Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 16 lutego 2015

Jak zgłębiałam swoją wiedzę o piratach, czyli "Black Sails" vs "Republika Piratów" i ambiwalencja wrażeń

Jasne, że lubię piratów. Napisałam NaNo o babskiej załodze pirackiej, widać je tam z prawej na bocznym pasku. Pragnę kiedyś popełnić coś w co zaangażowani będą i piraci, i statki żaglowe, i co będzie jakby trochę bardziej poważne i realistyczne. Ale to trudne, więc zasadniczo póki co zdobywam wiedzę. Wszelką. Głównie morską, bo o wyekstrahowaną wiedzę o piratach strasznie trudno w ojczystym języku. Oczywiście jeśli nie liczyć filmów i szant, ale te są nieco trudno weryfikowalne pod względem autentyczności. Klimat - owszem, ale klimat to już dla mnie mało.

Cóż zatem dziwnego, że jak tylko zobaczyłam okładkę "Republiki piratów" to od razu dodałam ją do listy życzeń, co zaowocowało wyjęciem jej spod choinki? I oczywiście była pierwszą nagrodą w moim wyzwaniu czytelniczym. Po trzech pozycjach ze słoiczka zabrałam się ochoczo za pana Woodarda. W tym samym czasie niejaka Kassandra zmolestowała mnie do obejrzenia serialu "Black Sails" (po naszemu "Piraci") opowiadającego dokładnie o tym samym. Wahałam się. Bo to serial - nie da się machnąć w dwie, bądź trzy godzinki. A ja się łatwo zniechęcam do ruchomych obrazków, choć nie wiem, czy to dobrze przyznawać się do tego publicznie. Mimo to postanowiłam spróbować - w końcu to piraci, nie? Przy okazji dowiedziałam się, że dwie stacje telewizyjne, w tym samym czasie nakręciły seriale opowiadające praktycznie o tym samym. No OK, w "Crossbones" (po naszemu "Herb piratów") mamy do czynienia z emerytowanym Czarnobrodym, w "Black Sails" Czarnobrody się jakby nie pojawił, a na pewno nie w pierwszym sezonie. Za to cała paleta tła jest jak najbardziej ta sama. Czyli mamy dwa seriale o tym samym - prawdziwy szał na piractwo - i co ciekawsze, na skrzydełku okładki "Republiki Piratów" widnieje informacja, że książka stała się inspiracją jedynie dla drugiego z wymienionych. Ha. 

No nic, to ja może przejdę do części zasadniczej.

Gatunek: dramat przygodowy
Kraj produkcji: Stany Zjednoczone
Reżyseria: Jonathan E. Steinberg, Robert Levine
W rolach głównych: Toby Stephens, Hannah New, Luke Arnold, Jessica Parker Kennedy, Tom Hopper, Zach McGowan, Toby Schmitz, Clara Paget
Muzyka: Bear McCreary
Odcinków: 18
Rok pierwszej emisji: 2014 (sezon I), 2015 (sezon II)

"- Nie zostawiamy żadnych rezerw. Albo zdobędziemy statek Brysona, albo mamy...
[znacząca cisza] 
- Myślę, że słowo, którego szukasz to przejebane." 

Autor: Colin Woodard
Tytuł oryginału: The Republic of Pirates Being the True and Surprising Story of the Caribbean Pirates and the Man Who Brought Them Down
Rok pierwszego wydania: 2007
Wydawnictwo: Sine Qua Non, Kraków 2014
Liczba stron: 384
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski

"Już jako komodor [William Whetstone] spędził większą część 1701 roku, próbując doprowadzić szwadron okrętów wojennych na Jamajkę, lecz statki, nieustannie smagane deszczem i burzowymi wiatrami, nie dopłynęły dalej niż do Irlandii."


O czym to w ogóle jest poza tym, że o piratach?

