Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 13 maja 2014

Wyzwanie czytelnicze: kwiecień, czyli co najlepiej zapamiętałam z przygód księcia i żebraka

To może od razu bez zbędnych wstępów powiem, iż najlepiej zapamiętałam opis Mostu Londyńskiego - miasta w mieście, którego niektórzy mieszkańcy potrafili całe swoje życie poza teren mostu nie wyjść. Fascynująca sprawa. 


Powiem też, że dziwnie się czyta książkę przeznaczoną dla dziecięcego czytelnika, a do tego napisaną jednak sporo ponad sto lat temu. Łapałam się na tym, że krzyczałam do Milesa Hendona coś w stylu: serio, Miles? nie ogarniasz, chłopie? A potem z samej siebie chciało mi się śmiać. Czyżbym się wkręciła? W sumie czytanie Księcia i Żebraka skojarzyło mi się z oglądaniem serialu Star Trek The Original Series. Oglądając TOS oglądam z pełną świadomością z jakich czasów pochodzi. To pewne rzeczy ułatwia, pewne uwypukla, pewne pozwala odpuścić.
Książę i Żebrak - klasyczna bajka z morałem. Każdy ma swoje miejsce, a wejście w cudzą skórę może przynieść ciekawą naukę, niezależnie od tego, czy w kolejce dziobania zmienisz miejsce na gorsze czy lepsze. Muszę przyznać, że uderzył mnie w tej książce specyficzny realizm. Tomek Canty szybko się oswoił ze swoją nową rolą i nie czynił żadnych wysiłków, by odnaleźć zaginionego księcia Edwarda. I tu ok, przyjmuję, że nie bardzo miał możliwości, lecz równie szybko zniknęły jego wyrzuty sumienia. A przecież chłopcu mogło się przydarzyć wszystko. Mogłabym w tym miejscu jakoś pogłębić ten wpis, na przykład pisząc, iż przyszła mi do głowy myśl, ile czasu mnie by zajęło oswojenie się z myślą, że jest mi dobrze tak ewidentnie czyimś kosztem. Ale w sumie prawda taka, że to akurat przyszło mi do głowy dokładnie teraz, gdy się zastanawiam co jeszcze napisać. Bo nie wiem co napisać. Ot przeczytałam. W trzy dni, bo zwlekałam i zwlekałam, bo mnie wszystko odrywało od wyzwania, a na książkę, jakby nie było dla dzieci nie bardzo miałam ochotę.

Bo czytałam mnogość innych rzeczy w kwietniu. Były trzy części Kronik Amberu Rogera Zelaznego, ale napiszę o nich, gdy już przeczytam cały pierwszy pięcioksiąg. 

Był Aleksander Grin i jego Szkarłatne Żagle, które zaczęłam w kwietniu a skończyłam w maju, a które przyniosły mi myśl, iż naprawdę nie wszystko co się napisze należy wyciągać z szuflady, bo o ile pierwsze opowiadanie mnie oczarowało prostotą, tematem i śpiewnym językiem (naprawdę jakby bohaterowie  i świat wokół nich cały czas byli na lekkim rauszu) to każde kolejne bardziej mnie nużyło, a jeśli nawet nie nużyło, to końcówką powodowało u mnie reakcję tego typu:

Był pan Gaiman i Koralina (to tak w ramach czytania książek poniekąd przeznaczonych dla młodszego czytelnika). Koralina. Tak. Bardzo kupuję tę bajkę. Taką jak być powinna. Straszącą, wbijającą się w mózg. Taką, jak chowanie się pod kołdrą i nie zaglądanie pod łóżko. Jak prawdziwe bajki zbierane po wsiach przez braci Grimm.

Były opisane w ostatniej notce Powidoki Marszy.

Były dwie pozycje określane mianem polskiego steampunku, z których jedna jawiła mi się jako sympatyczne czytadło, obok którego steampunk być może kiedyś przeszedł, a druga wbiła mi się kolcem w mózg i serce, czyli Czas ognia i czas krwi Marcina Rusnaka oraz Ektenia Emila Strzeszewskiego. O nich też napiszę kiedyś, przy okazji większego wpisu o steampunku w ogóle.



Pisać, nie piszę. Chyba, że za pisanie uznamy siedemnastą wersję zakończenia Niezatapialnej. Nie potrafię z nią skończyć. Nie potrafię odpuścić. Chcę by była perfekcyjna. A wiem, że będzie niedoskonała...

*wzdycha ciężko nad sobą*

PS. Nie, nie noszę okularów i co z tego - mogłabym, mam wadę wzroku! +0,5 ;)

3 komentarze:

  1. Przeczytałam "Księcia i żebraka"! :D To teraz mogę się wypowiedzieć^^

    U mnie było odwrotnie: zupełnie nie czułam, że meh, to dla dzieci, w dodatku staroć, meh, zmuszam się do czytania. Wciągnęłam się całkiem radośnie i bez krępacji. :D Owszem, to jest dla dzieci - ale w sumie bardzo zgrabnie napisane i ten realizm jest taki... no, jest. :) To było aż z lekka groteskowe momentami, jak czytałam, że kogoś ubiczowano czy stłuczono do krwi, okradziono i tak dalej, a narrator o tym mówi, jakby chodziło o zrobienie naleśnika. o.O A moment z szalonym pustelnikiem, który ostrzy nóż i powtarza, że mógł być papieżem, a jest archaniołem i teraz się za to zemści - dla mnie był wybitnie ciarogenny. o.O Zalazło mi pod fałdę w mózgu i niech skonam, jeśli kiedyś nie wykorzystam tego jako inspiracji^^

    Co do jednego się zgodzę: MOST <3 Miasto w mieście, można przeżyć życie, nie opuszczając mostu. Wow. Nie wiem, na ile to zgodne historycznie, w sensie czy coś takiego faktycznie było możliwe, niemniej jest genialne. *___*
    I nawet cały ten epilog miał swój urok, gdzie czytelnik dowiadywał się o dalszych losach wszystkich tych totalnie epizodycznych postaci xD Tak się miło na serduchu robi, że w sumie sprawiedliwość się o wszystkich upomniała. :)
    A Hendona polubiłam. :) Taki trochę pierdołowaty, no ale tak dzielny i uczynny, i opiekuńczy, i lojalny i wogle koffany, i baty wziął na siebie, i bez ani jednego jęku, i ach. ;) We współczesnej literaturze bym kogoś takiego pewnie trochę wyśmiała (choć czy aby...? czasem miłym oddechem jest taki NAPRAWDĘ pozytywny bohater - nie przymierzając, przypominał mi nieco Feliksa ;) ), ale w "Księciu..." kupuję go bez szemrania. :)

    No, słowem: podobało mi się.^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej... nie lubię jak odpisuję i coś zżera odpowiedź >.<

      Bo odpisałam, że to nie tak, że ja się zmuszałam jak już zaczęłam czytać. Jak już zaczęłam - a przyznaję miałam opory - to przeczytałam i jak pisałam we wpisie: wciągnęłam się. I tak, było mi dziwnie z tym, że się wciągam, z tym, że mało skomplikowana fabuła (choć dość pełna, prawda? tam się całkiem sporo działo) i oczywiste twisty i że wszystko dąży do jedynego słusznego końca, a jednak się wciągam i nawet ciut się martwię o takiego Milesa, choć tylko ciut, bo jakieś takie zaufanie, że jednak dla dzieci, że one muszą przecież wiedzieć, że za dobro należy się nagroda, tak?

      I całkowicie się zgadzam z tym, iż fascynująco pisał Twain o rzeczach strasznych i okropnych - ot tak, są i się dzieją, chcesz czytelniku zatrzymaj się i pomyśl, nie chcesz - przebiegnij, możesz nie zauważyć. Nie ma tego uczucia taplania się w gnoju, smrodzie, ohydzie, jakie teraz tak często się starają autorzy wywołać, a jednak jest mocno, jeśli pozwolisz ruszyć wyobraźni. Może o to chodzi? Pyle w "Wesołych przygodach Robin Hooda" jak dla mnie zrobił dokładnie to samo.

      PS. Porównanie Milesa do Felka mnie wzruszyło. Coś bardzo ważnego mi po raz kolejny uświadomiło <3 I o latająca torbo wstydliwa, jestem z siebie dumna...

      Usuń
    2. Yup, zżeranie odpowiedzi to zło, dlatego po napisaniu a przed wysłaniem zawsze robię ctrl+a i ctrl+c. :D

      No, opory przed przeczytaniem to w sumie rozumiem, bo sama chyba się opierałam przez parę miesięcy xD Ale cieszę się, że mi przeszło^^
      Fabuła jest bardzo pełna. Mnóstwo się dzieje, mnóstwo zwrotów - jasne, mniej lub bardziej przewidywalnych, ale tak naprawdę czytelnik ani przez chwilę się nie nudzi. Ale (znów wracam do ulubionej sceny xD ) z tym pustelnikiem to się na przykład nie spodziewałam - w sensie ja myślałam, że on tam rzeczywiście znajdzie bezpieczną przystań. No i trochę mnie tam w ogóle tytuł rozdziału zmylił, bo - przynajmniej w moim przekładzie - było to coś w rodzaju "Miles przybywa na ratunek", więc byłam pewna, że odjadą w stronę zachodzącego słońca pod koniec rozdziału, a tam wał. :)
      Znaczy ja w ogóle nie spodziewałam się, że w międzyczasie stary król zejdzie... ;|

      I podoba mi się porównanie realizmu Twaina z tym, co się pisze teraz. Ja jestem bardzo po stronie Twaina. Realizm - tak. Taplanie się w g***** - nie.
      I w ogóle, to ile tam postaci jest :) A jaka różnorodność! Lepsi, gorsi, tacy co zawinili tylko troszkę, mali cwaniaczkowie, wielcy oszuści, choćby w tej bandzie było zróżnicowanie. Angielska biedota nie jest tam jakaś jednolicie uciskana albo zdegenerowana. Strasznie fajne. :)

      PS. c[____]!! :D i pamiętaj, że masz pełne prawo do dumy ;)

      Usuń