Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 27 października 2013

Bo kiedy idziesz

Bo kiedy idziesz prosto przed siebie, wsłuchując się w ostry stukot obcasów, to tak naprawdę nie myślisz o celu. Celem jest przestawianie nóg. Czasem liczenie kroków. Nie jest nim wcale oglądanie widoków, podziwianie zabytkowych kamienic, ani czystych chodników. A już w ogóle nie jest nim dotarcie gdziekolwiek. Wręcz przeciwnie, chciałabyś w takim momencie nigdy nigdzie nie dotrzeć. Bo gdy dotrzesz, gdy umilknie stukot, gdy uśpiony hałasem mózg zacznie pracować, przypomnisz sobie jego triumfującą minę i trafi cię szlag.
Więc idziesz, stukasz coraz głośniej nie bacząc na niebezpieczeństwo odbicia sobie pięt. Gniew nakręca twoje kroki, gniew przyspiesza przestawianie nóg. Jesteś coraz dalej, w tyle został most, a pod nim leniwie płynąca zielona rzeka o poszarpanych nierównych brzegach. Dziś jeszcze nie. Jeszcze nie. Coś gna cię do przodu, nie pozwala się zatrzymać na moście, spojrzeć w dół na rzekę. Metalowa barierka dziś jeszcze nie werżnie się w twój brzuch, nie poczujesz uderzenia krwi w czubku głowy, nie zrobi ci się niedobrze. Nie będziesz oddychać szybko, coraz szybciej, nie zaczniesz się śmiać.
Nie dziś, dziś idziesz coraz szybciej, stukanie obcasów już nie jest ważne. Nie jest ważne, więc zrzucasz szpilki, zostają w tyle, jak w tyle został most. Teraz możesz już zacząć biec. Stopy uderzają o płyty chodnika, ręce rytmicznie przecinają powietrze. Oddech przyśpiesza, powietrza jest mniej i mniej. Przepona pracuje z wysiłkiem, pod żebrami czujesz ciasnotę. Wiatr wymierza uderzenia, przyjmujesz je z pokorą. Każde następne może zwalić cię z nóg. Rwany oddech jest dobry by się upić zmniejszoną dawką tlenu. Krew zalewa oczy od środka, zmienia kolor ciała szklistego, jakimś cudem nie wypływa przez źrenicę, nie tryska jak fontanna szampana, jak sok z przejrzałej czereśni.
Biegniesz, brakuje ci tchu. To już nie jest lekki rausz, to pijaństwo w najgorszym stylu. Zataczasz się, przyklękasz i wstajesz uparcie i znów próbujesz biec i tuli cię drzewo, szorstkie, nie przyzwyczajone do współczucia, drapie ci twarz korą, brudzi koszulę w kolorze cierpienia. Mimo to nie puszczasz, tonący i brzytwa, ty pierwszy raz toniesz, jeszcze nie wiesz, że żadna brzytwa nie pomaga, że pokochasz to uczucie braku powietrza, ten wir w głowie, że przejdziesz przez most jeszcze pięć, a potem siedemdziesiąt pięć razy, że dlatego ten triumf na jego twarzy i dlatego-

- Tak?
- Nie uciekaj więcej w ten sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz