Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 6 lutego 2014

Jak położyłam styczeń

Położyłam, bo Wen zdechł.

Na styczeń zaplanowałam "Zorzę". Takie niby science fiction... Zasadniczo dużo fiction i pseudo science w niewielkiej ilości. Naprawdę niewielkiej. "Zorza" w mojej głowie ma bohaterów, ma fabułę, ma nawet wizję kompozycyjną. Więc sporo więcej niż miała, zanim się za nią zabrałam na okoliczność wyzwania. Wizja urodziła się jakoś latem zeszłego roku, przy pierwszej próbie zmierzenia się z pisaniem na akord, czyli Anna Siemomysła vs Write or Die. Tekst był nieskładny, zawierał kilka ciekawych fraz i zalążek pomysłu. Pomysłu zbyt fajnego, by mu pozwolić zmarnieć w nieurodzajnej glebie. Podlewałam go zatem rozmyślaniami. Z tych rozmyślań wyszli nowi bohaterowie, dość trudni jak dla mnie bo nastoletni. 
Przez cały styczeń zasiadłam do pisania dwa razy. 

[W tym miejscu Siem wzdycha ciężko i kiwa głową z politowaniem dla samej siebie i padłego bohatera - znaczy Wena]

Z tych razów dwóch powstał rozdział pierwszy. Poniżej jego fragmencik. Po co? Nie wiem... Żeby się pochwalić? Eee... chyba nie... Żebyście mnie, Wierni Czytelnicy, motywowali...? Tak, to prędzej. Więc tak: czytajcie i motywujcie!

(albo każcie sobie dać spokój...)



1.
– To musiała być Zorza.
Takie słowa powtarzały się wszędzie, gdzie Tina kierowała swe kroki. Uśmiechała się w duchu, pilnując jednocześnie, by nawet ślad tego uśmiechu nie pokazał się na jej twarzy. Dziś był dzień żałoby.
– To musiała być ona.
Kobiety stojące pod piekarnią, w której piekarz dopiero miesił ciasto na chleb, kręciły głowami z przekonaniem i smutkiem.
– Nikt inny nie potrafi w ten sposób zawrócić w głowie młodego człowieka – mówiła jedna, a inne potakiwały w milczeniu.
Tina minęła je wkładając ręce do kieszeni. Pochyliła głowę tak, by krzywo obcięte włosy zasłoniły jej twarz.
– On miał przecież ledwie czternaście lat – usłyszała jeszcze, nim skręciła w kierunku placu targowego.
No tak, czternaście, pomyślała, tyle co ona, a więc w sam raz. W sam raz, by wykorzystać krótką noc na samotny spacer pod ciemny szczyt kolący równie ciemne niebo, jakby mało w nim było otworów przez które przebija światło innego świata. W sam raz, żeby zacząć odprawiać ten dziwaczny niezrozumiały dla żadnego z dorosłych rytuał. W sam raz, by zostać znalezionym z uśmiechem poszerzonym ostrym narzędziem. Jakby… nożem do filetowania ryb?
Tina pochyliła głowę jeszcze niżej. Ramiona opadły jej odruchowo. Jasne, że się bała. Nie była idiotką, pojmowała niebezpieczeństwo, rozumiała aż nazbyt dobrze, że być może nie ma już dla niej żadnej przyszłości.
Tymczasem dookoła niej miasto szumiało, miasto szeptało, miasto konserwowało się w swoich oskarżeniach. A ponad nim powietrze drgało rozpalone umierającym słońcem i drgało strachem. Strachem nie przed wyraźnie oczywistym końcem świata, który wisiał nad nimi w postaci ogromnej pomarańczowej tarczy, ale przed obcą. Przed niechcianym gościem, który kilka lat temu przekroczył bramę w nierównej palisadzie. Palisadzie stanowiącej bardziej symbol niż faktycznie konieczną ochronę. Wtedy Zorza wystraszyła dorosłych swym dziwacznym strojem, a dzieci rozśmieszyła białą twarzą. Dorośli pozostali nieufni, a ciekawskie dzieci podrosły i zobaczyły w niej szansę.
Tina skrzywiła się słysząc kolejne wypowiadane zawziętym głosem oskarżenie. Drażniło ją to, chociaż była pewna, że i tym razem miasto nie zrobi nic. Szepty ucichną, szumy znikną, a oskarżenia zostaną  przysypane grubą warstwą strachu. Bo strach zawsze powstrzymywał dorosłych. Nieważne, że oni sami nazywali to rozsądkiem. Tina wiedziała lepiej. Wiedziała też, że w końcu przyjdzie dzień, gdy komuś z młodych się uda i poruszy tę cholerną, dziurawiącą niebo górę, i zobaczą na własne oczy, jakie światy oświetla blade, zimne światło, spływające nocą na ziemię w postaci długich ostrych promieni.




PS. 
Za to w planie na luty 19 z 50 stron Romansu poprawione. Zabieram się za Akt Drugi. A co do wyzwania czytelniczego - mam "Złego" w domu. Czeka na parapecie, aż się za niego zabiorę. 

To tyle doniesień z frontu walki ze sobą i z czasem.




3 komentarze:

  1. Nie no, zawalić science-fiction O.o. To ponad moje siły :P.

    OdpowiedzUsuń
  2. Krótki ten rozdział pierwszy i nie wiem, czy Zorza jest dobrem, czy złem?

    OdpowiedzUsuń
  3. A Ty, Grzesiu, to byś tak chciał od razu wszystko wiedzieć, co?
    Specjalnie dla Ciebie, boś się zaciekawił wrzucam w kolejnym poście cały pierwszy rozdział (to wyżej, to jego kawałek). Tak czy siak niedługi, bo to ma być tak naprawdę krótkie opowiadanko, a takich rozdzialików ma mieć maksymalnie pięć.



    Bates! Położyłam w styczniu, nie powiedziałam, że odpuszczam zupełnie :P

    OdpowiedzUsuń