Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

sobota, 20 września 2014

Wyzwanie czytelnicze: czerwiec, czyli trudny spacer przez Sherwood

Post w temacie zaległych. Sherwood Tomasza Pacyńskiego jest póki co jedyną pozycją z listy wyzwaniowej, z którą nie zdążyłam na czas. Miast przeczytać ją w czerwcu, przeczytałam dopiero w lipcu. W czerwcu zaczęłam, ale tak kompletnie mnie nie kupiła, że najzwyczajniej w świecie odłożyłam ją na bok i uznałam, że nie będę się męczyć na siłę, że i tak do tej pory szło mi nieźle i że w sumie wystarczy jak ją przeczytam w tym roku.
Wpis dzisiejszy powstaje z perspektywy kilku miesięcy i muszę powiedzieć, że całkiem nieźle pamiętam przedstawione wydarzenia i ogólnie całość wrażeń.
Co dla mnie ciekawe, mogłabym o tej książce napisać dwie totalnie różne opinie. Wszystko zależy od tego, jakie założenie postawię sobie na początku. Czy wezmę Sherwood na poważnie, czy totalnie nie.
W wersji na poważnie: fatalni, nijacy bohaterowie, makabrycznie nudne dialogi, czy raczej monologi, żenujące wstawki z naszej współczesności politycznej (serio, zawsze mnie to boli, po prostu nie lubię, a zwłaszcza, gdy są tak nachalne), ból pod tytułem: ja uwielbiam serial Robin z Sherwood i absolutnie nie przyjmuję do wiadomości że Marion z Muchem (nawet gdy mu zmienić imię na Match)... 

Nie! Nazwijcie mnie drętwą konserwatystką, ale NIE.
Nawet jeśli w całości widziałam, że i autor zdaje się lubił ten serial i całkiem nieźle wykorzystał serialowego szeryfa i serialowego Gisborne'a (oczywiście nie sposób się nie zgodzić z choćby komentarzem Człowieka-Trołpa TU, ale taki właśnie był serialowy Gisborne, miał jedną cechę charakteru, jeden wyraz twarzy i służył chłopcom z lasu jako źródło prostej rozrywki).
Mimo tej swoistej łączności sympatii między mną a autorem, czytałam i nudziłam się, i męczyłam się, i procenciki na moim Kundelku się nie zmieniały. Tkwiłam w miejscu i  czułam, że już nigdy nie skończę tego czytać.
I wtedy spadło na mnie olśnienie. TO MUSI BYĆ ŻART. Taki długi, rozciągnięty na ponad sześćset stron, wydany przez Runę, żart.
Co ci to przypomina, Siem? - pomyślałam sobie.
Czytałam zatem dalej i myślałam, a jednocześnie główny bohater coraz bardziej zaczął mi się kojarzyć ze sfochaną panienką. W tej postaci stał się dla mnie strawny, a nawet zabawny. Czytanie nabrało tempa.
A potem widziałam coraz więcej analogii - pół książki przeznaczone na emowanie, śmierć białego Robina z użyciem Hellfire'a, wreszcie ostatnia scena, gdzie martwy-żywy bohater przeniesiony jest gdzieś, w zaświaty, jakby wprost do Avalonu. Nabrałam uczucia, że pan Pacyński pił do wiedźmińskiej sagi pana Sapkowskiego, wytykając wszystko, co mogło czytelników irytować i czyniąc z tego kwintesencję swej własnej powieści. Sam wybór tematu, czyli wykorzystanie Robina z Sherwood, być może miał stanowić nawiązanie do tego, jak pan Sapkowski wykorzystuje dorobek kulturalny u siebie, jak opiera swoje teksty na baśniach, legendach, podaniach naszego świata. Miał być swoistą wskazówką dla czytelnika. Nie wiem, nie mam pewności oczywiście. Ot, skojarzenia. Zdaję sobie też sprawę z faktu, iż niejedną, słabą po prostu, książkę można wybronić w ten sposób: uznając, iż autor się zgrywał i wytykał. Jednak wolę takie spojrzenie na Sherwood, bo bez niego, dla mnie, to po prostu nudna i źle napisana powieść.

3 komentarze:

  1. No dokładnie, zresztą linia obrony "oj, bo nie rozumiesz, to wszystko było i r o n i c z n e" wcale nie zmienia faktu, że poza ironią muszą być jeszcze jakieś podstawowe wartości w książce. Tu ich zabrakło :/

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie się "Sherwood" podobało. Może nie tak jak kolejne części, ale czytało się przyjemnie. Tylko że ja nigdy nie byłam wielką fanką ani serialu ani samej postaci Robina, a wszelkich podobieństw do Sapkowskiego zwyczajnie nie byłam w stanie zauważyć, bo staram się trzymać z daleka od twórczości tego pana.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja Ci powtarzam, Siem, że Ciebie autorzy powinni ozłocić i na rękach nosić, bo jesteś dla nich zwyczajnie za dobra. ;) Inny czytelnik widzi gniota - i nazywa go gniotem. Ty widzisz gniota - i usprawiedliwiasz autora, że może to celowo, może pastisz, może coś. ;)
    Dla mnie to był nużący gniot. Jako rzekła Trołp: oprócz bycia ironicznym i prześmiewczym, książka sama w sobie powinna mieć coś do zaoferowania.

    Kass, prawdę mówiąc, jestem bardzo ciekawa, co się mogło w tej książce podobać, nie krępuj się więc z chwaleniem. ;) Inna sprawa, że chyba jesteś jedyną osobą, którą kojarzę, która twierdzi, że (jeśli dobrze Cię zrozumiałam) kolejne tomy są LEPSZE? o.O Zazwyczaj nawet fani "Sherwoodu" raczej wyrażają ambiwalentny stosunek do późniejszych tomów. xD

    OdpowiedzUsuń