Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 21 stycznia 2014

Wyzwanie czytelnicze: styczeń, czyli jak snułam się po Morzu Śródziemnym z Jackiem Aubreyem

Do powieści Patricka O'Briana Dowódca "Sophie" podchodziłam nad wyraz entuzjastycznie. Powody? Bo to książka o okrętach i o marynarzach. Wystarczy. No i jeszcze bo to książka, którą najwyraźniej musiał zauważyć twórca filmu "Pan i władca: Na krańcu świata". No i jeszcze, bo mi ją polecał ktoś, komu ufam, zaznaczając od razu, że film jedynie lekko się na powieści opierał. 

W miarę czytania entuzjazm bynajmniej nie opadał. Mamy rok 1800. Kapitan Jack Aubrey obejmuje swe pierwsze dowództwo. Nie jest jeszcze kapitanem pełnoprawnym, a jedynie nominalnym. Ma prawo do jednego epoletu, noszonego na lewym ramieniu - sporo czasu musi upłynąć, aby ktoś taki mógł najpierw przełożyć epolet na prawe ramię, a potem dołożyć do niego drugi, tak by wreszcie wyglądać symetrycznie. To tylko jeden z faktów, którego do tej pory nie znałam, mimo sporej fascynacji marynarką w ogóle, a marynarką dziewiętnastowieczną w szczególności. 

Dla chętnych mamy szczegółowy wykład na temat takielunku, uzbrojenia, morskich manewrów a także nazwijmy to swego rodzaju etykiety. Owszem ktoś mógłby uznać, że autor przynudza, zarzucając czytelnika ciężkim technicznym infodumpem, ale ja należę do tych, którzy wolą się uczyć metodą fabularną. Ktoś inny mógłby powiedzieć, że w książce występują dłużyzny, a autor rozwleka akcję, prowadząc ją statycznie także w momentach, gdy opisuje bitwy, by urwać znienacka i przejść do krótkiej notatki w dzienniku okrętowym, ale ja widzę w tym całkiem ciekawą próbę zestawienia suchych zapisów, które można znaleźć w archiwach z rzeczywistością. Jeszcze ktoś inny mógłby się przyczepić do braku typowego bohatera, jakiego być może zwykliśmy szukać w książce, ja powiem, że każdy z nich, wraz ze swoim indywidualnym zestawem cech, wśród których jak dla mnie przeważają o dziwo wady - w szerokim rozumieniu, czy to cech fizycznych, czy psychicznych - jest po prostu najzwyczajniej w świecie prawdziwy. Silne, rozbuchane do absurdu poczucie honoru. Demony przeszłości. Popędy, które mogą przeszkadzać w osiągnięciu celu. Euforyczne reakcje w obliczu nieuniknionej walki. Problem dziury w jedwabnych rajstopach i tłustej plamy po przechowywanym w kieszeni plastrze baraniny. Wszystko to przedstawione jest przez autora w sposób, który nazwałabym bardzo mało emocjonalnym. To relacja, do której emocje dorobić sobie musi czytelnik - jeśli chce. Ja chciałam i dzięki temu dostałam obrazek innego świata, świata wcale nie pastelowego, bynajmniej nie błyszczącego, lecz nie pozostawiającego wątpliwości co do swej realności.

Szanuję autora także za to, iż będąc ewidentnie specjalistą w dziedzinie marynarki wojennej z okresu wojen napoleońskich, jest jednocześnie świadom swych ograniczeń. Nie próbuje udawać, że zna się na wszystkim, wszystko rozumie. Oto krótki cytat ze sceny abordażu:
Kula oderwała kapitanowi dolną część ucha. Nie zwracając na to uwagi, wykonał on sprytną szermierczą sztuczkę i ciął swego przeciwnika z potworną siłą w ramię.
Ogarnijcie to, drodzy czytelnicy: sprytna szermiercza sztuczka! Czyż to nie cudowne? Czy to ważne jaka? Wziął, wykonał i przeciwnik jest unieszkodliwiony. I o to jakby chodzi, prawda?  

