Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 29 maja 2014

Ja też przeczytałam "Zmierzch"

Przeczytałam na dwa razy, szast prast i przeczytane. Krzywdy mi nie zrobiło. Przeczytałam późno. Późno pod co najmniej dwoma różnymi względami. Pierwszy wzgląd to taki, że jakby wiek targetowy przekroczyłam już ze dwa i pół raza... Jakoś tak. No dobra. Dwa razy brzmi lepiej ;) Zaś drugi wzgląd to fakt, że książka została napisana w 2005 roku, a po niej jeszcze trzy, a nawet cztery, a w roku 2008 ktoś nakręcił film. Nie wiem kto, nie chcę wiedzieć, ale o tym dalej. Późno więc, bo raz, że musiałam stale sobie przypominać, że to książka dla nastolatek, a dwa bo Internet wciąż huczy, wciąż bije w oczy memami i wyśmiewa wszystko w żywe oczy, szufladkując, ustawiając odbiór, pozycjonując książkę w mej głowie, zanim zdołałam przeczytać choćby pierwszy akapit. I zapewne z tego powodu, biorąc się za Zmierzch, spodziewałam się czegoś. CZEGOŚ. Nie wiem czego. Że będzie śmiesznie? Że zabiją mnie nielogiczności i słaby język? Że nie dam rady i rzucę w diabły?

OK. Na to ostatnie nie mogłam sobie pozwolić, nawet, gdybym miała silną potrzebę. I tu czas na podanie motywacji, która kazała mi - osobie totalnie poza targetem wiekowym i fabularnym (nie mam upodobania do wampirów) - wziąć się za lekturę. Otóż zmotywowana zostałam przez znajomego NaNowca, który w ramach zeszłorocznego NaNoWriMo napisał dzieło o wiele mówiącym tytule Zmierzchłem. Po odleżeniu poddał tekst redakcji i jak każdy porządny grafoman szuka feedbacku. To się zgłosiłam, bo mam dobre serce (czytaj: bo rozrywała mnie ciekawość, po tym jakie fragmenty nam serwował w trakcie trwania listopadowego wyzwania). Tyle że, aby docenić i ogarnąć w pełni, poczułam iż muszę dotknąć umysłem swym wzorca. I tak na tapetę weszła pani Stephanie Meyer i pierwszy tom jej bestsellerowej sagi. Ta dam!

Zaczęłam zatem czytać.

Im dalej w tekście byłam, tym więcej myśli przychodziło mi do głowy. Poza oczywistymi, jak: jeśli Bella jeszcze raz zachwyci się urodą Edwarda, to rzygnę lub: jeśli Edward jeszcze raz uśmiechnie się łobuzersko (z rozbawieniem, szelmowsko) to rzygnę również, były też takie: no i gdzie to sparklenie? E? Tylko tyle? Nuda... oraz takie: no dobrze, a o co ten krzyk?

Bo krzyk jest ogromny, a problem dla mnie mały. Bo ja pojmuję zarzuty, że płytko, że Belli brak charakteru, że fabuła jakby mało porywająca. A z drugiej strony: mamy opowiastkę o miłości między nastolatkami. Poznali się w szkole, spojrzeli na siebie i serduszka im szybciej zabiły. Czy do tego na pewno potrzebna jest głębia? Chemia jest chemia, patrzysz na kogoś i ci się podoba. Edward to zresztą podkreśla, że Bella pachnie szczególnie apetycznie - ot ma odpowiedni dla niego zestaw feromonów ;) Owszem, byłoby lepiej, gdyby nie pachniała tak atrakcyjnie dla reszty chłopaków z Forks, których łaskawie obdarza swoimi koleżankami, układając życie miłosne w miejscowym liceum. To drażni i powoduje dość pogardliwe prychnięcia - przynajmniej u mnie. Bo z jednej strony dowiadujemy się, że ona jest taka nieatrakcyjna i nigdy nie miała szczególnie dużo kolegów, a z drugiej jest w centrum zainteresowania. Motyw nowości i panny z wielkiego świata w mieścinie na jego końcu jest ok na początek, ale potem emocje zdecydowanie powinny opaść, jeśliby czytelnik miał polubić Bellę, a nie opadają i Bella wchodzi w rolę miejscowej Mary Sue. Brrr. Na dodatek dosyć rozmemłanej. A jej wada - potykanie się na prostej drodze i talent do ściągania kłopotów - miast przysporzyć jej sympatii, zwyczajnie czyni jej postać groteskową. I o ile nie zamierzam pytać, co u licha widział w niej Edward (bo chemia jak wyżej) to niestety pytam, co takiego widziała w niej cała reszta chłopaków z Forks i rezerwatu, bo wszak Jacob też bez problemu dał się zauroczyć (tu przynajmniej Bella jakoś ten swój "dar" wykorzystuje, działa z premedytacją, policzę jej to na plus, niech ma).

