Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 22 stycznia 2015

Terry Pratchett – "Para w ruch"

Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginału: Raising Steam
Rok pierwszego wydania: 2013
Wydawnictwo: Prószyński i spółka, Warszawa, 2014
Liczba stron: 334
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa

Przeczytane: 17 stycznia.
Ocena: nie podobała mi się, choć nie żałuję czasu nad nią spędzonego.

" Właśnie wtedy Żelazna Belka wypuściła trochę pary i Moist zastanowił się, czy to dobra wróżba, czy zła. Jakaś wróżba na pewno, uznał, i to musiało wystarczyć."



Na liście wylądowała jako ostatnia. Zdjęłam ją z półki u jednej z tych przyjaciółek, które nosi się na co dzień w pamięci, ale widuje średnio raz do roku. Zdjęłam, bo para, i bo pędząca ciuchcia, i bo gdzieś przeczytałam, że oto w ostatnim Świecie Dysku Pratchett robi steampunk. Ciekawe jak robi, i czy w ogóle robi, czy to tylko taka ogólna tendencja do widzenia steampunku wszędzie, bo modny, pomyślałam, powiedziałam na głos i książka wraz z krótkim Sprawdź! wylądowała w moich rękach. Ku mojemu przerażeniu. Raz, że to kolejna pożyczona książka, a ja miałam już dwadzieścia siedem na półce. Dwa, Pratchetta czytałam dawno temu. Mam za sobą osiem pierwszych części cyklu i przestałam czytać, bo mi się zwyczajnie znudził. Moment, w którym rozbudowane przypisy, będące wszak wizytówką jego stylu, zaczęły mnie irytować, uznałam za czas na zakończenie wspólnej przygody. Nie znaczy to, że nie bawiłam się dobrze, czytając. Po prostu nie jestem die-hard-fanem. Bardzo możliwe, że ta długa przerwa, przekładająca się na ilość pozycji, które dzielą "Para w ruch" od "Zbrojnych", ma znaczny wpływ na moją ocenę. Nie miałam możliwości obserwować stopniowych zmian w pisarstwie Pratchetta, a dwadzieścia lat to bardzo dużo czasu na zmiany. 

Przydługi wstęp, przyznaję. Przejdźmy zatem do samej książki. Czy można nazwać opowieść o genialnym inżynierze-amatorze, który okiełznał parę, używając suwaka logarytmicznego i zbudował pierwszą lokomotywę w Świecie Dysku? Moim zdaniem można.

"Wszystko jest magią, jeśli nie wiemy jak działa."

Pratchettowy steampunk nie opiera się wcale na gadżetach, surdutach i biżuterii z zębatek. Jego mocną stroną jest wsteczna rewolucja w szeregach krasnoludów, swoiście pojęta emancypacja krasnoludzkich kobiet, a razem z nimi zamieszki i zamachy krasnoludzkich bojówek. Zwłaszcza idea emancypacji krasnoludek mi się spodobała. Krasnoludzkie kobiety niczym nie różnią się od mężczyzn. Mają brody, topory i robią dokładnie to samo co mężczyźni, oczywiście dodatkowo zajmując się rodzeniem małych krasnoludów. Zdałoby się, że to feminizm w czystej postaci. Teoretycznie ich sprawą jest ujawnienie własnej płci. A jednak tradycja zakazuje im tego. Emancypacja krasnoludek polega zatem na przyznaniu się do własnej płci, na zyskaniu możliwości otwartego o niej mówienia. Inne i ciekawe.

" Cały czas liczą coś na suwakach i cały czas się martwią, bo już trochę za długo udaje im się wygrywać ze światem."

Pratchettowy steampunk konfrontuje naukę i magię. Magię, w którą inżynier Simnel nie wierzy, lecz którą widzi i której musi zaufać.

"Zostawiając kozy, zbiegł po zboczu do miejsc, gdzie powietrze było cieplejsze. W końcu wyśledził źródło hałasu w jakiejś wielkiej szopie. Akurat do niej dotarł, kiedy bestia, niosąca we wnętrzu ludzi, wyrwała się przez jej wrota i pognała po metalowych torach. Spoglądał na nią, póki nie zniknęła. Później ludzie z miasta wyjaśnili mu, że było to coś, co nazywają lokomotywą. Tęsknota w sercu zrodziła się na nowo i zaczęła narastać. Tak, rzeczywiście istniały rzeczy ciekawsze od kóz."

Pratchettowy steampunk wypełniony jest opisami lokomotyw, opisami uczuć, jakie wzbudzają w mężczyznach, którzy są nimi zafascynowani niczym chłopcy - nostalgia miesza się z tęsknotą za nieznanym, pojawiają się porywy serca i chęć poszerzenia horyzontów i nie opiera się im nawet Lord Vetinari. Spotkałam się w sieci ze zdaniem, iż to do niego nie pasuje - samej trudno mi to ocenić, nie pamiętam aż tak dobrze charakteru Patrycjusza, choć pamiętam żelazny respekt, jaki się wokół jego postaci unosił.

"Dlatego muszę uprzedzić, że działamy jako zespół, albo kończymy jako indywidualne zwłoki."

Bohaterowie "Para w ruch" nie ustępują tym, których pamiętam z pierwszego kontaktu. Soczyści, balansujący na granicy przesady i często w nią spadający, niczym w przepaść. Detrytus, Vimes, Rhys, Colon, czy Nobby Nobbs są niezmienni niczym skały, choć może jeśli chodzi o tych dwóch ostatnich niekoniecznie potrzebni w tej akurat książce. Ich wątek jest moim zdaniem dodany po nic. Ok, rozumiem, że strażnicy, że pilnują, że czemu nie akurat oni, lecz niektóre wejścia tej pary moim zdaniem nie powinny były przetrwać pierwszej autorskiej redakcji, bo nie prowadziły zupełnie do niczego, nawet do uśmiechu czytelnika. Bohaterowie, których nie znałam do tej pory, wzbudzili ciekawość. Efektem przeczytania "Para w ruch" jest chęć zerknięcia na "Piekło pocztowe". To z pewnością plus.

"Na nieszczęście dla atakujących problem ze zjazdem na linie polega na tym, że bardzo łatwo jest przewidzieć miejsce lądowania. i to jest właśnie to miejsce, gdzie atakujący dostaje potężny cios łomem." 

Jeśli zaś jeszcze o uśmiechach czytelnika, to w ogóle nie było zbyt wiele. Pratchett kojarzył mi się zawsze z humorem, specyficznym, rozciągniętym, podanym w postaci dygresji, rozbudowanych porównań i tak dalej. Humorem, który mnie bawił. "Para w ruch" od samego początku była jak dla mnie znacznie bardziej poważna, niż zapamiętałam. Owszem Pratchett lubi podejmować tematy trudne w lekki sposób, mówić o uprzedzeniach, o tolerancji, o zgodzie na inność, używając do tego nietypowych środków. Tutaj tematów trudnych mamy dużo. Krasnoludy vs trolle. Krasnoludy vs gobliny. Gobliny vs ludzie. Ankh-Morpork vs Quirm. Quirm vs Ankh-Morpork. Natomiast jak dla mnie nie mamy zbyt wiele humoru. Dopiero będąc na 282 stronie, pierwszy raz się uśmiechnęłam pod nosem. Nieco później zdarzyło mi się parsknąć. Oczywiście być może to moje poczucie humoru się zmieniło. W żadnym razie tego nie wykluczam. Jednak fakt pozostaje faktem - "Para w ruch" nie była dla mnie zabawna, a tego po niej oczekiwałam. Tutaj więc zawód, lecz raczej niewielki. Nie on przesądza o mojej ocenie. 

Co zatem przesądza?

Zdawałoby się, iż "Para w ruch" posiada sporo z tego, co potrzebne dobrej książce, że powinna się czytać szybko, trzymać w napięciu i pozostawiać czytelnika z poczuciem przyjemnie spędzonego czasu. A jednak tak nie jest. Czytałam ją długo, męczyła mnie. Nie miałam żadnego kłopotu, by odłożyć ją na bok w połowie akapitu. Zgrzytałam zębami na powtarzane po kilka razy informacje dotyczące jakiejś konkretnej cechy danego bohatera. To uczucie, gdy myślę - JUŻ TO WIEM, WYSTARCZY! Irytowały mnie wrzucane bez ładu i składu scenki, praktycznie nie związane z tym co dookoła. Miałam wrażenie obcowania z kolorowymi, ładnymi pojedynczo, łatkami, które zostały zszyte w chaotyczny i niesatysfakcjonujący patchwork. A może nawet nie zszyte? Ot, poukładane obok siebie w dowolnej kolejności. 

Pach. Tu Harry Król będzie uczuciowy.
Pach. Tu scenka z życia rodzinnego Moista.
Pach. Tu sierżant Colon zrobi z siebie idiotę, udając, że wie o czym mówi, mówiąc o lokomotywie.
Pach. Tu Harry Król raz jeszcze będzie uczuciowy, bo on jest bardzo uczuciowy.

Wrzucanie pojedynczych krótkich scenek z różnych stron Świata Dysku, dzięki którym dowiaduję się, co się w tych stronach dzieje, jakie są nastroje, jakie reakcje na drogę żelazną, kto z kim walczy - ok, jak najbardziej kupione i potrzebne. Ciachanie w ten sposób zachowań głównych bohaterów, w głównym wątku, mającym być spoiwem - wygląda jak podawanie czytelnikom notatek w cenie pełnoprawnej powieści.

I to właśnie najprawdopodobniej spowodowało, że po lekturze zostałam z uczuciem, iż "Para w ruch" mi się nie podoba. Poszczególne cegiełki składające się na całość - pomysł, bohaterowie, cameo Edith Nesbith - oceniam wysoko. Budowlę jaka z nich powstała - bardzo nisko. 


PS. Trzecia wylosowana ze słoika rzecz to: "The Sharing Knife: Beguilement" Lois McMaster Bujold. Tak. Jest po angielsku. Zatem kolejne podejście do czytania w obcym języku. Uf.

1 komentarz:

  1. Hum hum... a wiesz co? W sumie to - choć ocena negatywna - odczuwam teraz potrzebę przeczytania tej książki. ^^ Ze względu na cegiełki. Intrygują mnie cegiełki.

    ...może wpiszę sobie do wyzwania na 2017 r. xD

    OdpowiedzUsuń