Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 9 lutego 2014

Zorza - rozdział 1

Zatem na specjalne życzenie Dunajcowego Grzesia (nie obchodzi mnie, że może nieco nadinterpretuję jego komentarz) zamieszczam cały pierwszy rozdział.
Powiedz, Grzesiu, chcesz wiedzieć co dalej?


1.
– To musiała być Zorza.
Takie słowa powtarzały się wszędzie, gdzie Tina kierowała swe kroki. Uśmiechała się w duchu, pilnując jednocześnie, by nawet ślad tego uśmiechu nie pokazał się na jej twarzy. Dziś był dzień żałoby.
– To musiała być ona.
Kobiety stojące pod piekarnią, w której piekarz dopiero miesił ciasto na chleb, kręciły głowami z przekonaniem i smutkiem.
– Potrafi zawrócić smarkaczom w głowie – mówiła jedna nienawistnym tonem, a inne potakiwały w milczeniu.
Tina minęła je wkładając ręce do kieszeni. Pochyliła głowę tak, by krzywo obcięte włosy zasłoniły jej twarz.
– On miał przecież ledwie czternaście lat – usłyszała jeszcze, nim skręciła w kierunku placu targowego.
No tak, czternaście, pomyślała.
Tyle co ona, a więc w sam raz. W sam raz, by wykorzystać krótką noc na samotny spacer pod ciemny szczyt, kolący równie ciemne niebo, jakby mało w nim było otworów przez które przebija światło innego świata. W sam raz, żeby zacząć odprawiać ten dziwaczny niezrozumiały dla żadnego z dorosłych rytuał. W sam raz, by zostać znalezionym z uśmiechem poszerzonym ostrym narzędziem. Jakby… nożem do filetowania ryb?
Tina pochyliła głowę jeszcze niżej. Ramiona opadły jej odruchowo. Jasne, że się bała. Nie była idiotką, pojmowała niebezpieczeństwo, rozumiała aż nazbyt dobrze, że być może nie ma już dla niej żadnej przyszłości.
Tymczasem dookoła niej miasto szumiało, miasto szeptało, miasto konserwowało się w swoich oskarżeniach. A ponad nim powietrze drgało rozpalone umierającym słońcem i drgało strachem. Strachem nie przed wyraźnie oczywistym końcem świata, który wisiał nad nimi w postaci ogromnej pomarańczowej tarczy, ale przed obcą. Przed niechcianym gościem, który kilka lat temu przekroczył bramę w nierównej palisadzie. Palisadzie stanowiącej bardziej symbol niż faktycznie konieczną ochronę. Wtedy Zorza wystraszyła dorosłych swym dziwacznym strojem, a dzieci rozśmieszyła białą twarzą. Dorośli pozostali nieufni, a ciekawskie dzieci podrosły i zobaczyły w niej szansę.
Tina skrzywiła się słysząc kolejne wypowiadane zawziętym głosem oskarżenie. Drażniło ją to, chociaż była pewna, że i tym razem miasto nie zrobi nic. Szepty ucichną, szumy znikną, a oskarżenia zostaną  przysypane grubą warstwą strachu. Bo strach zawsze powstrzymywał dorosłych. Nieważne, że oni sami nazywali to rozsądkiem. Tina wiedziała lepiej. Wiedziała też, że w końcu przyjdzie dzień, gdy komuś z młodych się uda i poruszy tę cholerną, dziurawiącą niebo górę, i zobaczą na własne oczy, jakie światy oświetla blade, zimne światło, spływające nocą na ziemię w postaci długich ostrych promieni.
Zacisnęła zęby i włożyła rękę do kieszeni spodni. Tak bardzo chciała, by to jej się udało. Czy to było złe życzenie? Czy może to ona sprowokowała śmierć Mitki? Palce pośpiesznie namacały wrzecionowaty kształt. Był tak samo twardy i chłodny jak w chwili, gdy wyjęła go z wyhaftowanego przez Maję woreczka.
– Tina! Tina! Czekaj! – usłyszała za plecami piskliwy głos.
Nie musiała się obracać, by wiedzieć, kto ją woła.
– Co tam, Gab? – spytała, lekko zwalniając kroku, lecz wciąż uparcie prąc do przodu.
Chłopak zrównał się z nią i przez chwilę nie odpowiadał wyrównując oddech. Zerknęła w bok. Miedziane włosy wyglądały jak zwykle nieporządnie, wymykając się ze sznurka, którym je wiązał, a wąskie brwi prawie stykały się ponad nosem, gdy dzieciak szukał odpowiednich słów do rozpoczęcia rozmowy.
– No? – zachęciła go, znów przyspieszając; od dzielnicy targowej wciąż oddzielała ją spora przestrzeń Upadłego Osiedla, a obiecała sobie, że w chatce Zorzy stawi się zanim jeszcze słońce wypłynie całe ponad horyzont.
Gab otworzył usta, szykując się do odpowiedzi i chwilę później je zamknął wzdychając ciężko. Tina nie zerkała już kątem oka, odwróciła głowę w jego stronę i, wciąż brnąc do przodu po nierównej, wydeptanej między opuszczonymi budynkami ścieżce, przyglądała się jak drgają mu mięśnie zaciśniętej do granic możliwości szczęki.
Cholerny dzieciak, pomyślała zirytowana.
Na głos powiedziała jednak tylko:
– Ok, jak będziesz wiedział, o co ci chodzi, daj znać.
Po czym wzruszyła ramionami.
– Uważasz mnie za dzieciaka, nie? – odezwał się w końcu, a jego głos nie był już piskliwy. – Nie?
– Daj spokój, Gab… – Potrząsnęła głową; ta rozmowa-nie rozmowa zaczęła ją niespodziewanie irytować.
– Wiem, że tak o mnie myślisz! – Upór przebijał się wyraźnie w jego głosie, który na ostatnim słowie znów się załamał i zabrzmiał zgrzytliwie. – Cholerna jasna! – Oczy Gaba błyszczały gniewnie; chłopak podniósł dłoń do gardła, jakby chciał je siłą zmusić do posłuszeństwa.
– Daj spokój – powtórzyła, wyciągając do niego rękę w geście pocieszenia; odsunął się, nim zdążyła go dotknąć.
– Ja pójdę! – powiedział pozornie bez związku, a jego głos tym razem zabrzmiał prawdziwie po męsku.
Tina drgnęła i poczuła wzbierającą w głębi żołądka wściekłość.
– Zgłupiałeś? – warknęła. – Co ty sobie myślisz, dzieciaku?
Ciemna twarz Gabriela pociemniała jeszcze bardziej. Chłopak zatrzymał się gwałtownie.
– Przepraszam, przepraszam, Gab! – rzuciła rozpaczliwie.
Teraz była zła i na niego i na siebie. Nigdy jeszcze nie nazwała go tak na głos. Był jej najlepszym przyjacielem i nic nie powinno stawać między nimi. Nic. Nawet to, że ona od roku już krwawiła, o czym nie wiedział, bo uznała, że byłoby mu przykro. Kiedyś, później, powie mu. Później, gdy on przestanie się męczyć ze zmieniającym się w najmniej odpowiednich momentach głosem.
– Przepraszam… – powtórzyła jeszcze raz, lecz chłopak odwrócił się na pięcie, gwałtownym gestem przecierając oczy.
– Cholerne słońce – wymamrotał, po czym ruszył z powrotem w stronę Niskiego Miasta, z którego przyszli.
Tina patrzyła na jego szczupłą sylwetkę, dopóki nie zniknął za najbliższym pozbawionym już dawno szyb klockowatym budynkiem. Widziała, że jeszcze kilka razy podnosił dłoń do oczu i miała świadomość, że jest to coś, o czym nigdy nie wolno jej będzie z nim rozmawiać. Wystarczająco już uraziła jego dumę.
– Gab! Jaki ty jesteś głupi! – syknęła do siebie, czując, że i jej łzy napływają do oczu, mimo faktu, iż słoneczną tarczę miała za plecami. – Taki totalnie głupio głupi dzieciak!
Czuła, że ma ochotę tupnąć nogą, bezsilność wypełniała ją całą, wygrywając z innymi uczuciami.
– Nie możesz być jak dorośli! – powiedziała głośno tym razem do siebie, wysuwając podbródek, co miało odpędzić, podążający tuż za bezsilnością obezwładniający smutek. – Nie możesz, bo nic z tego wszystkiego nie wyjdzie i wszyscy umrą.
To ją nieco uspokoiło. Na tyle, że mogła podjąć wędrówkę w kierunku targowiska, gdzie zamierzała kupić nieco żywności dla Zorzy, która od jakiegoś czasu unikała wizyt w mieście. Właściwie nie było to jej obowiązkiem, lecz uznała, że nieładnie przychodzić w gości z pustymi rękami. A tym właśnie na razie była, gościem i chyba lubianą uczennicą, bo póki Zorza nie obwieści, iż opracowała nowy sposób wejścia do wnętrza góry, nie zamierzała się przyznawać, iż tym razem jej kolej na podjęcie  próby.

***
- Jest piękna, prawda? – zapytał właściwie retorycznie, choć brak odpowiedzi sprawił mu przykrość.
Stojąca pośrodku obrysowanego ośmioramienną gwiazdą lądowiska rakieta, zachwycała go perfekcyjnym kształtem, trawionymi w metalu otaczającym środkowy człon, delikatnymi – i z pewnością niepotrzebnymi – zdobieniami, lecz przede wszystkim bijąca z niej zapowiedzią przygody.
Tymczasem jego towarzyszka przyglądała się jej z twarzą całkowicie wypraną z emocji, jakby eksploratory były czymś, co oglądała przynajmniej raz na tydzień, miedzy śniadaniem, a pierwszym wykładem.
- Nazwę ją Henrietta – powiedział, by przerwać drażniącą go ciszę.
Kobieta spojrzała na niego, a w jej wzroku pojawił się błysk rozbawienia.
- EX-HN-04, jak rozumiem, nie jest odpowiednim imieniem dla kochanki?

2 komentarze:

  1. Skoro Zorza odczuwa gód, to taka zła nie jest. Ale tego Upadłego Miasta to bym się bał.

    OdpowiedzUsuń