, przy czwartym, a może piątym, odwraca się i patrzy na mnie wciąż stojącą obok opuszczonego przed chwilą stołka. Zaciskam wargi i próbuję opanować swoje pragnienia. Kręci głową, kpiący uśmiech nie schodzi mu z ust, gdy wraca i bez ceregieli chwyta mnie za rękę. Teraz już nie mam innego wyjścia. Wychodzę, a właściwie wybiegam za nim, bo jak zwykle w dupie ma różnicę wzrostu między nami i stawia te swoje długie nogi w tempie zabójczym. Zwłaszcza dla kogoś kto jak ja nie potrafi się normalnie poruszać na obcasach, a i tak uparcie wkłada je na randki. Na przystanek tramwajowy wpadamy, akurat, żeby wskoczyć do ostatniego wagonu dwunastki. Zawiezie nas do celu, bez przesiadek, chyba, że coś jeszcze zmienił, poza fryzurą, na przykład miejsce zamieszkania. Mimo późnej pory wszystkie miejsca siedzące są zajęte. Nie puścił mojej ręki od wyjścia z baru i nadal tego nie robi, tylko ciągnie mnie na tył tramwaju, gdzie ustawia przodem do okna, a sam staje za mną, opierając ręce o rurkę, po obu moich stronach. Jestem więźniem. Czuję ciepło bijące od jego ciała, mam świadomość, że jego broda znajduje się ledwie o centymetr, bądź dwa od czubka mojej głowy. Za wszelką cenę, staram się nie oprzeć o niego plecami. Nie mogę go dotknąć, nie mogę, bo nie powstrzymam jęku. Skóra mnie pali. Każde zakończenie nerwowe krzyczy, wspominając jego dłonie. Te dłonie, na które mogę teraz bezkarnie patrzeć, jak zaciskają się na żółtej rurce o przekroju siedmiu i pół centymetra. Zmienia pozycję, widzę w szybie, którą noc zmieniła w lustro, jak pochyla głowę, zbliżając usta do mojego ucha. Przełykam ślinę, gdy owiewa je ciepły oddech.
– Tęskniłaś? – pyta. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz