Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 28 października 2014

Wyzwanie czytelnicze: październik, czyli jak próbowałam ogarnąć absurd życia na Pianosie

Październik 2014 to nie był mój pierwszy kontakt z panem Hellerem i jego Paragrafem 22. Czytałam tę książkę blisko dwadzieścia lat temu, jeszcze w liceum. Sięgając po nią teraz, powtórnie, robiłam to powoli i ostrożnie. Albowiem bardzo dobrze pamiętałam wrażenie przygnębienia i smutku jakie towarzyszyło pierwszej lekturze. Tym razem moje odczucia były bardzo podobne. Co najdziwniejsze, nie jest tak, że pamiętałam książkę jako całość. Pamiętałam wydźwięk, pamiętałam nazwisko Yossariana, pamiętałam absurdalną ideę nieistniejącego paragrafu z regulaminu armii Stanów Zjednoczonych Ameryki. A jednak kolejne wydarzenia pojawiały się przede mną niczym déjà vu. Ulotne wrażenie: już to przeżyłam.

Zacznę jednak od tego, iż Paragraf 22 to książka bardzo trudna. Wymaga ciągłego skupienia, by z pozornego chaosu opisywanych fragmentów zdarzeń, pozbawionych elementarnej chronologii, a zdających się podążać od skojarzenia do skojarzenia - zupełnie jak myśli człowieka, próbującego opowiedzieć wszystko z najdrobniejszymi szczegółami - wyłonić spójny ponury obraz. Po dwóch dniach ciągłej lektury byłam zwyczajnie zmęczona, a jednocześnie miałam to dziwne uczucie lekkości. Czy to dlatego, że uwolniłam się od wojennych absurdów? Od konieczności ciągłych pożegnań i niepewności jutra bohaterów, do których o dziwo, choć nieraz pojawiają się właściwie na chwilę, można się przywiązać? A może dlatego, że uwolnił się od nich Yossarian i uwolnił się kapelan Tappman, choć każdy z nich użył do tego innego sposobu? To drugie - na ile znam siebie - wydaje mi się bardziej prawdopodobne. 

Moim zdaniem to, co najlepsze w tej książce i dlaczego warto ją przeczytać to właśnie kontrast między kilkuset stronami, podczas lektury których czytelnik pogrąża się coraz głębiej w gęstej i dusznej beznadziei, a tymi kilkoma ostatnimi, które wybuchają mu w twarz niespodziewaną dawką pozytywnych emocji. Ponadto podobają mi się bohaterowie. O każdym z nich mogę coś powiedzieć, praktycznie każdy wywołał we mnie jakieś emocje: złość, aż do wściekłości, żal, współczucie, wreszcie tę kroplę radości i swoistej satysfakcji płynącej ze świadomości, iż nie, nie poddamy się. Co więcej o zaletach? Świetnie jest wykorzystana literacko historia Snowdena. Poszatkowana na drobniutkie cząstki, wciąż obecna niczym cień, niczym zasłona blokująca słońce. Właśnie! W Paragrafie 22 nie ma słońca. Tak postrzegam tę książkę. Pamiętam przywoływanie złej pogody, nie pamiętam słońca. Czy rzeczywiście autor o nim nie pisał? Czy tylko ja wyparłam jego istnienie w miejscu pogrążonym w strachu nie tylko przed tym - jak myślę - że się umrze, ale chyba bardziej, że się pozostanie jako ostatni z żyjących.

Zwróciłam też uwagę na rolę kobiet w Paragrafie 22. Dziwka Nately'ego, jej młodsza siostra, Lucjana, siostra Ducket, matka odgrywanego przez Yossariana zmarłego żołnierza. Z jednej strony obiekty czysto seksualnego pożądania, z drugiej istoty, dzięki którym oddaleni od domu i niepewni niczego poza trwającą chwilą chłopcy, mogli trwać w ułudzie normalności.

A na sam koniec napiszę o tym, co mnie najbardziej zadziwia. Otóż zadziwia mnie fakt, iż książka ta jest uważana za zabawną. Ba! Spotkałam się w czeluściach Internetów nawet z takimi opiniami, iż bawi do łez. Mnie nie. Na mnie ta pozorna lekkość, ten zabawny sposób opisu wydarzeń, robiły wręcz przeciwne wrażenie. Wywoływały mróz przebiegający po kręgosłupie, w pewien sposób paraliżowały emocje. Bo to było jak ciągła histeria narratora, która przecież potrafi się objawiać i takim nieracjonalnym śmiechem wbrew woli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz