Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 3 marca 2014

Wyzwanie czytelnicze: luty, czyli jak wychowywałam Warszawę ze Złym

"Zły" Leopolda Tyrmanda to książka, która istniała w mojej świadomości, jednak istniała niepewnie, jakby przymglona i z całą pewnością, gdyby jej ktoś nie wyciągnął z tej głębiny, mówiąc o niej przy mnie, to bym jej sama na powierzchnię nie przywołała i nie przeczytała. I bardzo źle by się stało i tu należy się wdzięczność hevs.

*kurtuazyjny dyg w jej stronę*

O czym to w ogóle jest? Teoretycznie o walce z chuligaństwem. O polskim Zorro lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. W praktyce? Cóż chyba najbardziej o Warszawie, mieście brutalnie pobitym, jak niejeden z bohaterów tej książki, i będącym w trakcie leczenia. Jeszcze nie wiadomo, co będzie z pacjentem, planowane są amputacje i przeszczepy, ale Warszawa się nie poddaje. 

Będę szczera - po początkowym zachłyśnięciu się plastycznymi, nieco poetyckimi opisami miasta, wkrótce poczułam się nimi nieco znużona. Pokonały mnie te wszystkie apostrofy do warszawskich bram, skwerów, chodników. Owszem, zawsze stanowiły wprowadzenie do jakiejś akcji, mającej za tło właśnie to, a nie inne miejsce, lecz jak dla mnie - czytelnika przyzwyczajonego do większego tempa, czytelnika chowanego już na stylu nieco jakby filmowym - było tego momentami za dużo. Mam wrażenie, że te rozbudowane opisy zrujnowanego miasta zajęły miejsce bohaterom. Czułam ich wielki niedosyt. Pojawiali się na chwilę, spełniali swoją rolę i znikali. 

Mam też nieco żalu do autora za potraktowanie postaci kobiecych jakby po łebkach. Olimpii o pięknym mocnym charakterze, twardo stąpającej po ziemi, a przecież nie potrafiącej się ustrzec przed porywami serca, było zwyczajnie mało, mało, mało. Marta... Cóż. Dawno nie czytałam tak nijakiej, a przez to pozostawiającej wrażenie głupiutkiej nad wyraz bohaterki. Bardzo starałam się pojąć o co chodzi tym wszystkim kochającym się w niej panom. I do samego końca mi się nie udało. W jej kontekście słowa doktora Witolda Halskiego: "Kobiety są takie nierozumne" są w całej rozciągłości prawdziwe. Zresztą w ogóle, pan Tyrmand kobiety traktował jako tło i dodatek do mężczyzn. Worek do bicia, upokarzania, ale i powód do zmiany życia. Były przedmiotami, które czemuś służyły. Nie wyraźnymi bytami. 

W pewnym momencie bolały mnie też kolejne opisy chuligańskich wybryków, podkreślanie brudu i niechlujstwa. Warszawa jawiła się jako miejsce ponure i smutne. Mam świadomość o jakich czasach mówi książka, jakie środowisko opisuje, ale wrażenie oblepiającej mnie beznadziei pozostało do teraz, gdy próbuję poukładać odczucia, które wzbudził we mnie "Zły".

W żadnym razie nie żałuję, że książkę przeczytałam i podobała mi się. Lecz wiem też, że drugi raz po nią nie sięgnę.

Na koniec kilka cytatów, które zrobiły nam mnie szczególne wrażenie.

Absolutny numer jeden:

W chwili gdy najbliższy bliźni demoluje nam śledzionę, masakruje nerki, unicestwia czar dopiero co kupionego płaszcza, niweczy z trudem przyszyte guziki, gasi brutalnie przepiękny połysk żarliwie wyczyszczonych butów, gniecie na miazgę wiezione dla dzieci ciastka, uśmiecha się przepraszająco, pakując nam w usta rękaw od kurtki, w której przed chwilą czyścił kominy lub wypakowywał stare śledzie - w takiej chwili, powtarzam, instynkty, jak działa żaglowej fregaty, wysuwają się groźnie z burt naszych dusz.


Za co lubię doktora Halskiego:
- Niech się pan nie trudzi, panie doktorze – rzekł Zenon – odprowadzę pannę Majewską… - Halski uśmiechnął się promiennie. – To nie jest w moim zwyczaju – rzekł – zostawiać kobiety same o wpół do drugiej w nocy. – Na krzepkiej, śniadej szyi Zenona zaczęła nabrzmiewać niebezpiecznie wydatna żyła. „Będę chyba musiał udzielić dziś sam sobie pomocy w nagłym wypadku… Cóż robić, i tak bywa” – pomyślał doktor Halski, patrząc bez strachu na wyższego o pół głowy hokeistę.

Naprzeciwko szło dwóch facetów, niewyraźnych w brudnym powietrzu brzasku. Szli szybko, wprost na niego. Serce Halskiego zabiło gwałtownie, poczuł strach, lecz wiedział, że będzie musiał przyjąć walkę, był na nią gotów mimo wewnętrznego bezhołowia uczuć, z którego nie mógł w tej chwili wyciągnąć żadnego jasnego wniosku, decyzji czy nakazu. Faceci byli niżsi od niego, krępi, twarzy ich nie mógł rozeznać pod nasuniętymi na czoło oprychówkami, spoza zasłony nastawionych kołnierzy jesionek. Przez sekundę zapragnął przystanąć, skręcić w bok, odwrócić się, uciec, lecz coś silniejszego od niego kazało mu iść w przód. Cztery kroki zdały mu się marszem przez wieczność, pomyślał błyskawicznie, że chyba nigdy nie skończy się to posuwanie do przodu, ten ohydny chód ku nieznanemu bólowi, ku nieuniknionej klęsce i krzywdzie.


Facepalm lat pięćdziesiątych:

- A więc dlaczego prowadził pan identyczną działalność w Warszawie? - spytał cicho i dobitnie Dziarski; natychmiast też, gdy wypowiedział te słowa, pojął po raz pierwszy ich niesłuszność, pojął to tak nagle i tak wyraziście, że o mało co nie uderzył się dłonią w czoło gestem człowieka pragnącego wykrzyknąć "Ależ ze mnie zakuty łeb!..."


I jeszcze nowe wyzwanie - czyli Siem szuka w czytanych książkach nawiązań okrętowych ;)

Prowadzony cudownym radarem własnego instynktu ZŁY obracał się powoli, nieznacznie w miejscu, jak wieża strzelnicza krążownika przed salwą.



2 komentarze:

  1. Czytałam "Złego" na trzecim roku studiów, w ramach zajęć, nie ukrywam, więc trochę czasu i lektur temu. Ale tak - to mogę potwierdzić - kiedy myślę teraz o tej powieści, to mimo całego dystansu i humoru, jej echa są raczej ciemne i przygnębiające. Pamiętam głównie te ciemne zaułki i te momenty, które naprawdę mną wstrząsnęły (taka jedna śmierć na przykład...).

    Ponieważ dla mnie "Zły" był lekturą na HLP, czytałam go też pod konkretnym kątem - Warszawy jako bohaterki i całego "Złego" jako polemiki z obrazem wyłaniającym się z powieści typu "podaj cegłę". Może dlatego mnie tak bardzo te opisy nie zmęczyły, choć na pewno czytało się bardzo powoli. Przyjemnie, ale bardzo powoli :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak. Taka jedna śmierć, choć tak dobrze korespondująca ze śmiercią wcześniejszą, tak idealnie równoległa i przez to mogąca się jawić przewidywalną, spowodowała u mnie chwilową niechęć do kontynuowania lektury.

    OdpowiedzUsuń