Zdecydowanie planuję sięgnąć po następne części serii. Wszak pan Pullings wciąż czeka na awans, a doktor Maturin nadal ma duże braki w swej morskiej wiedzy, nie wspominając o tym, że nie ruszyliśmy się poza Morze Śródziemne ;)

Na zakończenie kilka z moich ulubionych cytatów:

O naukowych rozważaniach doktora Maturina:
Stephen wyjął nogę z chłodnej już wody i przyglądał się jej uważnie, rozmyślając o szczegółach anatomii kończyn niektórych wyżej rozwiniętych gatunków ssaków: koni, małp i afrykańskich Murzynów.

O nie przystającym do szarży zaangażowaniu w ćwiczenia:
Tym razem poszło nieco lepiej. Niewiele ponad trzy minuty. Kula nie potoczyła się po pokładzie, a pan Pullings pomagał im odciągnąć działo, wybierając tylną talię. Patrzył przy tym obojętnym wzrokiem w niebo, jakby na dowód, że nie jest tam tak naprawdę obecny.

O problemie nienaturalnej zbrodni stosunku płciowego z kozą, karanej (jak nieomal każde umieszczone w Prawie Wojennym przewinienie) śmiercią:
Po co zgłaszać takie rzeczy? Kozę należy zaszlachtować, to na pewno, a potem powinno się ją podać na obiad w mesie człowiekowi, który doniósł na tego biedaka.

O lądowych lękach, nieobcych dzielnym na morzu kapitanom:
- Och, och! - zawołał Jack wskakując na krzesło. - Wąż!  

O płochości dam:
Lśniący wojskowy but pułkownika Pitta przyciskał prawą stopę pani Harte, a lewa jej stopa, odsunięta dość daleko od prawej, przyciśnięta była znacznie lżejszym i bardziej eleganckim pantoflem Jacka.








6 komentarzy:

  1. Twój blog mnie nie kocha, nie wysłał mojego komcia ;(

    A pisałam, że w końcu muszę to przeczytać i że jak przywieziesz, to podejmę kolejną próbę. Bo Ulv mnie od dawien dawna już namawiał, nawet dwa razy zaczynałam, ale za każdym razem jakoś był zły układ planet i nie wyszłam wiele dalej niż za koncert. Nie wykluczam też, że po prostu w przyszłym roku zrobię sobie czelendża marynistycznego, bo w tym temacie mam okrutne braki, do których nadrabiania się zbieram w sobie jakbym chciała a nie mogła. :)

    "Po co zgłaszać takie rzeczy? Kozę należy zaszlachtować, to na pewno, a potem powinno się ją podać na obiad w mesie człowiekowi, który doniósł na tego biedaka." - piękna metoda <3

    "- Och, och! - zawołał Jack wskakując na krzesło. - Wąż!" - Indiana Jones soł macz <3

    "Lśniący wojskowy but pułkownika Pitta przyciskał prawą stopę pani Harte, a lewa jej stopa, odsunięta dość daleko od prawej, przyciśnięta była znacznie lżejszym i bardziej eleganckim pantoflem Jacka." - mam przed oczami, jak ta biedna kobieta usiłuje gdzieś przejść i się wypierdziela jak długa, bo obie stopy ma przygwożdżone do ziemi przez dwóch różnych jegomościów xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyzwanie marynistyczne *____* Jestem chętna, by w to wejść!

      A co do biednej kobiety: biedni to ci zakręceni przez nią panowie, muszę obiektywnie stwierdzić XDDD acz sytuację z glebą widzę i chichram...

      Usuń
  2. Pamiętam, że kiedyś miałam coś z tej serii (jakiś dalszy tom). Zaczęłam czytać i nie było najgorzej, ale jakoś tak nie lubię tomów wyrwanych z kontekstu, więc sobie odpuściłam z zamiarem poszukania części pierwszej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia jak wygląda połączenie tych książek w serię, bo czasem nie ma wszak wyrwania z kontekstu i każdy tom można czytać osobno, sprawdzę jak dorwę kolejne. A przeczytać warto - dopełni z pewnością wizji XIX wieku, jaką sobie wypracowujesz Kass, czytając pozycje, że tak powiem, lądowe :)

      Usuń
  3. Nie wiedziałem o tych epoletach. Na każdy trzeba sobie zapracować i nie od razu dostaje się oba!!! Tylko na morzu można coś takiego wymyślić.
    Podoba mi się słowo "infodump"

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne słowo i mnóstwo mówi :D
    A te epolety i mnie zaskoczyły i jeszcze parę spraw też. Naprawdę warto przeczytać, Grzesiu!

    OdpowiedzUsuń