Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 4 marca 2014

O tym, że nigdy za mało wyzwań i jak się do tego ma "Ciemno, prawie noc"

To chyba będzie kolejna recenzja. Jeśli te moje luźne, chaotyczne myśli na siłę wtłaczane w słowa można nazwać recenzjami.

Bo widzicie, mam na ten rok dwa poważne wyzwania związane z literaturą. Tak, bredzę o nich cały czas, ale nie zaszkodzi jeszcze raz. I do tych dwóch wyzwań dołożyłam sobie kolejne, po tym jak przyszło mi do głupiego łba poustawiać na jednej półce wszystkie pożyczone książki. I na sztuki to jest ich dwadzieścia trzy. No i je też zamierzam w tym roku przeczytać jakoś. Dałam radę drugiemu tomowi Przybysza pani C. J. Cherrych, który delikatnie rzecz ujmując męczyłam od lata. Wstyd mi za siebie, ale jakoś tak, zawsze było coś ciekawszego, bo chcąc być szczera, muszę powiedzieć, że to jedna z najnudniejszych książek jakie kojarzę. Czy problem leży w tłumaczeniu, czy nikłej akcji rozwleczonej na ponad trzysta stron, nie wiem. Być może coś o książce powie fakt, iż w pewnym miejscu mój egzemplarz ma błąd składu w wyniku którego brakuje ponad dwudziestu stron i ja nie zauważyłam żadnego braku czytając. 


Przez tę książkę nieco się obawiałam, iż straciłam swój dar wchłaniania książek. Na szczęście Syrena przysłała mi panią Joannę Bator. Ot któregoś dnia napisała wiadomość - wyślę ci książkę, Anno, bo wiem, że zrobi na tobie wrażenie. Może nie dosłownie, ale taki właśnie był sens, a parę dni później odebrałam na poczcie Ciemno, prawie noc.


Zwlekałam jak ze wszystkim. Aż w końcu ustaliłam sama ze sobą, że się wyzywam. No i w niedzielę, gdy już pojechali ostatni goście, czyli koło ósmej godziny wieczornej, zaczęłam czytać. Przerwałam, gdy północ zaczęła się zbliżać niebezpiecznie. Przerwałam po stu osiemdziesięciu stronach, bo poczułam się jak mała dziewczynka, która za nic nie pójdzie do ubikacji i nie zgasi światła po północy. Musiałam to zrobić przed północą, zanim nieogarnialne, niewypowiedziane do końca, lepkie i straszne niebezpieczeństwo wyjdzie ze swych kątów, ze szpar w podłodze, zza lodówki i z lustra. MUSIAŁAM. A potem nie spałam długo, dusząc się z głową skrytą pod kołdrą, z dłońmi dotykającymi pleców męża, żeby czasem nie zniknął, gdy się odwrócę. Dziwny, ach dziwny, zapomniany za dorosłego życia stan. Ja po prostu na czas lektury stałam się małą Alicją, słuchałam czarnych opowieści starszej siostry i uczyłam się żyć ze strachem ukrytym na karku. Potem nastał jasny dzień i poszłam do pracy, myśląc tylko o tym kiedy wrócę do domu i zacznę czytać dalej. Przeczytałam kolejne trzysta stron. Przestałam znów przed północą. Tym razem nie ze strachu, tym razem piekły mnie oczy odzwyczajone od takich maratonów. Piekły i łzawiły i za nic nie chciały współpracować. Rozpaczałam. Do końca zostało stron siedemdziesiąt cztery. Czemu się nie bałam? Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że zło które się zmaterializowało na dalszych stronach książki nie straszyło mnie, bo było do wyobrażenia. Było konkretne, nazwane, miało swe narzędzia w postaci ludzi złych/nie złych, dobrych/ nie dobrych, smutnych, samotnych, doświadczonych, znudzonych, zostawionych na pastwę, opuszczonych, okrutnie potraktowanych, podłych, okrutnych, szukających łatwego zysku. Było obiektywnie straszne, lecz nie straszyło, bo było. To dziwne, lecz po skończeniu lektury (a skończyłam ją dziś w pracy, stojąc przy niszczarce i mechanicznymi ruchy wsuwając kolejne dokumenty między ostrza - bo musiałam, MUSIAŁAM czytać dalej, wiedzieć już, nie mogłam, NIE MOGŁAM czekać na powrót do domu) nie czułam w stosunku do tego zła najgorszego złości, nie byłam wściekła, nie chciałam go niszczyć. Czułam tylko smutek. Szary, gęsty, lepiący się do mnie smutek, którego nie zdołało ze mnie zmyć szumiące nadziejne morze. Za dużo było wcześniej beznadziei, bym dała się autorce przekonać tak od razu. I tak bym sobie dopisała własne zakończenie! Jak kiedyś dawno, w dzieciństwie, gdy w myślach poprawiałam Dumasa, za co teraz troszkę mi wstyd. 

Ujęło mnie w tej książce rozebranie na części tłumu. Tłum, twór z zasady jednolity, twór niedotykalny przez swą mnogość hydrzych głów, został przez autorkę rozebrany na części, części wcale nie przedstawione z bliska, nie! To nie tak, że czytelnik poznał motywacje poszczególnych puzzli tworzących dość groteskowy, acz spójny wizerunek ludzi złączonych potrzebą zauważenia ich i dania otuchy, choćby najbardziej absurdalnej. Nie. A jednak tłum anonimowy nie był. 

Ujęły mnie w tej książce ciche, a głębokie uczucia. Milczenie Marcina, potrzeby Alicji. To jak się nawzajem szanowali, jak rozumieli i nie starali wpływać na swe myśli. Jak oboje wiedzieli, że będzie jak będzie, a jednak... Ujęli mnie. Oboje.

Ujął mnie w tej książce język. Prosty i plastyczny. Pełen napięcia. Nabrzmiały emocjami.

Tak. Dziękuję Ci, Syreno.




3 komentarze:

  1. Nie ma za co!
    Syrena

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm. To znakomita recenzja, zachęcająca do przeczytania "Ciemno, prawie noc". A przysięgałem sobie już nigdy więcej nie oglądnąć rodzimego filmu i nie sięgnąć po książkę napisaną przez kogoś znad Wisły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcesz powiedzieć, że jak mnie wydadzą, to nie przeczytasz? ;)

      Usuń