Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

piątek, 20 lutego 2015

Cherie Priest – "Kościotrzep"

Autor: Cherie Priest
Tytuł oryginału: Boneshaker
Rok pierwszego wydania: 2009
Wydawnictwo Książnica, Katowice 2012
Liczba stron: 381
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt

Przeczytane: 11 lutego.
Ocena: zawód taki ogromny, zmarnowany potencjał tak bardzo, szkoda czasu :(

" Tylko nie draniu mruknęła Briar na tę typowo męską tyradę. Spróbowała przekuć irytację na impuls, który pozwoliłby jej się ruszyć. Niestety to też nie na wiele się zdało."



"Kościotrzep" to jedna z tych książek, które wywołują we mnie gigantyczną potrzebę natychmiastowego sporządzenia poważnej i pseudopublicystycznej notki o tym czym w mojej skromnej i jakże subiektywnej opinii jest steampunk i dlaczego wolę wersję z Wysp Brytyjskich od tej z Kontynentu Amerykańskiego. Zapewne kiedyś to w końcu zrobię, ale jeszcze nie teraz, bo tym razem jak zwykle zdołałam odczekać na tyle długo, żeby emocje opadły i żebym zdołała się powstrzymać od zbędnych dygresji w notce, która ma wszak dotyczyć książki.

Powinnam chyba zacząć od tego, że w sprawie "Kościotrzepa" docierały do mnie skrajnie różne opinie. Od pełnego zachwytu do stwierdzenia, iż ta książka zniechęciła jednego z bliskich mi czytelników do steampunku w ogóle. Ponoć problem leży w tłumaczeniu. Czytelnik zachwycony czytał w oryginale, zniechęcony po naszemu, jak ja. Cóż, mogę chyba uznać, że nie mam ostatnio szczęścia do tłumaczeń.

Co się rzuca w oczy to pewne niechlujstwo bohaterowi zdarza się zmienić nazwisko w trakcie (z Clay na Cly; druga forma jest konsekwentnie ciągnięta do samego końca), sporo jest zwykłych literówek, "Clementine" raz jest rodzaju męskiego, raz żeńskiego (niestety nie w powiązaniu z tym, czy pisze się o niej "Clementine" czy "sterowiec"). Zdarzają się na tyle wyraziste kalki językowe, że zatrzymują proces czytania i każą powtórnie przetworzyć materiał, by całość zdania nabrała sensu. Wzbudzające wiele emocji tłumaczenie tytułu w sumie mało mnie na tym tle obeszło. Jest dosłowne, owszem. Ze względu na brzydkie brzmienie słowa i pewną niemoc do oddania prawdopodobnego zamierzenia autorki po polsku, ja osobiście zostawiłabym na miejscu tłumacza oryginalną nazwę maszyny doktora Leviticusa Blue. Ale to ja tłumacz miał inny pomysł.

Z drugiej strony, ciężko mi uwierzyć w to, że tłumaczenie potrafi narobić aż tyle szkód. Mam przeczucie, że poniższe zdanie w oryginale zrobiłoby na mnie tak samo negatywne wrażenie, jak w tłumaczeniu:

"Wciąż siedziała na jego plecach, ujeżdżając go jak dzikiego mustanga, dopóki nie padł na kolana, sięgając rękami ku niej bądź ranie i machając nimi w poszukiwaniu czegoś, na czym mógł się oprzeć." 

Owszem że pozwolę sobie powtórzyć za niejakim martysem tłumacz może zgubić klimat, może namieszać w szyku wyrazów, może wybrać nie najlepsze słowo, ale zmian w treści raczej nie wprowadzi, prawda? Prawda?

No nic, skoro nie widziałam oryginału na oczy, to przyjmijmy, że wszystko co od teraz zostanie napisane dotyczy tego, co jest dostępne dla standardowego polskiego czytelnika. Być może kiedyś zajrzę do wersji angielskiej, ale na pewno nie szybko, bo mi zwyczajnie żal czasu.

Pierwsze co czuję w obowiązku przekazać to fakt, iż podczas czytania wciąż powracało do mnie uparte wrażenie, że ktoś próbuje mi sprzedać teledysk do którejś z piosenek Abney Park, nazywając go powieścią. Na koniec pojęłam, że czytanie tej książki było niczym słuchanie audiobooka recytowanego przez głos pani z metra/tramwaju/autobusu. Monotonia, powtarzalność, zerowe emocje słuchacza/czytelnika.

" Teraz? Zabrał butelkę z zagłębienia w łokciu i postawił ją na ziemi obok krzesełka. Wzrok miał już całkiem trzeźwy. Orzechowe, niemal miedziane oczy lśniły mu mocno, mimo iż nadal znajdował się w cieniu rzucanym przez statek. Gapił się na nią, nie mrugnąwszy nawet powieką, dopóki nie poczuła się niepewnie."

Pomysł na fabułę, miejsce osadzenia, samo przekucie realiów historii Stanów Zjednoczonych na alternatywną steampunkową wersję świetne. Dostajemy elementy, których nie doświadczymy zatrzymując się na granicy Europy są chińscy emigranci, są Indianie, jest przedłużająca się wojna secesyjna, której echa jedynie docierają do Seattle, oddalonego od pola walki całą przestrzenią kontynentu. Pojawiające się steampunkowe gadżety nie są jedynie elementami wizualnymi, wszystko ma swoją funkcjonalność nawet jeśli jest absurdalne i za nic nie pozwala w siebie uwierzyć (trochę tak, jakby autorka sama nie wierzyła w to, że one mogłyby działać). A jednak coś nie gra. A nawet coś bardzo nie gra. 

" Muszę to przemyśleć powiedział i uderzył ją kolbą rewolweru w skroń z tak ogromną szybkością, o jaką Briar nie podejrzewałaby żadnego człowieka."
  
Ogromna większość tekstu to rozbudowane dialogi, brzmiące sztucznie i służące często jedynie temu, by przekazać niezbędne informacje czytelnikowi. Niestety tak, że czytelnik doskonale się orientuje w sztuczce. Bohaterowie są zupełnie nijacy. Składają się z tego co mówią i z pojedynczej cechy, którą są opisywani. Barmanka jest jednoręka, Cly jest olbrzymi, dr Minnericht straszny. To chyba z mojego punktu widzenia największy problem bohaterowie tak nijacy, że nie chciało mi się nad nimi zastanawiać. Bo na początku próbowałam, ale szybko się zmęczyłam próbami wyciśnięcia czegokolwiek z mikrych przesłanek. Niestety momentami byli dla mnie niespójni, miałam wrażenie, że dopiero co zrobili coś/powiedzieli coś, czemu właśnie zaprzeczają. Zeke raz miał w moim odbiorze lat dwanaście, a za chwilę trzydzieści, Briar okazywała uczucia niczym android ze słabym oprogramowaniem. Po prostu, jednym słowem, bohaterowie tej powieści są w mojej opinii zupełnie nieudani. 

" Może wyraziłam się nie do końca precyzyjnie. Dawno temu był mężem mojej córki Sary. Doprowadził ją do szaleństwa, a potem zabił. Do oczu napłynęły jej łzy, lecz nie przełknęła ich, choć powinna."

