Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 10 września 2014

"Siewca wojny" vs "Sezon burz", czyli o problemie czytelniczego kaca

Jak widać w tytule, będzie o czytelniczym kacu. Zjawisko, które dopadało mnie nieraz i którego dość długo nie potrafiłam trafnie zakwalifikować ani nazwać. Potem mnie olśniło, a jeszcze potem się okazało, że nie jestem wcale Kolumbem, bo to określenie powszechnie używane.

W razie jednak, gdyby ktoś nie znał - są książki, po przeczytaniu których przepełnia czytelnika absolutna pewność, że niczego takiego już nie przeczyta oraz lęk przed dotykaniem innej książki. Lęk, że zawiedzie, że zmarnuje czas, że nie będzie TYM. U mnie dochodzą do tego reakcje typu podwyższony poziom energii, rozedrgane wnętrze - jakby każda komórka z osobna podskakiwała, skrajne stany emocjonalne, których nie jestem w stanie ukryć i chęć natychmiastowego wysłania listu do autora. Myśląc nad tym w tej chwili, uświadamiam sobie, że pierwszym człowiekiem, który mi to zrobił był Aleksander Dumas i byłam wtedy uczennicą wczesnej szkoły podstawowej.

Kiedy powstaje kac? Tu zapewne u każdego jest inaczej, tak jak i z objawami. Spróbuję zdiagnozować samą siebie. Bez żadnych wątpliwości mogę stwierdzić, że ogromny wpływ mają bohaterowie. Tak jak piszę bohaterami, gdy coś piszę, tak czytam bohaterami, gdy coś czytam. Gdy zaczynam się o bohaterów bać, nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, że coś im się stanie, że ich rolą będzie umrzeć, ale i na psychicznej, że coś ich zmieni, coś skrzywdzi, że zostaną złamani, wtedy mam już przeczucie kaca. Co jeszcze? Zauważam, że nie może być za łatwo. Książki lekkie i przyjemne, książki na jeden wieczór, kaca u mnie raczej nie wywołują. Nie mam tu na myśli stylu bynajmniej. Prędzej połączenie złożoności świata, rządzących nim praw i podjętego tematu. No i jest jeszcze kwestia zakończenia. I tu dochodzimy do tego, że kac kacowi nierówny, że czasem książką rzucam, a czasem wkładam ją pod poduszkę i że ja wolę ten drugi moment.

W tytule, oprócz słowa kac, pojawiły się także dwie konkretne pozycje. One są bowiem odpowiedzialne za to, że wezbrała we mnie potrzeba stworzenia tego wpisu. Albowiem przeczytałam Siewcę wojny Brandona Sandersona, a ten kaca wywołał. Potężnego, trwającego do dziś, wypełniającego mnie od stóp do głów czytelniczego kaca. Kwiatki i serduszka, rycie inicjałów autora na oparciu ławki w najbliższym parku, zasypianie z bohaterami w głowie. O! I jeszcze jeden objaw kaca - dość istotny - o którym zapomniałam: boję się dotykać innej książki Sandersona, a jednocześnie bardzo, bardzo chcę go czytać. A potem szukałam lektury kolejnej i złapałam się za Sezon burz Andrzeja Sapkowskiego. Zderzenie na linii tych dwóch powieści wywołało burzę w mojej głowie. Efekty możecie czytać tu i teraz.

UWAGA! Od tego momentu wpis mój zapewne nie uniknie spoilerów, więc jeśli ktoś z Was czytelnicy, chciałby Siewcę przeczytać, to może dobrze, by przerwał czytanie. Niekoniecznie będą to spoilery wprost odnoszące się do fabuły, ale z pewnością nie uniknę sugestii.

Wracając - jak Sanderson mi to zrobił? Bardzo prosto. Nie boi się pisać o pozytywnych bohaterach, którzy są pozytywni. Pozytywni, czyli po prostu dobrzy, nie uważa najwyraźniej, że to obciach, albo nuda, że tylko postać negatywna, bądź niejednoznaczna, może być złożona i interesująca. Ponadto w Siewcy zaskakują nawet bohaterowie, którzy zdają się być negatywni, nawet ci, którzy działają według schematu: cel uświęca środki. Wszystko jest tak pięknie odwrócone, zaplecione, wszystko ma swoje miejsce. Jednocześnie świat, w którym rozgrywa się powieść (skądinąd ciekawy, przemyślany i z  mojego punktu widzenia oryginalny) wcale nie jest cukierkowy. Jest jak najbardziej prawdziwy - z nierównością społeczną, problemami imigrantów, politycznymi racjami, widmem wojny na tle gospodarczym, historią wykładaną na skrajnie różne sposoby w zależności od kraju. Bohaterki uczą się, że cudze życie, decyzje, sumienie to coś, czego nie da się oceniać za pomocą skrajnych barw skali. Nie biel lub czerń. Szarość? Nie, to też nie. Cała paleta kolorów - różnorodność, która wymaga otwartości i długiego zbierania poszlak przed wydaniem wyroku. To wszystko razem spowodowało, że bardzo mocno wciągnęłam się w opowieść. Na tyle mocno, że zarwałam przez nią dwie noce, co nie jest nagminne ostatnimi czasy, jako że organizm zwykle wygrywa i praktycznie codziennie zasypiam z książką na twarzy. Z Sandersonem nie zasnęłam. Usiadłam na łóżku i czytałam, czytałam, czytałam. To spora książka. Ponad sześćset stron, większy format, drobny druk. Z tych mniej poręcznych, męczących zupełnie zwyczajnie fizycznie. A jednak czytałam, nie mogąc się oderwać. 

Oczywiście, że widzę w niej także pewne potknięcia - brak wyjaśnienia w kwestii identycznych nazwisk dwóch bohaterów, albo rzyganie przez knebel, albo miecz tak groźny, że zabija nie wychodząc z pochwy. Kwestia miecza w ogóle jest zabawna, choć w pełni wyjaśniona i tego autorowi odmówić nie sposób. Tyle, że one, te wszystkie zgrzyty - podobnie jak niekoniecznie wysoka jakość tłumaczenia - po prostu w żaden sposób nie wpływają na odbiór całości. Na odbiór wpływa fakt, że zza tekstu wygląda autor - z takim nieco licealnym radosnym entuzjazmem, który udzielił się i mnie-czytelnikowi. Oto książka pod poduszkę.

I teraz kwestia Sezonu burz. Długo zwlekałam z przeczytaniem tego "nowego" Wiedźmina. Po Sadze miałam kaca. Ten drugi typ - z rzucaniem książką. Nie, nie lubię jak się wybija drużynę, nie lubię poczucia beznadziei, braku sensu a takie wrażenie pozostawiła Saga. Długo nie umiałam się wziąć za nic innego po jej przeczytaniu. Pamiętam dobrze, jak na wydanie kolejnych tomów wyczekiwałam niecierpliwie, jak zaczynałam czytać już w autobusie wiozącym mnie do akademika i kończyłam nad ranem siedząc na podłodze wąskiego korytarza. Pamiętam wściekłość i żal i utrzymującą się długo niechęć do czytania czegokolwiek innego autorstwa Sapkowskiego. 

Długo zwlekałam i w końcu wybrałam go do przeczytania po Sandersonie. Nie ukrywam, że mógł to być błąd i że Siewca wywarł przemożny wpływ na odbiór Sezonu. Trudno jest znaleźć książkę na kaca. Klin klinem mówią, ale gdzie szukać tego klina?

To, że w ogóle sięgnęłam po Sezon burz to efekt namowy brata no i względy sentymentalne. Przeczytałam i jestem w grupie skrajnie zawiedzionych. Czułam się zażenowana poziomem żartów, upadkiem stylu. Znudzona tymi samymi, przerobionymi już i przez samego Sapkowskiego i przez naśladowców chwytami narracyjnymi - zdarzyło się, iż obudziłam się rano i chcąc założyć miejsce, na którym zasnęłam przekonałam się, iż uśpiła mnie scena walki Geralta z trzema przeciwnikami - cóż, jak widać nie zawsze to, co z założenia winno być zajmujące, takie jest. Zaskoczyła mnie płaskość i miałkość postaci. Rozmowy Geralta i Jaskra były jakby pisane przez zupełnie innego człowieka niż tamte, które pamiętam z opowiadań i Sagi. Wiedźmin stanowił dla mnie plamę, dziurę, nawet nie płaski obrazek. Ponadto fabuła z jednej strony jakby wyciągnięta na siłę, z drugiej połatana na szybko w części końcowej. Duch Yennefer, wyjaśnienie, że jednak Avalon, Nimue, nazwiska z Sagi wplecione tu i ówdzie, jakby autor chciał mnie przekonać, że jego świat jest jednak ciasny, a wszyscy wszystkich znają. Sceny wprost identyczne jak te, które już czytałam, tylko kolory i zapachy czarodziejki inne. Brrr.

To był zły wybór na kaca, ale stał się przyczynkiem do nowych przemyśleń.

Jest między autorami ogromna różnica, choć jakby się nad tym dobrze zastanowić to obydwaj pokazują taki sam złożony świat, który w trybach decyzji politycznych bez zastanowienia mieli pojedynczych ludzi. Tyle, że świat Sapkowskiego jest ohydny, przygnębiający, taki, że wstyd być dobrym, bo to naiwne, frajerskie, bo na pewno skończysz pobity, zgwałcony, zarzygany, albo i martwy. No chyba, że jesteś wiedźminem, wtedy oczywiście w końcu ty zabijesz, a sumienie zakuje od czasu do czasu, że za późno zabiłeś i ktoś przez ciebie cierpi. Ot, zwyczajnie, po przeczytaniu takiej książki żyć się nie chce i czytelnik książką rzuca. Natomiast świat Sandersona, wcale nie przekłamany, daje się oswoić, pozwala wierzyć w jednostkę, w dobro nagrodzone, w możliwość zmiany na lepsze. Człowiek kończy czytać i snuje w głowie ciąg dalszy, a książka ląduje pod poduszką. 

PS. I niech Was, Potencjalni Czytelnicy Siewcy, nie zniechęca okładka!


3 komentarze:

  1. Przeczytałam wersję bezspoilerową, bo tak wszyscy polecają tego Sandersona... Ale kurde, kac, tak. Od siebie dodam jeszcze, że to wcale nie musi być kac poczytelniczy. Może być poseansowy. Albo pogierowy.
    Ponarracyjny?

    OdpowiedzUsuń
  2. Po obejrzeniu dobrego filmu jak najbardziej można mieć kaca, a jeszcze bardziej po ostatnim odcinku dobrego serialu. Tak, serial częściej mnie łapie, bo dłużej jestem z bohaterami, dłużej jestem w świecie stworzonym przez scenarzystę i całą resztę ferajny. Po ukończeniu gry? Nie wiem, nigdy w taką nie grałam, która by mi to zrobiła, zresztą... żadnej nie ukończyłam, ale przyjmuję bez żadnych wątpliwości, że i po grze może być kac. Natomiast kac po napisaniu czegoś do końca to dla mnie coś innego jednak. Trudno mówić, że bohaterowie, że poziom trudności, inne są przyczyny takiego pisarskiego kaca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj tak, kac po stronie odbiorcy jest zupełnie inny niż po stronie twórcy.

    OdpowiedzUsuń