Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 30 października 2014

"Po moim trupie", czyli lektura obowiązkowa dla NaNowiec i nie tylko

Dziś będzie o książce dla mnie specjalnej. Specjalnej z różnych powodów i na różnych poziomach. Pierwsze, co się ciśnie na klawiaturę - bo lans i bo znajomość (!) - to fakt, że znam autorkę osobiście, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że ta właśnie książka, którą dziś mam na półce i którą mogę sobie dowolnie kartkować i wąchać ile dusza zapragnie, została napisana w listopadzie 2012 roku podczas National Novel Writing Month. Wtedy właśnie poznałam Magdę, która - jak ja - dowiedziała się o akcji pod koniec października i - znów jak ja - postanowiła dość spontanicznie i bez zbędnych rozmyślań spróbować swoich sił. Dziś jak na dłoni widać, że była to bardzo dobra decyzja. Po moim trupie z powieści napisanej w miesiąc po dwóch latach wyewoluowało w książkę dostępną dla każdego. Stanowi dowód na to, że się da, że marzenia można spełniać, a cele realizować. Trzeba tylko być konsekwentnym i, przede wszystkim, próbować. Narzekanie na to, że się nigdy nic nie wygrało, podczas gdy tak naprawdę nigdy nawet nie wzięło się udziału w grze jest bzdurą, prawda?

A teraz może już przejdę do samej powieści ;)

Po moim trupie to z założenia - a nieco wbrew temu, z czym może kojarzyć się okładka - lektura lekka i przyjemna. Książka na wieczór. Taka, przy której czytelnik zwyczajnie dobrze się bawi, relaksuje i odpoczywa. Raz, dlatego, że jest tak gładko napisana. Magda ma dar oswajania słów, zbierania ich razem w dobrze brzmiące frazy i zdania. Dwa, dlatego, że opowieść po prostu wciąga. Oto mamy Wrocław początku XXI wieku - swojski i znajomy, nawet jeśli nigdy w nim nie byliśmy. I oto wkracza do niego apokalipsa zombie, taka sama, jak ta, która atakowała do tej pory odległe i znacznie mniej swojskie amerykańskie miasta i miasteczka. Przeniesienie motywu znanego z kina na polski grunt wyszło świetnie - zderzenie obcej zarazy z polskimi studentami, Karoliną "byłam w Afryce, popatrzę i przeczekam" oraz Lilką "z innej bajki" po prostu przekonuje.

Z mojego punktu widzenia Po moim trupie doskonale nadaje się jako przeciwwaga na zakończenie ciężkiego dnia. Nie wymaga od czytelnika ogromnego skupienia uwagi, nie powoduje rozważań o naturze wszechrzeczy, a jednocześnie, gdzieś nieco bokiem, przemyca parę ważnych słów o braniu na siebie odpowiedzialności, o trudnej sztuce podejmowania decyzji i o tym, że niekoniecznie w kupie siła. Bo siła zależy nie od ilości rąk, a nawet głów, ale od umiejętnej współpracy, którą nieraz trzeba w pewnym sensie wymuszać podstępem.

Oprócz tego, co powyżej, Po moim trupie ma coś jeszcze - mianowicie klimat i bohaterów. Klimat początkowo typowo przygodowy, w miarę przewracania kartek niepostrzeżenie nabiera ciężaru, mniej więcej wtedy, gdy ofiary plagi przestają być anonimowe. Bohaterowie stanowią różnorodną i malowniczą zbieraninę. Podobają mi się ich sprawnie zarysowane charaktery, podobają mi się układy między nimi, podobają mi się zmiany zachodzące w Karolinie.

Podsumowując - tę książkę po prostu warto przeczytać, a jeśli ktoś próbował się kiedykolwiek zmierzyć z NaNoWriMo, bądź chciałby się zmierzyć, to uważam, iż warto podwójnie. 

Po prostu polecam.


PS. Ten wpis jest po trosze osobisty. Jest i już. Nie przypadkiem publikuję go dziś, na kilkadziesiąt godzin przed rozpoczęciem NaNo. A skoro jest osobisty, to pozwolę sobie napisać: Coffee, dziękuję Ci za kopa, którego odczuwam za każdym razem, gdy patrzę na Trupa na mojej półce.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz