Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 8 stycznia 2015

Ray Bradbury – "451º Fahrenheita"


Autor: Ray Bradbury
Tytuł oryginału: Fahrenheit 451
Rok pierwszego wydania: 1953
Wydawnictwo Alkazar, Warszawa 1993
Liczba stron: 220
Tłumaczenie: Adam Kaska

Przeczytane: 1 stycznia.
Ocena: chcę posiadać i przeczytać jeszcze raz.


"- Niegdyś, dawno przed Chrystusem, był taki diabelnie głupi ptak zwany feniksem. Co paręset lat budował sobie stos pogrzebowy i spalał się na nim. Musiał być bliskim krewnym człowieka."

 
Obawiam się, że wyjdzie górnolotnie i podlotkowo. Odrobinę żenująco być może. Rozmyślałam nad tym tekstem odkąd go przeczytałam pędząc jakąś absurdalną ilość godzin czerwonym autobusem z południa na północ - ach to wspinanie się na górę mapy! - i rozmyślanie to ani trochę nie pomaga w napisaniu chłodnej, rozsądnej opinii. A może problemem jest to, że przeczytałam go dopiero teraz? Nie w liceum, nie na studiach, a i tak z wypiekami na twarzy? A teraz mi się wydaje, że jako teoretycznie przynajmniej dojrzały czytelnik powinnam się zdobyć na jakieś głębsze uwagi niż tylko: jestem zachwycona i przejęta

Jakkolwiek by nie było prawda jest taka, że to właśnie czuję - zatem pozostaje postawić na szczerość i w sumie to chyba bardzo dobre założenie dla całości wydarzenia jakim czynię to wyzwanie. 

Jestem zachwycona i jestem przejęta. Dałam się złapać na lirykę opowieści Bradbury'ego, na łagodność opisów, które mi się skojarzyły z takimi powolnymi, miękkimi zakrętami leniwie płynącej rzeki. Takiej, która nie walczy, a raczej rozpycha się, mości w piasku brzegów. Lubię taką prozę.

"Widział się w jej oczach, widział, że jest zawieszony w dwóch połyskujących kroplach jasnej wody, ciemny i malutki, z najdrobniejszymi szczegółami, liniami koło ust i wszystkim, jak gdyby jej oczy były dwoma cudownymi kawałkami fioletowego bursztynu, które mogą schwycić żywą istotę i zachować ją w nietkniętym stanie. Twarz dziewczyny, zwrócona ku niemu, przypominała kruchy mleczny kryształ promieniujący miękkim i stałym światłem. Nie było to histeryczne światło elektryczności, lecz... co? Lecz dziwnie przyjemne i niezwykłe, i szlachetnie migotliwe światło świecy. Pewnego razu, kiedy był jeszcze dzieckiem, podczas jakiejś awarii w elektrowni jego matka znalazła i zapaliła ostatnią świecę, i wtedy nastąpiła krótka godzina ponownego odkrycia, godzina takiego oświetlenia, że przestrzeń straciła swe rozległe wymiary i ściągnęła się wygodnie wokół nich, a oni sami, matka i syn, oderwani od świata, przekształcili się zupełnie i mieli nadzieję, że naprawa uszkodzenia nie nastąpi zbyt szybko..."

Przyznaję - rozumiem czemu ktoś gdzieś, w jakimś przeczytanym przeze mnie tekście, recenzji, a może zwyczajnie na tylnej okładce, napisał, iż Ray Bradbury to poeta wśród pisarzy S-F. "451º Fahrenheita" jest mocno metaforyczne, przepełnione jakby na wpół sennymi wizjami bohatera, który pewnego dnia udaje się na wyprawę, lecz nie jest to wyprawa w świat zewnętrzny, ale w głąb własnego umysłu. Dzieje się COŚ. I oto Montag, strażak, który miast gasić pożary wznieca je, zrzuca zasłonę ze swej duszy, a może lepiej byłoby powiedzieć: zakłada okulary i zaczyna postrzegać to, co go otacza wyraźniej, dużo wyraźniej i przede wszystkim jakby znacznie głębiej. I nagle ogień, który do tej pory wydaje mu się piękny, silny, z panowania nad którym Montag jest dumny, staje się czymś zupełnie innym: zniszczeniem, bezmyślną niesprawiedliwością, barierą broniącą człowiekowi dostępu do wolności.  

"Ale dzisiejszej nocy ktoś się pomylił. Ta kobieta psuła cały rytuał. Strażacy robili zbyt wiele hałasu, śmieli się, dowcipkowali, by zagłuszyć jej straszliwe oskarżycielskie milczenie. Ona sprawiała, że puste pokoje ryczały oskarżeniami i strząsały delikatny pył winy, który wchłaniały nozdrza strażaków, gdy tak biegali dookoła. To nie było honorowo ani właściwie."

W pewien sposób uderza i mrozi mnie fakt, iż książka ta napisana została w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku 

[notka na marginesie pierwsza: jak to możliwe, że piszę "ubiegły" o dwudziestym wieku?]   

czyli jakby nie było ma lat sześćdziesiąt. Oczywiście wiele z tych strasznych rzeczy opisywanych przez autora, przewidującego przyszłość na podstawie obserwacji jemu współczesnej rzeczywistości, nie miało miejsca, a schrony przeciwatomowe w piwnicach i zapasy puszek wciąż jeszcze się nie przydały. Jednak pewnych aspektów pojawiających się na jej kartach nie da się nie dostrzec w dzisiejszym świecie. Dla mnie jesteśmy na początku drogi, o której opowiedział Montagowi kapitan Beatty 


[notka na marginesie druga: świetna postać jak dla mnie! Zwodzi, może nawet oszukuje, bo doskonale wie, jak używać broni, której wytrącaniem z rąk innych zajmuje się zawodowo, wykorzystuje coś, czego teoretycznie nie ma prawa znać, dokładnie w ten sposób, który spowodował uznanie tego za groźne dla społeczeństwa, mającego wszak żyć w błogiej nieświadomości pasących się spokojnie bydląt]

gdy dostrzegł w swym podwładnym wątpliwości, a może nie tylko je? Może właśnie dostrzegł w Montagu coś jeszcze? Jakąś szansę dla siebie? 


"(...) wie pan, dlaczego książki jako takie są takie ważne? Ponieważ mają jakość. A co oznacza słowo jakość? Dla mnie oznacza tkankę. Ta książka ma pory. Ma rysy. Tę książkę można obserwować pod mikroskopem. W szkiełku ujrzy pan życie, płynące w nieskończonej obfitości. Im więcej porów, im więcej zanotowanych szczegółów życia na cal kwadratowy znajdzie pan na arkuszu papieru, tym bardziej jest pan "wykształcony". W każdym bądź razie taka jest moja definicja. Wymowne szczegóły. Świeże szczegóły. Dobrzy pisarze często chwytają życie. Średni przesuwają po nim szybko ręką. Źli gwałcą je i zostawiają padlinę.
Widzi pan teraz, dlaczego niektórzy ludzie nienawidzą książek i boją się ich? Książki ukazują pory na twarzy życia. Wygodni ludzie chcą tylko woskowych księżycowych twarzy, bez porów, bez włosów, bez wyrazu."

Dziś wygodni ludzie włączą telewizor. A jeszcze wygodniejsi nie będą go wyłączać. Wiem, bo widziałam. Z przerażeniem odkrywam, iż doszłam do tego momentu w życiu, gdy pod palce pcha się sformułowanie: gdy ja byłam dzieckiem... Z przerażeniem odkrywam, ale jednak prawdą jest, że gdy nim byłam o książki było łatwiej niż o filmy. To książki popychały moją wyobraźnię, książki lepiły mnie jaką jestem. Wiele książek, różne książki. Wcześniej bajki opowiadane do ucha, nie obrazki zmieniające się na ekranie. Ekran miałam w głowie. Nie twierdzę, że dziś ludzie nie czytają, bo musiałabym uznać, że ci wszyscy, których mam wokół siebie, po których blogach skaczę, nie istnieją. Bo tak się składa, iż wiem, że ludzie czytają i że już wtedy, gdy ja byłam dzieckiem istnieli tacy, którzy nie czytali. A jednak mam wrażenie, że następuje przesuwanie granicy. A do tego filmy produkowane na tony, coraz częściej są tylko zlepkiem głośnych dźwięków, szybkich ruchów i komputerowego montażu, a za tymi sprawami nie podąża historia, a jeśli podąża to jest przycięta do tych wspominanych przez kapitana Beatty'ego piętnastu minut streszczenia. A jeszcze, gdy spoglądam na to wszystko z dystansu, to widzę, iż to, co się dzieje jest zupełnie naturalne i tak strasznie trudne do przewalczenia. I tak naprawdę pojmuję, że ktoś może się dziwić, że ktoś inny potrzebę walki w ogóle odczuwa, bo świat się zmienia, idzie naprzód i jest to taki truizm, że aż sama nad sobą zgrzytam, ale jest, czy zatem mam starać się ten świat w jego wędrówce zatrzymać? 

"Ongiś, kiedy był jeszcze dzieckiem, siedział na żółtej wydmie wśród błękitnego i gorącego dnia lata, usiłując napełnić sito piaskiem, ponieważ jakiś okrutny kuzyn powiedział: "Napełnij to sito, a dam ci dziesięć centów!" A im szybciej nasypywał, tym szybciej, z gorącym szmerem, uciekał piasek. Ręce dziecka były zmęczone, piasek kłębił się, sito pozostało puste."  

Dobrze, to może ja wrócę do książki... 

A "451° Fahrenheita" to książka dobra, zmuszająca do myślenia, wywołująca emocje, momentami straszna, momentami smutna, momentami ocierająca się o komizm, bo jak się nie uśmiechnąć na myśl o ruchu oporu w postaci żywej biblioteki, którego członkowie cieszą się, iż właśnie dołączyła do nich biblijna księga Eklezjastesa? To książka z wiarygodnymi bohaterami, którym ja-czytelnik współczuję, o których się boję i z powodu których odczuwam niesprawiedliwość i to podskórne swędzenie, w którym czai się pytanie "dlaczego?", które oczywiście pozostanie bez odpowiedzi. Guy Montag - ach! jak bardzo pasuje do niego stwierdzenie Edwarda Stachury: Głupiec widzi, że jest głupcem -  i oto rodzi się mędrzec - jest po prostu prawdziwy. We wszystkim, co go spotyka - od zderzenia z niezwykłością Klarysy, przez obserwowanie pracy ratowników nad własną przez chwilę martwą bardziej żoną, przez strach przed psem, wykłady Beaty'ego, moment odwagi i ciekawości, rozmowę z Faberem - jest prawdziwy, a ja nie dość, że w niego wierzę, to także go lubię. I dlatego właśnie się boję. Tyle rzeczy może pójść nie tak i pal licho, jeśli go zwyczajnie zabiją, a co jeśli się podda? Jeśli przestanie myśleć? Przestanie łaknąć rozmowy? Wymiany słów i ich znaczeń, rozbierania cudzego zdania na czynniki pierwsze? Co jeśli jego przebudzenie pod wpływem Klarysy będzie chwilowe?

"- Mówią, że jestem nietowarzyska i aspołeczna. Nie mieszam się do niczego. To takie dziwne. W rzeczy samej jestem bardzo towarzyska i "społeczna". Wszystko zależy od tego, co kto uważa za społeczne, prawda? Społeczne to znaczy dla mnie rozmowa z panem o rzeczach takich jak te. - Zagrzechotała kilkoma kasztanami, które spadły z drzewa na frontowym podwórku. - Albo rozmowa o tym, jaki dziwny jest świat. Lubię przebywać z ludźmi. Ale nie uważam za społeczne, jeśli się zbiera gromadę ludzi i nie pozwala im mówić."

Co jeśli się wystraszy? Jeśli wycofa się, jak i mnie się zdarza z niejednej dyskusji, czego nagle, czytając tę ponad sześćdziesięcioletnią wizję antyutopii, tak bardzo się zawstydziłam?

Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz. 

A jednak - i to też jest piękne - Ray Bradbury nie pozostawia czytelnika w ciemności i beznadziei. Jest tunel, jest światło, jest żywy, odmieniony Montag, który uczy się czuć i jest powrót do ognia, który znów grzeje i chroni człowieka przed ciemnością, a nie przynosi czarną zasłonę na jego umysł. Chyba właśnie za to - no i za opisy - dostaje w moim prywatnym rankingu notę najwyższą.

"Była to sarna. Wciągnął w płuca ciężki zapach piżma jak perfumę zmieszaną z krwią i lepki wyziew zwierzęcia, zapachy kardamonu, mchu i leśnych ziół w tej ogromnej nocy, gdzie drzewa biegły ku niemu, odskakiwały, biegły, odskakiwały, w rytmie serca, za jego oczyma."


Wiem dobrze, że najprawdopodobniej skłamałabym, gdybym powiedziała, że absolutnie wszystko w książce było wspaniałe i wielkie. Wszak momentami widziałam, iż rozwiązania wyskakują może troszkę jakby z kapelusza - jak choćby fakt znajomości z Faberem, albo zniknięcie Klarysy. Jednak zupełnie mi to nie przeszkadza i chyba nawet fakt, iż widzę te sprawy niesie za sobą dodatkowy urok. W pewnym sensie dzięki temu lepiej widzę człowieka za nazwiskiem na okładce. 


Jednym słowem: polecam.


PS. Kolejna wylosowana ze słoika pozycja to: "Para w ruch" Terry'ego Pratchetta, czyli Siemomysła bada jak człowiek z Ankh-Morpork robi steampunk ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz