Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 28 stycznia 2015

Lois McMaster Bujold – "The Sharing Knife: Beguilement"

Autor: Lois McMaster Bujold
Rok pierwszego wydania: 2006
Wydawnictwo: Eos (Harper Collins)
Ilość stron:  372

Przeczytane: 22 stycznia.
Ocena: bardzo się podobała mojej wewnętrznej czternastolatce.

"When you're a Lakewalker who means to give your death to a knife and you're close to dying---wounded in the field beyond hope of recovery, or dying at home of natural causes, you---or more often your comrade or kin---take the sharing knife and insert it into your heart."
Fawn's lips parted. "but..."
"Yes, it kills us. That's the whole point."



Próbuję znaleźć wytłumaczenie dlaczego ta książka tak bardzo mi się podobała. Desperacko próbuję. Mam bowiem pełną świadomość jej wad i wszystkich momentów zażenowania, jakie przeżywałam czytając.

"(...) I'm already as full of joy for you as my body can hold, and there you go and put more in. Downright wasteful, I say. It's just going to spill over..." The light shimmered in her swimming eyes.
He pulled her up across him, and let the warm drops spatter across his chest like summer rain. "Spill on me", he whispered.

Przedstawiona historia jest tak prosta, że wręcz banalna. W tym miejscu uprzedzam – będzie spoilerowo, bo chcąc być kompletnie szczera, muszę zobrazować czym dokładnie jest „Beigulement”.


Oto młoda dziewczyna ucieka z domu. Na początku powód zdaje się być oczywisty - oto chwila zapomnienia podczas wiejskiego wesela zaowocowała ciążą, a młodociany ojciec okazał się być mało odpowiedzialny; zresztą chłopak ma inne plany. W miarę poznawania Fawn jej motywacja nabiera rozmachu. Najmłodsza, nieco inna niż starsi bracia, bo ciekawska i wciąż zadająca pytania, ma bardzo konkretną rolę do odegrania w domu. Rolę, której nie chce, bo chce być dorosła po swojemu. Zabierając z domu siebie i swoją hańbę, tak naprawdę ucieka od bycia wiecznym głupim (w mniemaniu rodziny) dzieciakiem. 

Dag z kolei jest mężczyzną dojrzałym i z gorzką, trującą przeszłością. Hak zamiast lewej dłoni informuje czytelnika na dzień dobry o traumie fizycznej. W miarę czytania odsłania się trauma psychiczna - przepracowana, bo miał na to sporo lat, ale niekiedy powracająca.
I ta dwójka wpada na siebie, oczywiście przypadkiem, oczywiście w sytuacji – ona w potrzebie, on waleczny. Dzieją się rzeczy straszne, dziewczyna wykazuje się odwagą i bohaterowie się w sobie zakochują.

He could not, could not run up and down the streets of Glasforge, leaping and shouting to the blue sky and entire population, She says I make her eyes happy!
He really wanted to, though.

Oczywiście to nie wszystko. Wszak mamy tu do czynienia z fantasy. Sytuacja zagrożenia, która łączy bohaterów, znajduje potwierdzenie w tradycyjnie przypisanych ich grupom społecznym rolach. Dag pochodzi z długowiecznego ludu wojowników-czarnoksiężników, których zadaniem od wielu pokoleń jest patrolowanie kraju i tępienie ucieleśnionego zła - w oryginale malice - które jest co gorsza praktycznie nieśmiertelne. Może zniknąć, niejako umrzeć, gdy nauczy się czym jest śmierć. A uczy się przez specjalnie przygotowany nóż, wykonany z kości jednego zmarłego wojownika i w pewien sposób zaklęty poprzez śmierć drugiego. Trzeci wojownik może takiego noża użyć do unicestwienia monstrum. Tu tytułowy sharing knife. Fawn jest dzieckiem farmerów – przy czym pod określenie farmer, podpada w tym świecie każdy, kto nie jest z ludu Daga. Lud Daga chroni lud Fawn od wieków. Lud Fawn żywi i zaopatruje w różne potrzebne rzeczy (choćby takie siodła) lud Daga. Obrońcy, jako nomadzi z niewielkimi stacjonarnymi obozami nie poradziliby sobie bez farmerów. Jednak upływ czasu powoduje, że dla wielu przywiązanych do ziemi prostych ludzi zło zwalczane przez „patrollerów” (darujcie, przyjdzie dzień, że pomyślę nad dobrym słowem po polsku, teraz kompletnie nie jestem w stanie) jest tylko bajką dla dzieci, a oni sami nabierają cech potworów w ludzkich skórach. Między tymi dwoma grupami mają miejsce te wszystkie rzeczy, które zawsze wychodzą, gdy ludzie się nie znają, nie rozumieją i co gorsza ani poznać, ani zrozumieć się nie chcą. Uprzedzenia, niechęć, pogarda, przesądy. Wszystko to oczywiście utrudnia bohaterom trwanie przy ich uczuciach. Świat jest przeciwko nim.

"(...) You can't plan other people's actions; only your own. If you try, you just end up facing the wrong way for the trouble you actually get."

Nie będę ukrywać - lubię czytać tego typu książki. Po prostu. Stanowią dla mnie literaturę rozrywkową w czystej postaci. Bez wielkich przemyśleń, bez zatrzymywania się na oddech, ot odpoczynek i chwila w innym świecie, z innymi ludźmi, z problemami, które rozwiąże ktoś inny. Zamykanie spraw obyczajowych w obcym otoczeniu też mi bardzo pasuje. Sama to robię pisząc. Tu dodatkowym atutem od początku była dla mnie osoba autorki. Znam jej Sagę Vorkosiganów i co tu kryć - stanowi ona dla mnie jedną z tych pozycji, do których wracam wciąż od nowa i która za każdym razem tak samo mi się podoba. Tak jak wyrosłam z Geralta i już mi się o nim tak dobrze nie czyta, tak z Arala i Milesa Vorkosiganów nie wyrosłam.

W "Beguilement" widać rękę Lois McMaster Bujold. Widać elementy powtarzalne, widać motywy, które ją frapują. Oczywiście na początek różnica pochodzenia bohaterów. Aral Vorkosigan i Cordelia Naismith też mieli ten problem, choć zdecydowanie nie był on identyczny jak problem Daga i Fawn. Potem niepełnosprawność Daga. Tu z kolei kłania się Miles. Łatwo uznać, że autorka wciąż wałkuje to samo, choć Saga Vorkosiganów to space opera, a "The Sharing Knife" fantasy i choć dzieli je dobre dwadzieścia lat.

"This here's Sunny Sawman," said Fawn. "He's leaving. Dag Redwing Hickory, a Lakewalker patroller. He's staying."

Nie da się też ukryć, że pewne aspekty wręcz wywołują zgrzytanie zębów. Upadek bohaterów z konia usiłuję wymazać z pamięci. Początkowa naiwność Fawn w sprawach damsko-męskich jest nie do przeżycia - na wszystkich bogów literatury, dziewczyna pochodzi z farmy! - i nawet to, iż Dag sam to zauważa, nie ratuje moim zdaniem sytuacji, a chyba nawet wręcz przeciwnie. Tu jak dla mnie zbrakło równowagi i to bardzo. Równowagi zbrakło też w sprawie głębi uczuć. O ile łatwo pojąć zauroczenie dziewczyny swym wybawcą, to wybawca, który od kilkudziesięciu lat, od śmierci swej żony, najwyraźniej był samotny, a na pewno nie był zakochany, teraz nagle zakochany jak uczniak? Nie wiem, coś tu jakby zgrzyta, bo ja-czytelnik potrzebuję tego momentu, gdy Dag odpowiada na pytanie za co na bogów kocha Fawn. Jestem przekonana, że znacznie lepiej dla powieści byłoby, gdybym nie potrzebowała słyszeć tego z jego ust. 

A jednak, mimo wszystko, czytałam w stylu: jednym tchem i nie bacząc na godzinę.
 
"Think of something beautifully useless."