Kolejną sprawą wzbudzającą emocje i wywołującą dyskusje jest problem przesłania. Jakie przesłanie, jaką naukę niesie Zmierzch? Jakie wzorce do naśladowania, skoro literatura kształtuje czytelnika, a tu wszak czytelnikiem z założenia ma być młody człowiek, podatny na kształtowanie? W dyskusji z Frąą, ze strony tej ostatniej, padło porównanie Hermiony i Belli. Ta pierwsza ratuje świat, ta druga... cóż... dużo emuje. Z drugiej strony Hermiona ma możliwość ratowania świata. Przede wszystkim świat wymaga ratowania. Bella... Bella prowadzi ojcu dom. Nie każda nastolatka by się w tym odnalazła. Może mało, lecz można rzec, że nie kłóci się z wymiarem całości. Bo to nie jest literatura wyższej półki, a czytadełko.

Czytadełko, które urosło do niewiarygodnych rozmiarów, przyniosło ekranizację i fanfika w postaci Pięćdziesięciu twarzy Greya. A jego sława rośnie i zatacza kręgi. Jedni krytykują, inni wyśmiewają, jeszcze inni czytają do poduszki. No a potem są jeszcze tacy jak ja, którzy się próbują doszukać logiki w samym tekście, traktując go tak samo jak każdy inny i przegrywają sromotnie. Bo jak na wszystkich bogów literatury, ktoś kto teoretycznie nie oddycha, bo nie musi, bo NIE ŻYJE, może mieć dziecko? Spłodzić je jakoś? No jak? I jakim cudem przyspiesza mu oddech, gdy się zapędzi w słodkim sam na sam z Bellą lub wtedy gdy biegnie z nią na plecach pomiędzy drzewami (tekst z drugiego tomu, gdy Bella stwierdza, że dosiadanie własnego wampira jest jak jazda na rowerze - tego się nie zapomina, na długo utkwi mi w pamięci; tego się faktycznie nie zapomina). Marsza podpowiedziała, że Edward jest tak szlachetny, iż dba by Bella nie czuła się głupio, gdyby mu tak nie przyspieszył jak należy... Ok. To dobre wytłumaczenie. Przynajmniej jakieś jest.

I teraz tak: nie, nic wielkiego się nie stało, niebo nie spadło mi na głowę po lekturze, ale to nie jest rzecz, którą bym polecała komukolwiek. Niech sobie każdy sam szuka lektury z gatunku: bardzo nie mam co robić, pomarnuję nieco czasu na coś, co mi niewiele da. I jeszcze taki błysk dosłownie sprzed chwili: ten wpis zaczęłam tworzyć zanim przeczytałam część drugą czyli Księżyc w nowiu. I miałam zupełnie neutralne stanowisko po pierwszym tomie. Drugi... drugi tom to jest jakaś kompletna porażka. Przez wszystkie strony Bella jojczy nad sobą. Przez wszystkie strony jest za głupia, by pojąć rzeczy oczywiste. Przez wszystkie strony jest zwyczajnie nudna. No i po drugim tomie to już mam negatywne stanowisko...

A miałam wszak pisać o Zmierzchu-książce neutralnie, a nawet z lekkim wskazaniem na plus, a krytykować, bezlitośnie niszczyć film. Bo ten film... ten film... to jest dopiero porażka. Wszystko jest w nim złe. Ujęcia są złe. Na Bellę zawsze z góry, na Edwarda z dołu. Kolory są złe. Nienaturalne i męczące straszliwie. Muzyka, która ginie, nie słychać jej. Zmiany w fabule - na przykład stosunku Belli z ojcem - czemuż oni jedzą w barze, zamiast w domu? Akurat to, co policzyłam Belli na plus w książce (jeden z dwóch przypominam) w filmie zostało wycięte. I od razu mówię: nie wnikam w grę aktorską. Może scenariusz nie dawał za wiele pola do popisu... Oglądało się ciężko, z poczucia obowiązku nieco, nieco z chęci umęczenia się, a i tak na raty. Uważam, że film dodatkowo zniszczył książkę. Kolejnych części oglądać nie zamierzam, bo mój czas jest jednak zbyt cenny... A! Gwoli uczciwości. Jest jedna rzecz, która w filmie była lepsza niż w książce. Scena z zatrzymaniem samochodu. W książce w tej dramatycznej scenie akcji było miejsce na tyle myśli Belli, ba! Był czas na dialog!