Nieudane jest również oddanie tła i klimatu. Pojawiające się urządzenia zwane są stale maszynerią, bądź machinami i definiowane przez wielkość zębatek. Nie ma szans by spróbować sobie wyobrazić w najmniejszym stopniu co to jest jakbym oglądała wszystko zza gęstej mgły, trochę jak przez Zgubę snującą się nad odgrodzonym od zdrowej części miasta centrum Seattle. I nie jest tak, że ja koniecznie muszę mieć wszystko wyjaśnione i że to wszystko musi grać ze znaną mi fizyką. Bynajmniej. Po prostu jeśli jakaś rzecz pojawia się w tekście często, to nasuwa mi to myśl, że jest istotna, a skoro jest istotna to ja odruchowo próbuję ją zrozumieć. Jeśli mi się to nie udaje, to zaczynam odczuwać frustrację. Najprawdopodobniej wystarczyłby jeden prosty zabieg skoro Briar wie, co widzi, niech nie próbuje tego opisywać, a jedynie nazywa. Wyobraźnia czytelnika zrobi resztę. Fragmentaryczny, kulawy opis robi jedynie krzywdę maszynerii. Tak uważam. Nie mam natomiast żadnego stosunku do dodatkowego grzybka w tym barszczu, czyli do zombie zwanych po naszemu zgnilasami. Po prostu żadnego. I w sumie nie wiem, czy już to samo w sobie nie jest minusem.

"Zguba była gęsta, barwa zawiesiny mieściła się gdzieś pomiędzy jasnym gównem a płatkami słonecznika."

Co mi się podobało to tajemnica Briar i Leviticusa Blue. Nie pamiętam, w którym momencie pomyślałam sobie, że tak właśnie powinno być, z pewnością było to jeszcze w pierwszej połowie książki i miałam tylko nadzieję, że autorka podziela moje zdanie. W tym momencie Briar stała się osobą posiadającą przynajmniej sztywne przekonania, choć nadal nieposiadającą widocznego, spójnego charakteru. Być może jedyną osobą taki charakter posiadającą okazał się sam Leviticus, co jest ciekawe i nieco znamiennie w kontekście zakończenia.

Wnioski końcowe są dość krótkie: po zapoznaniu się z "Kościotrzepem" nie mam ochoty na więcej twórczości pani Priest. 


PS. Sierotka wylosowała ze słoiczka powieść Rafała Kosika "Mars". Zatem znów zmiana klimatu, choć wciąż trzymamy się fantastyki.

2 komentarze:

  1. Jako taki steampunkopożeracz kręciłam się kiedyś obok tej książki, ale nie przekonało mnie umiejscowienie akcji. Dla mnie steampunk jest tak bardzo angielski, że umiejscowienie akcji w Ameryce wydawało mi się jakimś takim gorszym substytutem. Planowałam ewentualnie sięgnąć, jeśli przeczytam już wszystko inne. Twoja recenzja utwierdziła mnie, że zrobiłam dobrze, trzymając się daleko od "Kościotrzepa", zwłaszcza że jestem czytelnikiem, który lubi emocjonalny ekshibicjonizm u bohaterów. Kukły mnie denerwują. Jednak zostanę przy autorach o podejściu angielskim ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Kass, ten brak wejścia w bohaterów to nie kwestia podejścia amerykańskiego czy brytyjskiego, to problem tej konkretnej książki. Natomiast Wielka Brytania nie ma monopolu na steampunk, tak samo jak nie ma przecież monopolu na XIX wiek, a wszak o to chodzi - o alternatywną wizję XIX wieku. Uważam, że nie ma co ograniczać sobie pola kontaktu z przyjemnością przez zamykanie się na przykład na steampunkowe powieści rozgrywające się na wschodzie Europy (Ektenia i Królewiec <3) czy gdziekolwiek indziej. Ja czasami nieco brzydko uogólniam mówiąc o steampunku amerykańskim, bo mi te wszystkie kuse spódniczki, gołe brzuchy, pióra, biżuteria z zębatek i miniaturowe cylindry jako element fryzury kojarzą się właśnie z USA. Powinnam raczej powiedzieć - steampunk użytkowy i gadżeciarsko-wizualny, choć i to nie jest do końca to. Za szeroki temat na odpowiedź pod notką. Ja naprawdę kiedyś ubiorę te przemyślenia w coś podobnego do artykułu.

      Usuń