Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 5 października 2014

Wyzwanie czytelnicze: lipiec, czyli jak zagłębiałam się we wnętrze Ziemi

Dobrze. Mamy październik.

[Tu autorka zaczyna podskakiwać, bo NaNo coraz bliżej ;D ;D ;D]

Czas się ostro brać za blogowe zaległości, a trochę ich jest. Głównie zalegam z donosami w temacie wyzwania czytelniczego, zatem dziś cofnę się myślą do lipca, kiedy to przeczytałam Podróż do wnętrza Ziemi Julisza Verne'a.

Prawdę mówiąc, opóźnienie w pisaniu o wyzwaniu wynika między innymi z tego, że mam ogromny problem, aby powiedzieć coś o tej książce, a bardzo chcę się trzymać kolejności (powiedzmy, że to coś w rodzaju fetysza na porządek). 

Problem wynika z tego, że mam wrażenie, iż nie mam do tej książki stosunku. Jako dziecko i młodzież bardzo lubiłam Verne'a. Mam do niego ogrom szacunku jako człowiek dorosły a także sporą dawkę najzwyklejszego sentymentu. Cieszyłam się bardzo, że w wyzwaniu znalazło się miejsce akurat na taką pozycję, której nie czytałam. Tymczasem książka jakoś mnie nie obeszła. Nie czułam czaru, którego oczekiwałam. Może za dużo oczekiwałam? Może trzeba było po prostu czytać, a nie się skradać do książki?

A może to problem z gatunku: z kim mam się zidentyfikować? Profesor mnie nie ujął za serce, Hans (swoją drogą zdecydowanie dobrze wykreowana postać <3) po prostu był i był murem, kotwicą, strażakiem Samem i ogólnie wzorcem superbohatera i właśnie dlatego do zidentyfikowania się jakoś po prostu nie przystawał. Za cienka w uszach jestem, by się identyfikować z takim gościem. No i kto mi został? Axel, tchórzliwy bratanek, narrator. Tylko czy to wypada? Czy to nie obciach identyfikować się z kimś takim? Bo przecież od początku wstrzymuje dzielnego profesora, jojczy, panikuje, histeryzuje, robi problemy i... ja go tak bardzo rozumiem! Co to w ogóle za pomysł pakować się do wnętrza Ziemi? Na piechotę? Bez osłon? Z jedzeniem na plecach, a więc z ograniczoną ilością prowiantu? Po co złazić, gdy szanse na wyjście są praktycznie zerowe, a jeśli są takie właśnie, to nie podzielisz się zdobytą wiedzą ze światem? I ja wiem, że tak pisząc, sprzeciwiam się idei wielkich odkrywców i świat z takimi jak ja stanąłby w miejscu, ale to nie tak, że ja zabraniam, że ja wstrzymuję - raczej coś jak: chcesz, idź, ale po co zmuszasz dzieciaka? A ta ukochana? Miast chronić, wysyła na zatracenie!

No miałam problem, przyznaję od początku, bo nie polubiłam profesora. I nie polubiłam go do samego końca. I ja wiem, że to fantastyka na miarę czasów, w których była pisana, a jednak miałam wrażenie, że tym razem jestem w stanie uwierzyć tylko w jedną rzecz, a mianowicie w to, że gdy bohaterowie spotkali tajemniczych mieszkańców wnętrza Ziemi, to miast zbadać sytuację zwyczajnie uciekli.

A przecież w przygody Cyrusa Smitha na "Tajemniczej Wyspie" wierzyłam bezwzględnie. W Nautilusa również. Phileas Fogg na zawsze będzie wzorem brytyjskiego dżentelmena. O co zatem chodzi z Podróżą do wnętrza Ziemi? Mam ogromną nadzieję, że po prostu o to, że akurat ta książka mniej mi się podobała od innych bez żadnych głębszych podtekstów. A nie o to, że z wiekiem coś straciłam. Nie ukrywam - boję się teraz sięgnąć ponownie po coś, co już czytałam. Wolałabym, żeby magia Verne'a została na swoim miejscu.

Zastanawiam się, czy nie obejrzeć sobie któregoś z filmów nakręconych na podstawie powieści. Z drugiej strony... Całkiem niedawno trafiłam na 20000 mil podmorskiej żeglugi nakręcone w 1997 roku. Cóż. Interesująca wizja, w której lokaj profesora Aronnaxa zmienia się w jego córkę, by mógł się w niej zakochać dzielny harpunnik Ned (który miał kiedyś żonę, ale ona go zdradziła z innym tuż po tym jak odpłynął na wieloryby, co wyznaje ot tak sobie między jedną próbą zabicia go przez Nemo, a drugą) i walczyć o to uczucie z nieszczęśliwym i samotnym, szukającym prawdziwej miłości kapitanem Nemo. Koncepcja cóż... nie przemówiła do mnie, ale kocham ten film za ujęcia parowca pasażerskiego i okrętu wojennego buchającego dymem z dwóch kominów. Krótko, ale pięknie :3

1 komentarz:

  1. Wstyd się przyznać, ale z Verne'a czytałam tylko "Michała Strogowa, kuriera carskiego", ale książkę wspominam dobrze, mimo że realia i fabuła bardzo różnią się od moich wyobrażeń o pisarstwie autora. Ale w ramach wyzwania czytanie klasyki zakupiłam sobie "W 80 dni dookoła świata" - mam nadzieję na zajmującą lekturę - w końcu to jeden z moich ulubionych okresów historycznych, ale nie mam bardzo wygórowanych oczekiwań.

    OdpowiedzUsuń