[tu czynię gest znany szeroko jako facepalm] 

W filmie van się toczy, Edward skacze, wyciąga rękę, przez chwilę wygląda całkiem normalnie (bo przez resztę czasu musiałam sobie powtarzać za Bellą jaki on jest piękny, bo bym zapomniała) i znika. I tak być powinno. Ogólne wrażenie jest jednak takie, że zaczęłam się poważnie bać adaptacji filmowych.

A skoro wyrzuciłam z siebie parę słów w temacie adaptacji, to nie mogę nie napisać nic o najbardziej chyba znanym obecnie fanfiku. Czyli o Pięćdziesięciu twarzach Greya. Tak się poskładało, że przeczytałam Greya znacznie wcześniej niż Zmierzch i zupełnie nie potrafiłam się odnieść, ba, ja nie potrafiłam uwierzyć, że to jest fanfik. A potem przeczytałam twór inspirujący, twór dający natchnienie pani E L James, czyli dzieło pani Meyer. 

[tu miejsce na westchnienie; długie; bardzo długie]

Może na początek definicja prosto z nonsensopedii: KLIK

Mając wzorzec, zobaczyłam w całej okazałości jak potraktowała go pani James. Wszystko, wszystko ze Zmierzchu występuje w Greyu. Identyczne sceny, identyczne relacje, podobne dialogi. Tyle, że to, co do Edwarda pasuje, bo wszak jego dojrzałość jest umotywowana wiekiem, podobnie jak zdolności muzyczne. Fakt, że zabrania Belli się dotykać jest związany z niebezpieczeństwem, bo co jak się nie powstrzyma i ją zeżre? A To, że każe jej jeść po stresującej akcji z napaścią, a sam nie je, jest z kolei oczywiste. Natomiast u Greya? U Greya to wszystko śmieszy, mimo prób stworzenia przeszłości bohatera usprawiedliwiającej takie zachowania. Wysiłek autorki idzie na marne, wszystko jak dla mnie jest tak makabrycznie naciągane i irytujące. Po zapoznaniu się ze Zmierzchem przyszedł mi nawet do głowy taki szybki proces myślowy, który mógł doprowadzić do powstania Greya, coś jak:
"Łiiiii!!! Ten Edward taki fajny, ten Zmierzch taki fajny! Tylko się nie bzykają :C Eee... To napiszę sobie swego Zmierzcha! Dla dorosłych! I będę trzymała pod poduszką!"
No a potem ktoś na to zerknął i stwierdził: będą pieniążki. I są. 

A może jeszcze inaczej? Będzie z półtora roku temu jak na mym poprzednim blogu pisałam o Greyu, że aż nazbyt mocno kojarzy mi się z filmem Sekretarka i że widzę tam inspiracje czerpane z Pretty Woman. Po przeczytaniu Zmierzchu teoria spiskowa w moim mózgu jeszcze bardziej się zapętla, ukorzenia i kwitnie. Bo wszak główny bohater Sekretarki ma na imię Edward... No E. Edward. E. Edward Grey żeby być ścisłą. Główny bohater Pretty Woman to Edward Louis. Pojmujecie o co mi chodzi? I jeśli w moim rozumowaniu jest choć cień prawdy, to niniejszym ogłaszam: szacun dla pani E L James!

[tu kłania się nisko i zamiata kapeluszem podłogę]

Niniejszym doszłam do ostatniego punktu tego wpisu. Będzie pętelka, czyli powrót do motywacji, która mnie pchnęła w kierunku twórczości pani Meyer. Podawałam już definicję fanfika. Takim fanfikiem jest właśnie Zmierzchłem autorstwa mego kolegi grafomana znanego jako Van Vaniusza Vanuszow, który sam siebie zwie domorosłym śrutmistrzem. Można w tym miejscu zapytać co to śrut. Od razu podaję definicję ułożoną przez Vanka osobiście:

"Śrut jest określeniem dotyczącym literatury i filmów fantastycznych i fantastyczno naukowych. Jego natura jest głęboko powiązana z kiczem, podobnie jak kicz, śrut jest wielce subiektywny i zazwyczaj niezamierzony. Oczywiście istnieje również śrut stworzony świadomie, a jedną z jego egzotyczniejszych odmian są dla tego przykładu japońskie Light Novels czy manga i anime. Śrut jest tandetą artystyczną, często wulgarnie erotyczną, taplaniem się swego twórcy we własnych, perwersjach i niespełnionych marzeniach. Śrut niekoniecznie musi być popularny, czasem po prostu czai się ze swej półki na przyszłe ofiary, czekając na swój czas, na sposobność by pomolestować niewinny musk.
Śrutem są książki i filmy operujące uproszczoną formułą artystyczną, rażące nachalnością z jaką emanują swoim oczywistym przesłaniem i intencjami twórcy. Warto zaznaczyć, że ostatnie z wymienionych, "intencje" to słowo klucz, albowiem przewrotna natura śrutu powoduje, że bardzo łatwo i chętnie zniekształca wolę swego twórcy nadając swojej zawartości pewnego wypaczenia czyniącego z niej właśnie śrut.
Jedną z fascynujących cech śrutu jest niezdrowa fascynacja, którą może wywołać w odbiorcy pomimo swej oczywistej obrzydliwości. Śrut jest wysoce toksyczny, powoduje stan znany również jako "guilty pleasure",  jest na swój sposób uroczy i zabawny. Wystarczy chwila relaksu i nieostrożności i zamiast do kosza, śrut ląduje na półce, razem ze swoją familią (śrutne dzieła są zwykle nieprzeciętnie płodne i quadro-pentalogie i wyższe stany licznika są dla nich powszechne)."

Mimo, iż sam autor zalicza swe dzieło do śrutu, po przeczytaniu Zmierzchłem nie mogłam się oprzeć wrażeniu, iż śrut ten jest znacznie lżej strawny od wzorca, likwiduje występujące w tym ostatnim nielogiczności, nadaje bohaterom interesujące charaktery, wyławia postaci drugoplanowe z mętnie i słabo przedstawionego tła, by dać im rolę na jaką zasługują, a ponadto jest zwyczajnie zabawny. Nielichy wpływ na to miał zapewne zamysł kluczowy dla Zmierzchłem, czyli odwrócenie ról. Nie mamy tu bowiem Belli Swan i Edwarda Cullena, a Isaaca Swana i Delilah Cullen.

Od siebie powiem: polecam, acz nie ukrywam, iż, by docenić Zmierzchłem w pełni, trzeba znać Zmierzch i Księżyc w nowiu, co dla niektórych może stanowić przeszkodę nie do pokonania. 

W każdym razie podążajcie za LINKIEM na FanFiction.net i miłej lektury :)

 


3 komentarze:

  1. A wiesz, że ja też przeczytałam "Zmierzch"? Chyba nawet wszystkie tomy. I obejrzałam film, ale tylko pierwszy. I fragmenty "Greya". I...
    "Zmierzch" czytałam, kiedy byłam zmęczona, przeziębiona i w ogóle bez sensu, był wtedy idealnym odmóżdżeniem, jakiego potrzebowałam. I właściwie tutaj kończą się zalety tej książki, przynajmniej dla mnie. Film... O rany. Ostatnio widziałam inny, w którym Kirsten Stewart nie biega ciągle z otwartymi ustami. Czyli potrafi.
    I "Grey". Książka zła na każdym poziomie. Na każdym.

    A "Zmierzchłem" właśnie czytam :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam silną wolę, ja bym chyba nie wytrwała.

      Usuń
  2. Mi się jakoś tak widzi z dawna, że draka ze "Zmierzchem" była jak lawina. To nie tak, że książka była nie wiadomo czym, ale rozdmuchano ją, pojawili się zagorzali fani, nie ludki lubiące kniżkę, ale fani może nawet wielką literą zapisani, więc pojawił się opór, bo w świecie tak jest, że głupia równowaga lubi powstawać. Jak ktoś coś lubi bardziej, to się znajdzie ktoś kto będzie tego nie lubił - też bardziej. A potem to już się potoczyło nakręcając obie strony i cały zmierzcho-przemysł ku uciesze wydawcy, autorki i wszystkich, co z tego wyciągnęli kasiorkę xD

    Podziwiam za to, za ilość myśli włożonych w czytanie i tego posta. Ja toto przeczytałam kilka lat temu i generalnie buja mi się to gdzieś po zakurzonych kątach pamięci i nic więcej xD

    OdpowiedzUsuń