Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

sobota, 11 października 2014

Wyzwanie czytelnicze: sierpień, czyli zalety pamiętnika opisującego zwiedzanie Marsa w 1912

Dziś ciąg dalszy nadrabiania tyłów związanych z Wyzwaniem Czytelniczym 2014 - pełna lista TUTAJ.

Księżniczkę Marsa Edgara Rice'a Borroughsa przeczytałam jak należy w sierpniu, praktycznie w jeden dzień. Nic na jej temat nie napisałam od razu, bo wakacje, ale to już, prawda, tłumaczyłam. Raz wystarczy. Jestem leń i jestem niekonsekwentna. To mam opóźnienie.

Tymczasem ta książka, pisana na początku zeszłego wieku, pisana z punktu widzenia spisującego swe przygody bohatera-narratora stała się przyczyną mych rozważań o docierających do mnie z różnych stron głosach, że narracja pierwszoosobowa to zło. Niejedną taką wypowiedź przeczytałam tu i ówdzie, niejeden raz brałam udział w rozmowie ten temat podejmującej i niejeden raz spotkałam się z podejściem: "och pierwszoosobówka, boję się tego czytać", "zniechęca mnie sposób narracji", "chyba nie tknę na wszelki wypadek".

[tu miejsce na takie wtrącenie: wypowiedzi w cudzysłowach nie są dosłowne i proszę je za takie nie uważać, są czymś w rodzaju streszczenia]

Jestem w stanie pojąć problem. Narracja pierwszoosobowa jest moim zdaniem trudną sztuką i bardzo łatwo, stosując ją, popełnić błąd. Na przykład autor jest zbyt dokładny, jak pani Meyer w Zmierzchu, dzięki czemu Bella zdaje się bez przerwy myśleć o tym w co się ubiera. Czy tak robimy, ubierając się? Nie, raczej nie. Czasem autor nie potrafi sobie poradzić z wyjaśnieniem zjawisk nietypowych dla nas-czytelników, ale typowych dla bohatera i każe mu głosić oczywistości, by czytelnik na pewno wiedział o co chodzi - tak bywa w różnego rodzaju produkcjach z dziedziny SF czy każdej innej fantastyki. Nie jest problemem, gdy w obcym świecie ląduje ktoś, kto go nie zna, wtedy da się znieść te wszystkie wyjaśnienia i przydługie opisy, ale jeśli narrator od zawsze jest mieszkańcem tej właśnie innej rzeczywistości? Wtedy narracja staje się nieco sztuczna i mnie osobiście bardzo wybija z czytania. Jest jeszcze kwestia jojczenia... Narrator pierwszoosobowy często przesadza z rozwlekaniem opisów swych stanów emocjonalnych. I to nie tych na ciepłej stronie skali. Bardzo łatwo przesadzić z narzekaniem, rozpaczaniem, tonami smutku. Wtedy opowieść może stać się niestrawna.

Zatem tak, problemów z narracją pierwszoosobową jest wiele i jeśli ktoś próbował kilka razy i ani razu nie trafił na dobrą pierwszoosobówkę do pewnego stopnia ma prawo do generalizacji. Po prostu trudno się dziwić. A jednak dobrze użyta, właściwie wykorzystana, daje możliwość głębszej identyfikacji czytelnika z bohaterem, a co za tym idzie wspólnego przeżywania przygód. Urealnia to, o czym czytam, zbliża mnie do świata, w którym dzieje się akcja, mocniej trzęsie moimi emocjami. Wtapiam się w opowieść, staję się jej częścią (jeśli narracja jest teraźniejsza) lub słucham bezpośrednio u źródła, jakbym siedziała z kimś, kto to wszystko przeżył i pozwalała mu snuć wspomnienia (jeśli jest w czasie przeszłym).

Księżniczka Marsa moim zdaniem jest świetnym przykładem dobrej, pasującej do klimatu i do treści, pierwszoosobówki.  W końcu to o człowieku, który przeniósł się na Marsa (jakim go sobie wyobraził autor żyjący na przełomie XIX i XX wieku), wpakował w rozgrywki między zamieszkującymi go plemionami kolorowych ludzi i zakochał w marsjańskiej księżniczce niczym uczniak. Do tego o dżentelmenie, kapitanie armii konfederatów i Bohaterze przez wielkie B. Prawdziwym i już. Takim, do którego bez problemu można wzdychać na nutę: "gdzie ci mężczyźni". On właśnie jest narratorem. On spisał tę historię po powrocie z Marsa, tęskniąc za swą ukochaną "obcą" żoną. Autor doskonale trzyma się tej konwencji: opowieść Johna Cartera pozbawiona jest fałszywej skromności, a jednocześnie przedstawia jego bohaterskie czyny jako coś naturalnego, nieledwie je bagatelizując, tak, iż bohater do końca jest autentyczny i zwyczajnie sympatyczny. Nie razi opisywanie szczegółów wyglądu Marsjan, ich wierzchowców, miast, czy pojazdów, bo nie może razić w opowieści kogoś, kto jako pierwszy postawił nogę na obcej planecie i w swym pamiętniku przemyca fakty-ciekawostki, mogące stanowić podstawę do nauki o Marsie dla jemu współczesnych.

Więc po pierwsze Księżniczka Marsa to dobrze napisany pamiętnik, który mnie zmotywował do zadziałania w tym stylu przy spisaniu pewnej historii, która chodzi mi po głowie od zeszłego Bożego Narodzenia. Ale to nie jedyna rzecz jaka podobała mi się w tej książce. Urzekł mnie też fakt, iż Marsa poznajemy u schyłku istnienia na nim życia, a cały czas wraz z bohaterem natrafiamy na ślady wielkiej cywilizacji, która go kiedyś zamieszkiwała. I ta bijąca z opowieści Johna Cartera nostalgia, tęsknota do wielkości, do przeszłości, jak dla mnie, dodała powieści dodatkowej wartości. A jeśli jeszcze uświadomię sobie kiedy została napisana; że jej autor żył w czasach galopującego postępu, w czasach wielkich technicznych zmian i wynalazków, że dzięki niemu mogę sobie wyobrazić jak widzieli kosmos ludzie ery XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej... Cóż. Po prostu kolejny plus w mojej subiektywnej i entuzjastycznej ocenie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz