Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

sobota, 19 kwietnia 2014

"Powidoki", czyli opinia o książce nieco subiektywna

Lubię słowo "powidok". Lubię to, że można je wykorzystać na wiele sposobów. Lubię też to że mogę faktyczne powidoki serwować sobie na życzenie, gapiąc się w słońce i utwierdzając w prawdzie, iż coś jest na rzeczy z tymi trzema kolorami podstawowymi, w których odbiorniki zaopatrzona jest nasza siatkówka. Ale przede wszystkim to, że wszystko może dawać powidok. Drugie spojrzenie. Nie dający się odsunąć cień - wspomnienie.

Cóż więc dziwnego, że sam tytuł zbioru opowiadań Maršowych wzbudza we mnie mnóstwo uczuć pozytywnych?




A co w środku? 

A w środku dwanaście opowiadań, z których niektóre znałam już wcześniej, bo co tu kryć, autorkę znam, to czytałam.

Jestem też dziwnie przekonana, że ten, kto pisał notkę na tył miał spory problem z wyborem czynnika łączącego te opowiadania w zgrabną całość - poza osobą autorki oczywiście. Napisano tam, iż są to opowiadania preapokaliptyczne. Zaglądając do środka oczekuję zatem obrazu świata u schyłku, tuż przed końcem, świata ginącego, lecz ciągle istniejącego. Ba! Ja nawet oczekuję, że ten świat wie, co go czeka, daje znaki - ja umieram, ratunku! Albo - umieram, dajcie mi wszyscy święty spokój. Ok, może się nieco zagalopowałam. W każdym razie mam konkretne oczekiwania, bo jeśli przeczytam, iż mam się spodziewać preapokalipsy, to się jej spodziewam.

Tymczasem mimo szczerych chęci i prób analizowania już nie tylko konkretnego przedstawionego tła, ale losów bohaterów wychodzi, że pod określenie preapokaliptyczny można podciągnąć tylko pierwsze opowiadanie - 2835 kwadransów do końca (47 i 1/4). Tam bohaterka jest świadoma, tego co nastąpi. Jej zachowanie zmienia się pod wpływem tej wiedzy, wie, że oto przed nią ostatnia szansa i nie wolno jej zmarnować. 

Nie chcę zdradzać o czym są opowiadania, bo tak trudno pisać o krótkich formach bez zdradzania wszystkiego. 

Napiszę tylko, że dla mnie wspomnianym wyżej czynnikiem łączącym opowiadania zbioru nie jest apokalipsa, ani sama w sobie, ani z przedrostkiem pre. Faktyczny koniec świata pojawia się w trzech opowiadaniach. Końce świata pojedynczych ludzi w kilku więcej, lecz nadal nie we wszystkich. Więc chyba nie o to jednak chodziło?

Długo się zastanawiałam jak ugryźć problem i czy w ogóle taki czynnik jest. Szczerze? Nie jestem pewna.

Może to pierwiastek niesamowitości i nieprawdopodobieństwa? Ten moment, gdy znany nam świat rozjeżdża się - dość subtelnie - z tym widzianym w opowiadaniach? Czasem rozjeżdża się na poziomie tła, czasem bohaterów i wiesz dobrze czytelniku, że zasady jakimi rządzi się ten przedstawiony w powieści powstały w głowie autorki i nie ma na nie miejsca w realu. A szkoda. Czasem bardzo szkoda.


Magia, koniec świata, tajemnica bez wyjaśnienia. Fantastyczna rzeczywistość alternatywna.

Co wydaje mi się warte napomknienia, opowiadania są bardzo różne, zarówno pod względem sposobu narracji, stylu, jak i wydźwięku. Marša potrafi bawić się formą, układem, kompozycją. I tak powstaje zbiór rzeczy naprawdę różnych. Są takie przy których zdrowo się uśmiałam - Złoty Rocznik, Miłość Czarodzieja, takie które przeszły mi dreszczem po kręgosłupie - Limes, Mur i takie, po których zrobiło mi się smutno - Słone Moczary, Częstochowa, Głupiec.

A może to właśnie je łączy? Że zawsze ponad tłem, ponad światem przeważają losy pojedynczych ludzi? To oni się wybijają na plan pierwszy nawet tam, gdzie teoretycznie co innego jest tematem przewodnim i motorem fabuły. To oni wzbudzają emocje wymienione przeze mnie wyżej. To oni sprawiają, że myślę, co z nimi dalej? Że niemożliwe, by mieli odejść z mojego życia już, od razu, po takim krótkim przedstawieniu się. Chcę o nich wiedzieć więcej! Bo wiem, że żyli przed czasem, w którym rozgrywają się konkretne przedstawione wydarzenia i że będą żyli po nim. Bo są pełni. Nie płascy, papierowi, nie są czymś, co autorka wykorzystuje jedynie, by coś czytelnikowi przekazać. Ma się wrażenie, że nie tyle ich stworzyła/wymyśliła, lecz zwyczajnie poznała, a teraz opowiada historię, którą od nich dostała.

Dla mnie te wszystkie opowieści łączy sposób wykorzystania fantastycznego tła do tego, by przedstawić historię pojedynczych ludzi. Ot - obyczaj osadzony w świecie fantastycznym. 

Próbowałam sobie ułożyć ranking opowiadań. Wybrać mój numer jeden. Ale to takie bardzo, bardzo trudne!

Najmocniej chyba trzepnął mnie Głupiec. Jurek nie może wygrać, nijak, a nie potrafi przestać grać, rozkładać kart, które jemu właśnie uparcie mówią co będzie, choć ta wiedza jest bezużyteczna, skoro niczego nie da się zmienić.

Najwięcej radości sprawił mi Złoty Rocznik. Polak i Czech kontra francuska wizja dobrobytu! <3

A moim ulubionym bohaterem pozostaje Florian z Dieu le veut i Joyeux Nöel. To pewno dlatego, że wzbudza współczucie, a wzbudza bo jest zbiorem pojedynczym. Tak go widzę.

A ulubione opowiadanie zbioru? Cóż... Słone Moczary. Bo tak.




PS. A teraz coś z zupełnie innej beczki: JOŁA, KOCHAM CIĘ.


2 komentarze:

  1. Czy już ktoś wcześniej nie napisał książki pod takim tytułem? Na pewno czytałem poboki, ale powidoki chyba też.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pojęcia nie mam szczerze mówiąc. Znalazłam książeczkę dla dzieci pod tym tytułem, bo mnie zafrapowałeś do szukania. Wątpię jednak by o nią Ci chodziło, Grzesiu :)

    OdpowiedzUsuń