Teraz mogłabym napisać, że zachwycanie się tego typu książką jest sprawą wstydliwą, bo ok - przeczytać z przyjemnością to jedno, ale zachwycać się? To już nie przystoi. Z zachwytów nad tego typu literaturą się przecież wyrasta! Mogłabym szukać usprawiedliwień. Na przykład: to dlatego, że to pierwsza książka, którą czytałam po angielsku i skoro w trakcie czytania w mojej głowie pojawiały się dukane niczym w szkole sylaby, to umysł się cofnął w czas błogiego dzieciństwa i wewnętrzna nastolatka wygrała z dojrzałym czytelnikiem. Dobre, nie? Tylko, że znam siebie. Po naszemu też by mi się podobało, tak samo bym się zaangażowała w kibicowanie bohaterom, tak samo łapałabym się na chichotaniu i (och, czemu czuję, że się pogrążam) wypiekach. 


Może więc zamiast szukać usprawiedliwień, lepiej się zastanowić, co tkwiło niczym kamień węgielny u podstaw mojego odbioru całości i co mnie trzymało w tym radosnym napięciu cały czas?

Język? Styl? Raczej nie, nie jestem w stanie ocenić poziomu subtelności, sposobu budowy zdań i całej tej reszty, która do niejednej pozycji czytanej w rodzimym języku mnie przykuła. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Sam temat? Czy raczej sposób jego wyłożenia? Tej odwiecznej prawdy o tym, że ludzka pamięć jest zawodna, że to, co obce łatwiej odepchnąć niż zrozumieć? Też nie, wszak to już było, lepiej lub gorzej, ale wiele razy i choć nie mam zupełnie nic przeciwko powtarzaniu się motywów, to nie widzę tu też nic na tyle odkrywczego, by zrobiło to na mnie większe wrażenie.

Rodzaj magii, jaką włada Dag i jemu podobni? Hmm... Nie powiem zwróciła moją uwagę, zwłaszcza, że co tu kryć, poniosła mnie ku "Smoczej Kropli" - mojemu pierwszemu NaNo, lecz to także nie ten kaliber odczuć.

Widzę tylko jeden powód, dość zresztą dla mnie charakterystyczny: pozytywni bohaterowie. Naprawdę pozytywni. I Fawn i Dag są po prostu dobrymi ludźmi, i - co ważniejsze - kiedy już zrozumieją, że ich uczucie jest odwzajemnione, to nie mają co do niego i co do siebie nawzajem wątpliwości. Fawn nie myśli: co on widzi we mnie głupiej? Dag nie myśli: jestem dla niej za stary. Nie dają też światu zbić się z obranej drogi. Towarzyszom Daga, rodzinie Fawn. Są pewni niczym skały. Czytając nie muszę się o nich bać. Nie, nie w takim sensie, że "od razu wiadomo jak to się skończy". W takim, że jeśli spotka ich coś złego, to nadejdzie z zewnątrz, nie z nich samych. 

Książka zapewne niczego wielkiego w moje istnienie nie wniosła, ale przez kilka dni pozwoliła mi się pławić w pozytywnej, radosnej energii. Po namyśle mogłabym ją chyba nazwać pięknie bezużyteczną ;)


PS. Kolejny tytuł jaki wypadł ze słoika to: "Kościotrzep" Cherie Priest. Jednak najpierw nagroda - "Republika piratów" Colina Woodarda. Już zaczęłam. Uczucia, delikatnie rzecz ujmując, mieszane. Z pewnością doczeka się notki.

2 komentarze:

  1. Hym hym. Gdyby nie ta cholerna bariera językowa, bardzo bym się chyba zaczaiła :bag: Bo i ci pozytywni bohaterowie korcą (mam wrażenie, że to dość niemodny motyw, a ja go kurde lubię i już!), i podoba mi się struktura świata. Niby nic super odkrywczego, ale i tak brzmi fajnie.

    Czekam na "Republikę...". xD c[___]!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Bariera naprawdę do pokonania. A pani Bujold nie używa jakiegoś makabrycznie trudnego języka bynajmniej. Bardzo się bałam, że będę sfrustrowana podczas czytania faktem, iż czegoś nie rozumiem, gubię sens. Jednak tak nie było.
      I za niemodny motyw! c[__]! <3

      Usuń