Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 2 kwietnia 2014

Wyzwanie czytelnicze: marzec, czyli jak usiłowałam spojrzeć na wojnę o pierścień z innej strony

Marcowe wyzwanie jest moją winą. To ja zaproponowałam "Ostatniego Władcę Pierścienia" Kiryłła Jeśkowa i na mnie wszelkie gromy winny spaść.






Miało być tak pięknie. Okładka zapewnia, że oto przede mną spojrzenie drugiej strony, oto wyjaśnienie jaki naprawdę był Mordor - kraj przemysłu i ludzkiego dążenia do wiedzy. I nawet na samym początku urzekło mnie określenie magii jako rzemiosła, a technologii jako sztuki. Bo lubię technologię, tak? Tyle, że aby przedstawić punkt widzenia drugiej strony, nie można po prostu odwrócić ról:

Źli magowie (wyjątkiem szlachetny Saruman) - Dobrzy Nazgule biorący na siebie cierpienie świata.

Głupi ludzie na północnym-zachodzie, chcący życia pod butem elfów - mądrzy inżynierowie na wschodzie, którzy niczym budowniczowie Wieży Babel w Starym Testamencie przeciwstawili się bogom.

Jak dla mnie to zwyczajnie nie wystarczy. Bo jeśli staramy się przedstawić motywacje i cele drugiej strony, jeśli mówimy, że w jej szeregach były szlachetne jednostki, to żeby to uprawdopodobnić musimy moim zdaniem pozwolić także aby ta pierwsza strona się broniła. Muszą być równorzędne, zwłaszcza jeśli sięgamy do czegoś tak mocno zakorzenionego w kulturze jak "Władca Pierścieni".

Autor oczernia Aragorna, sprowadzając go do roli niehonorowego oszusta, na dodatek beznadziejnie i bez wzajemności zakochanego w patrzącej na niego jak na psią kupę półelfce. Z jedynej ogarniętej damskiej postaci u Tolkiena (nie żeby było ich za dużo... hym... damskie postacie poza Elfkami... tak! Eowina i wspominana Różyczka w Hobbitonie... cóż... mało) robi naiwną idiotkę, tak, że człowiek, gdyby chciał w to wierzyć, to musi się zastanowić o co właściwie chodziło Faramirowi i że być może tam po prostu nie było wyboru? Hobbitów zdaje się nie wspomina w ogóle. Właśnie. Dotarło to do mnie dokładnie w tej chwili, gdy próbuję ułożyć tę notkę.

Dobrze. Pomijając nawet to, co czułam, gdy w tak prymitywny sposób odwrócono kota ogonem, zmieniając dobro na zło i odwrotnie, bez podania tak naprawdę żadnych logicznych argumentów, liznąwszy zaledwie tej podkreślanej polityki i ekonomii. Pomijając to wszystko - gdybyż to jeszcze było napisane tak, że styl płynie, że opowieść wciąga, że przywiązujesz się czytelniku do bohaterów i chcesz im towarzyszyć do końca w misji, która ma uratować przyszłość świata. Gdyby tak było, gdyby zwyczajnie literacko książka stała na przyzwoitym poziomie, może bym poszła na tę zamianę. Tymczasem... cóż... to ja może spróbuję w punktach:
1. Nijak nie pasujące do epoki współczesne wtręty w stylu "Blitzkrieg", czy Faramir zwracający się do Eowiny per "mała" (i nie łykam nawet w tym kontekście, iż autor zrobił z historii Śródziemia naszą przeszłość).
2. Przeskakiwanie przez głowy bohaterów bez ostrzeżenia, a co jeden to bardziej przaśnie myśli o świecie.
3. Pojawiające się rozbudowane retrospekcje dotyczące bohaterów z tła (i mam tu na myśli bardzo konkretnie opowieść o leśniczym).
4. Pisanie wielu niepotrzebnych słów łączących się w zwyczajnie nieładne zdania - i tu pewno można by było coś z tym zrobić na poziomie tłumaczenia. Znaczy ja nie wykluczam, że te zdania po rosyjsku brzmią dobrze, ale przekalkowane na polski (tak, czułam kalki) po prostu nie.
5. Brak równowagi między suchą ekspozycją, a ciągnącymi się przez mile tekstu dialogami.
6. Wniosek ostateczny: wszystkim rządzi przypadek, a historię piszą zwycięzcy... nie, nie jest to zły wniosek, czy nieprawdziwy, czy... ale czy naprawdę po to właśnie bohaterowie muszą brnąć przez ponad czterysta stron? 

W sumie na końcu, to mi się zrobiło żal barona Tangorna, że został w to wpakowany, przeciągnięty przez jakieś idiotyczne podchody, mające być wojną wywiadów, na którą poczułam się za głupia (nie, to nie ironia, może być, że za głupia jestem, by ogarnąć te wszystkie frakcje a myliły mi się, bo nie skupiałam się dość mocno nad lekturą) a na końcu zabity w tak przewidywalnym momencie, ale tak makabrycznie przewidywalnym, że aż pomyślałam sobie chwilę przed tym, zanim zatruta strzałka zagłębiła się w jego szyi, iż przeżyje. 

Innymi słowy: zamiast powieści opisującej wojnę o pierścień z punktu widzenia drugiej strony konfliktu, dostałam coś bardzo mocno kojarzącego się z blogowym fanfikiem na niestety niskim poziomie. Bo to nie tak, że jeśli coś jest blogowym fanfikiem to musi być złe. Ale ta książka zdecydowanie z takim właśnie nieudanym produktem fana z niedosytem się kojarzy. Albo z NaNo bez redakcji. O! To też dobre. Nabijanie słów ponad wszystko.

W ramach podsumowania: pomysł taki piękny i wart świeczki; wykonanie - taki smutek...

Ale może tak właśnie miało być?
Może to ja po raz kolejny nie złapałam dowcipu i wszystko biorę zbyt poważnie?


PS. A jeśli o wyzwaniu pisaniowym: w marcu plan zrealizowany - "Niezatapialna" po pierwszej edycji! 

2 komentarze:

  1. Ciekaw jestem, czy ktoś jeszcze oprócz Ciebie przebrnął przez te 400 stron? Z jednym się nie zgodzę, żeby przedstawić motywacje drugiej strony i chcemy pokazać, ze tam były szlachetne jednostki to wcale nie musimy pokazywać dla kontrastu tej pierwszej strony. Wystarczy pokazać dobre czyny drugiej strony.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, Grzesiu!
    Uzupełnię zatem: miałam konkretnie na myśli to, że jeśli stronę znaną jako "dobra" przedstawia się nagle jako "złą" negując wszystkie znane czytelnikowi racje, to dla mnie to jest niewiarygodne i nie wystarczy mi przedstawienie szlachetności drugiej strony.

    A przeczytali wszyscy, którzy biorą udział w wyzwaniu :D Dzielni jesteśmy.

    OdpowiedzUsuń