Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 10 czerwca 2014

Wyzwanie czytelnicze: maj, czyli jak używałam tęgiej pałki z Robin Hoodem



W maju w ramach wyzwania czytelniczego mierzyłam się ze wspomnieniami z dzieciństwa, czytając Wesołe przygody Robin Hooda autorstwa Howarda Pyle'a. Już sam wstęp mnie rozbroił. Przeczytałam w nim bowiem, iż uczniowie Pyle'a (jakże musieli go lubić!) na pięćdziesiąte urodziny zafundowali swemu belfrowi prezent w postaci cosplaya. Wzięli i się przebrali za postaci z Wesołych przygód, z czego wnoszę, że może być to jeden z pierwszych udokumentowanych cosplayów w historii (Pyle urodził się w roku 1853). 

Po wstępie zmierzyłam się z lekturą. Jakże inaczej odbierałam tę książkę lata temu! Na pewno nie wybuchałam głupkowatym chichotem na okoliczność każdej tęgiej pały branej w krzepkie ręce przez Robina lub któregoś z jego kompanów. Nie przypominam też sobie, by lektura mnie znużyła. Teraz tak trochę było. Po czwartej w ten sam sposób rozwiązanej przygodzie, zwyczajnie mój entuzjazm oklapł, a może winna była pora w jakiej zwykle brałam się za książkę? Na parę chwil przed zaśnięciem, zmęczona całym dniem, z głową pełną myśli w zupełnie innym klimacie. Myślę, że jest to bardzo prawdopodobne, bo nagle (chyba w momencie pojawienia się Szkarłatnego Willa, o którym będzie dalej) ja i opowieść zaczęłyśmy nadawać na jednej fali. Popłynęła, bawiła, intrygowała.

Jak dobrze tak sobie zestawić tego Pyle'owego Robina z Robinami przedstawianymi później w filmach i serialach. Robina bez Marion (bo jej imię pojawia się raz, ale tylko imię, ona jako taka w książce nie występuje; gdyby nie ukochana barda Allana z Doliny oraz Królowa Angielska i zła kuzynka Robina, nie byłoby tu kobiet mających znaczenie dla fabuły. Męska historia po prostu). Robina w rajtuzach. Robina na zielono. Robina skazanego na banicję jak najbardziej sprawiedliwie za zabicie w głupim gniewie królewskiego leśniczego. Robina humorzastego i pysznego, który jednak potrafi się śmiać sam z siebie. 

Atmosfera iście sielankowa, świat średniowiecza soczysty, pełen barw, dźwięków i zapachów. Bohaterowie jak Herosi, jak Tytani. Krzepcy, młodzi, piękny, zdrowi, szerocy w barach i wąscy w biodrach. Biją się, biorą po łbie, piją i śpiewają. Wyzwania pieśniarskie są tak samo częste jak wyzwania do bitki na kije. Ci, którzy na Robina polują, niekoniecznie przedstawiani są w sposób negatywny. Sir Robert Lee na ten przykład: zachwycił mnie, martwiąc się honorem swego pochopnego króla, w sytuacji, gdy ten ostatni obiecawszy Robinowi czterdzieści dni spokoju, ruszył za nim praktycznie natychmiast. Nawet szeryf z Nottinghamu jest po prostu urzędnikiem państwowym sfrustrowanym niemożnością schwytania bandyty. Bardzo to wszystko realistyczne i przekonuje.

Nie znaczy to bynajmniej, iż całość jest jedynie pozytywna, radosna i sielska. Nie, wśród wszystkich zachwytów nad Starą Wesołą Anglią i jej urokami, autor ostrożnie i nieco się tajniacząc przemyca to, co mniej piękne, a trudniejsze i bardziej gorzkie. Głód, niesprawiedliwość (sprawa sir Richarda), odchodzące od ideałów miłosierdzia duchowieństwo, młode dziewczyny wydawane na siłę za mąż za starców. To wszystko w książce jest; ukryte pod rubasznymi żartami Robina i jego wesołej kompanii. 

A teraz jeden z moich ulubionych fragmentów: 

Na koniec Robin, który mniej się rozmarzył od innych i raz po raz rozglądał się dokoła, zmącił ciszę:
- O, licho! - zawołał. - To ci dopiero rajski ptaszek, niech skonam. 
Tamci podnieśli głowy i ujrzeli młodzieńca wolno idącego traktem. Rzeczywiście - Robin utrafił w sedno - mienił się jak rajski ptak i prezentował pięknie w szkarłatnej kurtce i w takichż szkarłatnych pończochach; zgrabny mieczyk wisiał mu u boku w skórzanej pochwie złotem wyszywanej; na głowie miał kołpak ze szkarłatnego aksamitu, z zawadiackim piórem, złote kędziory opadały m u na ramiona. A w palcach niósł świeżą różyczkę, którą wąchał wytwornie od czasu do czasu.


Tak:


Może tak:


Albo i tak:



Niekoniecznie tak:

Choć nie powiem... lubię... *wchodzi to torby*

Czy tak:

Choć temu akurat serialowi mówię zdecydowane tak.


PS. No i jeszcze:  



1 komentarz:

  1. Przeczytałam, czyli mogę skomciać! :D

    1) Zupełnie nie miałam tego wrażenia co Ty, jeśli chodzi o znudzenie. :) W moim odczuciu przygody są bardzo zróżnicowane - Robin i jego kompani spotykają bardzo różne osobistości, czasem pomogą połączyć jakąś parę kochanków, czasem kogoś zaproszą na ucztę, czasem pobawią się w przebieranki... no różnie, no. Znaczy moooooże trochę podobieństw jest na samym początku, w fazie "zbierania drużyny". Robin spotyka kogoś --> klepią się --> ten ktoś dołącza do banitów. ^^ Ale miało swój urok czytanie, w jaki sposób kto wklepał Robinowi. xD
    Moja ulubiona przygoda to ta, w której Mały John przebrał się za franciszkanina. xD <3 Ale Mały John w ogóle jest cudny. Absolutnie cudny. :D W ogóle ja nie wiedziałam, że to taki kobieciarz był xD I nawet mi pasował do niego http://img.rp.vhd.me/3545158_l2.jpg :D

    2) Imię Marion pojawia się chyba DWA razy! :D Jest gdzieś na początku, przed banicją Robina, i przewija się pod sam koniec... w tej chwili nie pomnę dokładnie, o co chodziło, ale na pewno jest wspomniana w jakimś krótkim zdanku xD Ale to fakt - człowiek po filmach jest przyzwyczajony do zupełnie innej historii. I taka odmiana jest fajna. :)

    3) Bohaterowie to w ogóle wszyscy są dość pozytywni... Znaczy ok, najgorsi to chyba biskup i ten Cudak skądśtam. Bo nawet ten Szeryf nie jest szczególnie zły, po prostu wykonuje obowiązki. :) Co mnie urzekło, to że Robin kazał Małemu Johnowi oddać ukradzione srebra Szeryfowi, bo Szeryf ostatnio nie zrobił niczego złego i nie zasługuje na takie traktowanie <3 Serio, w ogóle mega mnie ucieszyło odejście od tego głupiego uproszczenia "kradnie bogatych i daje biednym". Kurde: jak spotkał potrzebującego, to owszem, pomagał mu. Ale przecież oni tę kasę trzymali dla siebie :D

    4) Gupi epiiiiiiilooooooooooooooooog T_T ;(((( *Fraa smarka w rękaw i zanosi się szlochem*

    OdpowiedzUsuń