Otóż o bardzo specyficznym okresie w historii morskich rozbójników, którzy istnieli wszak od zawsze, od kiedy tylko człowiek wpadł na to, by transportować towary na jednostkach pływających, i istnieją do dziś. Jednak jedynie okres początku wieku XVIII, zwany jest Złotą Erą Piractwa. Ten malowniczy czas białych peruk, fikuśnych kapeluszy, sukien na stelażach, koronek, żabotów, szerokich mankietów, haftowanych habitów, szustokorów, kamizel i spodni kończących się w okolicach kolan. Czas tworzenia się brytyjskiego imperium morskiego, czas intensywnej kolonizacji wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej i Wysp Karaibskich. Czas kapitana Flinta i Jacka Sparrowa. Oczywiście wiadomo, że o ile Stevenson w swojej "Wyspie Skarbów" opisywał wydarzenia prawdopodobne, o tyle reżyser "Piratów z Karaibów" wykorzystał jedynie pewne elementy pirackiej legendy i krajobrazu, łącząc je dowolnie z innymi legendami morskimi, by stworzyć przygodowy film fantasy. Mówiąc krótko można lubić Jacka Sparrowa, bądź nie, lecz z pewnością nie można go traktować poważnie.

Tymczasem "Republika Piratów" jest książką jak najbardziej historyczną, a podtytuł informujący, iż jest to "Prawdziwa historia piratów z Karaibów" to nie czcze przechwałki. Autor sięgnął do wielu źródeł, poczynając od wydanej już w 1724 roku "General History of Pyrates" (której autorstwo wciąż jeszcze nie jest udowodnione nikomu na sto procent i której wysoka sprzedaż stanowi żywy dowód na to, jak bardzo współcześni Czarnobrodemu, Bellamy'emu, czy Avery'emu byli zafascynowani, tym co działo się wtedy po drugiej stronie globu), poprzez rozliczne dokumenty z rozpraw sądowych przeciwko piratom, archiwalne listy, dzienniki pokładowe, aż do materiałów współczesnych, weryfikujących nieraz legendę - narosłą przez wieki - na podstawie chociażby badań archeologicznych na wydobytych wrakach. W pisaniu pana Woodarda widać jego fascynację tematem, widać ciągoty do fabularyzacji, co bardzo dobrze wpływa na odbiór, jako że czytelnik nie ginie w morzu faktów, a czytelnik z odrobiną wyobraźni bez problemu zobaczy hiszpańskie galeony skarbów sunące majestatycznie najkrótszą drogą z wybrzeża Hiszpanii na zachód i podpływających do nich naiwnych piratów na niewielkich i słabo uzbrojonych stateczkach.

Serial z kolei z prawdy historycznej intensywnie korzysta, żonglując co prawda dość dowolnie osobami, latami, stronnictwami i przenosząc Henry'ego Avery'ego z Madagaskaru na którąś z wysepek w pobliżu New Providence (no chyba, że Charles Vane jest tak bardzo męski, że wziął i łódeczką z żagielkiem przepłynął aż na Madagaskar, bo czemu nie), a ponadto obficie czerpie z dorobku Roberta Louisa Stevensona i do postaci historycznych dorzuca na przykład Johna Silvera, Billy'ego Bonesa i Jacka Flinta. Jeśli mamy taki miks bohaterów, mamy dostępne dzisiaj możliwości techniczne, mamy tyle historii prawdziwych, które można wykorzystać, mamy ponadto świetną muzykę (a czołówka to jak dla mnie majstersztyk) to mamy solidną podstawę do stworzenia świetnego, wciągającego serialu.

A jednak...

Stało się tak, że w jednym czasie oglądałam i czytałam. Oglądałam powoli, najczęściej odcinek na raz, bo zwyczajnie na więcej brakowało mi cierpliwości, a serial miast sprawiać przyjemność najczęściej po prostu wkurzał. Jednak jak się powiedziało "a" to wypada powiedzieć "b", więc twardo brnęłam do końca. Co gorsza czytałam także powoli, bo choć, jak pisałam wyżej, książka jest naprawdę ciekawa - z jednej strony obfitująca w fakty, daty, nazwiska i mnóstwo liczb, a z drugiej podane jest to wszystko w taki sposób, że ani nie nuży, ani nie przytłacza - to czytałam powoli, a dokładnie z parodniowymi przerwami z gatunku "muszę to odłożyć, bo mnie zaraz szlag trafi" bądź "muszę iść zweryfikować treść z kimś kto wie dużo, dużo więcej niż ja w temacie, albo przynajmniej wie gdzie szukać".

"O Charlesie Vanie, który pewnego dnia rzuci wyzwanie całemu szwadronowi okrętów wojennych  Jego Wysokości wiemy jeszcze mniej."

Szwadron okrętów wojennych... SZWADRON. Tak, jestem upierdliwa - prawda jest taka, że każdy ma swego berserk buttona. Ja pragnę stosowania właściwej dla języka morskiego nomenklatury; branie pierwszego słowa, które wyświetla się w translatorze po wpisaniu słowa "squadron" nie jest sposobem na dobre tłumaczenie. Oraz: tak, irytuje mnie stosowanie zamiennie słowa statek i okręt. W Polsce mówimy okręt, gdy mamy na myśli jednostkę wojskową, a statek jeśli cywilną. Tymczasem począwszy od czterdziestej drugiej strony, gdzie po raz pierwszy zaatakował mnie ten nieszczęsny szwadron okrętów, non stop pojawiało się coś podobnego. A to okręty handlowe, a to statki wojenne, a to okręt linii, a to serie wystrzeliwane z armat, a to statek ogniowy (i nie chodziło o okręty wystrzeliwujące strugi ognia, jakie były prawdopodobnie używane w starożytności, a o brandery, czyli na ogół zniszczone i przeznaczone do "złomowania" okręty podpalane i posyłane w kierunku wrogiej floty z nadzieją, że ta zajmie się ogniem)...

Tyle o słownictwie morskim, a jednak dopiero, gdy zobaczyłam takiego kwiatka:

"Parafie wypożyczały maluchy żebrakom w charakterze swoistego rekwizytu za cztery pensy dziennie (czyli szesnaście dziesiątych funta); setki dzieci w wieku od pięciu do ośmiu lat sprzedawano w siedmioletnią niewolę za dwadzieścia lub trzydzieści szylingów (odpowiednio funt i półtora funta) od łebka." 

przestałam książce ufać w jakiejkolwiek kwestii. Ja rozumiem, że 16/10 a 1/60 to bardzo, bardzo podobny układ cyferek i każdy może się pomylić. Naprawdę, rozumiem. Ale nie w książce pretendującej do miana naukowej. Bo to jak dla mnie świadczy po prostu o niechlujnym podejściu wydawnictwa do redakcji. Podobnie jak błędy gramatyczne, bo przecież polska deklinacja taka trudna, czyż nie? I owszem, jest szansa, że na taki pojedynczy błąd w odmianie przymknęłabym oko, nie chciałoby mi się o nim pisać, ale w obliczu przewinień tłumacza nie mam skrupułów. Bo widzicie, ja kupiłam tę książkę po to, by wzbogacić swoją wiedzę, a jeśli przestaję książce ufać, to jej wartość spada i to spada bardzo nisko. Z nieufności do tłumacza rodzi się niestety podejrzliwość w stosunku do autora. Najprawdopodobniej niesprawiedliwa, ale instynktowna.

"Pierwsze starcia pochłonęły życie tysięcy ludzi, lecz i tak nie zmieniły rozkładu sił na międzynarodowej arenie. Siedem okrętów angielskich i cztery francuskie walczyły nieprzerwanie przez sześć dni u wybrzeży Kolumbii w sierpniu 1702 roku i żadna ze stron nie poniosła strat." 

Wyobraźnia podpowiada mi, że okręty z powyższego zdania przez te sześć dni strzelały do siebie z dział, taranowały się nawzajem, a marynarze przeskakiwali z pokładu na pokład w szalonych abordażach. Bo zwyczajnie nigdzie wcześniej nie było nic, co mogłoby mi sugerować, że owa nieprzerwana walka to krążenie wokół siebie i próby ustawienia się w pozycji pozwalającej na skuteczne podjęcie ostrzału. Tymczasem właśnie o to chodziło w bitwach morskich, o te tańce przed, o przestawianie pionów niczym w szachach. Same bitwy często kończyły się po pojedynczej kanonadzie. A ponieważ nie podejrzewam, że Colin Woodard o tym nie wie, a z jakiegoś powodu tworząc książkę popularnonaukową (czyli z założenia przeznaczoną jak najbardziej dla laików), nie postarał się o sprecyzowanie, dookreślenie o co mu chodziło, to ja zaczęłam go odbierać w specyficzny sposób. Mianowicie postrzegam go jako kogoś, kto lubi dodawać szczyptę sensacji, podgrzewać atmosferę, by tym bardziej pobudzić wyobraźnię czytelnika, ale też po to, by niejako przekonać go do swoich poglądów. I tak w pierwszej części książki pan Woodard wielokrotnie podkreśla okrucieństwo tamtych czasów: wysoka śmiertelność, głód, nieludzcy kapitanowie, którzy dla zabawy męczyli marynarzy na śmierć, choroby, gnijąca żywność, przymusowy zaciąg, kary fizyczne, standardowe niewypłacanie żołdów. Po kilkudziesięciu stronach i rzucaniu na lewo i prawo tysiącami zabitych, umęczonych ludzi, zaczęłam się zastanawiać jakim cudem na całych Wyspach Brytyjskich pozostali w ogóle jacyś mieszkańcy nie należący do sfer uprzywilejowanych. Zaczęłam się też zastanawiać jak to możliwe, że wszyscy dowodzący czy to okrętami, czy statkami mieli te same klapki na oczach i nie widzieli tego, że jeśli spowodują śmierć swojej załogi, to mają marne szanse, by powrócić do macierzystego portu i że w ogóle im się to ostatnie udawało. Nie neguję istnienia ludzi złych, okrutnych, bezmyślnych. Zawsze tacy byli i zawsze tacy będą. Nie neguję również istnienia "ciężkich czasów". Tyle, że brak równowagi, brak pokazania innej strony, zawsze jest szkodliwy. Tu mam wrażenie, że autor bardzo mocno starał się przekonać czytelnika, iż piraci pojawili się w historii jedynie dlatego, że ktoś kogoś "źle" potraktował. I owszem przyjmuję to jako część motywacji, ale weźmy też pod uwagę fakt, że w historii morskiej zatrudnianie "piratów" przez poszczególne państwa na podstawie listów kaperskich było normą. Korsarze atakowali jednostki przeciwnika, grabili je na własny rachunek, a ich przewagą nad "zwykłymi" piratami było to, że przynajmniej jedno państwo nie groziło im szubienicą. Zresztą od samego początku wśród piratów byli tacy, którzy nie grabili angielskich jednostek, bądź próbowali włączać się w ruch jakobicki, mający na celu przywrócenie na tron Anglii dynastii Stewartów. Na kaperstwie opierała się częściowo również wizja amnestii dla karaibskich pirackich załóg. Bo tak właśnie zlikwidowano tytułową republikę - nie w wojnie, nie siłą, choć oczywiście część piratów została aresztowana i powieszona, ale poprzez ułaskawienie, darowanie win i nieraz zaoferowanie listów kaperskich. A piraci przystępowali do amnestii całkiem ochoczo, bo o ile na początku wszystko było świetnie - wspólne podejmowanie decyzji, sprawiedliwy podział łupów, kapitan wybierany w głosowaniu, to po pewnym czasie okazywało się, że nie zawsze trafia się na bogaty łup i że na pirackim okręcie bywa tak samo głodno, jak na okręcie jego królewskiej mości. 

Gdybym miała teraz spojrzeć na serial, to powiedziałabym, że jeśli w książce o motywacjach jest sporo, a nawet jest to w pewnym momencie dość inwazyjnie tłoczone czytelnikowi do głowy, to na ekranie głębszych motywacji bohaterów nie zobaczymy. Owszem gdzieś bokiem coś się wysącza - Flint ewidentnie ma jakiś powód. Jest jakaś pani Barlow aka Hamilton (nazwisko jak najbardziej historyczne, choć historia w serialu mocno zmieniona). Tyle, że naprawdę trzeba mocno się starać, by to dostrzec poprzez rozliczne sceny erotyczne - mniej więcej w dziewięćdziesięciu procentach jak dla mnie zbędne - dzięki którym serial zyskał sobie miano Pornopiratów. Zresztą sceny erotyczne pomiędzy bohaterami w różnych konfiguracjach, a także super interesujące i niezbędne dialogi portowych dziwek z burdelmamą (obfitujące jak każdy dialog w tym serialu w słowo "fuck" i jego pochodne) zajęły również czas antenowy zwykle wykorzystywany przez twórców do przedstawienia charakterów postaci. Jak rozumiem jest to naturalizm równy Woodardowemu, gdy pisał o pokładach spływających krwią i ludziach zaplątanych we flaki towarzyszy. W serialu nie starczyło miejsca na zbyt wiele działań morskich, więc naturalizm przeniósł się do Nassau. Tylko po co? Czy nie byłoby lepiej, gdyby zamiast marnowania czasu na takie rzeczy, skupić się na tym, żeby decyzje bohaterów nie wyglądały na podejmowane w jakimś amoku, bez głębszych przemyśleń, a pod wpływem jednej typowej gadki motywacyjnej? Nieważne, czy pan Guthrie przekonuje niewolnika/przyjaciela swej córki, czy John Silver przekonuje Eleanor Guthrie, czy Eleanor przekonuje Flinta, czy Flint przekonuje... kogokolwiek by nie przekonywał. To wszystko zdaje się być tak schematyczne, że aż boli. Jakby naprawdę nie starczyło czasu na dopracowanie fabuły, bo ważniejsze było dopracowanie choreografii gołych tyłków i biustów. Postaci historyczne, czyli właściwie jedyny powód jak dla mnie, dla którego podjęłam oglądanie serialu, również są traktowane po łebkach. Co do niektórych trudno się nawet zorientować, że to one (mówię konkretnie o Averym wyglądającym niczym Dwalin). I ja wiem, że to nie film historyczny, a po przeczytaniu "Republiki Piratów" wiem też, że wyglądające na zupełnie bezsensowne i bezjajeczne snucie się Charlesa Vane'a po Nassau - z miną która zapewne ma być niezwykle męska, a jest jedynie irytująca - przez większość sezonu jak najbardziej koresponduje z tym jak został przedstawiony w książce. Wiem to, ale i tak mam wrażenie, że autorzy serialu coś zrobili bardzo źle z naprawdę świetnym materiałem. Błędy z gatunku powiewających pod wiatr chorągiewek na masztach pominę taktownym milczeniem.

Mimo jednak wielu negatywnych odczuć chyba obejrzę kiedyś drugi sezon. Jak już będzie w całości dostępny i dobrze ogarnięty językowo (przepraszam, muszę - oglądałam wersję w której Man-of-War został przetłumaczony na ludzi wojny... w tym miejscu wznoszę oczy do nieba...). A obejrzę go, żeby zobaczyć Silvera tracącego nogę, wieszaną Eleanor Guthrie (dawno nie widziałam tak irytująco napisanej postaci i raczej nie ma szans bym ją polubiła, a tak naprawdę także na to, by coś się jej stało...) i dla Flinta. Bo Flint jako jedyny jest przekonujący, jest wyrazisty i tak bardzo niejednoznaczny, a Toby Stephens naprawdę świetnie wciela się w swoją postać. No i jeszcze może dlatego, by zobaczyć, czy wątek Anne Bonny i Jacka Rackama zakończy się tak jak faktycznie w realnym świecie się zakończył, bo bardzo mi się to zakończenie, podane przez pana Woodarda, podobało. Wiele faktów, które poznałam dzięki jego książce zrobiło na mnie wrażenie i stanowi już, i stanowić będzie w przyszłości, źródło inspiracji. Jestem mu naprawdę wdzięczna, że stworzył takie opracowanie, pozbierał rozsiane w różnych miejscach informacje i zebrał je do kupy. Wiem, że do książki zajrzę jeszcze nie raz, a kto wie, czy nie sprawię sobie oryginału - teraz, gdy już się przekonałam, że sobie radzę z obcym językiem, zyskałam odwagę do sięgania ku źródłom. Mam zastrzeżenia, owszem, ale wynikają one po prostu z porównywania różnych źródeł i z tego, że tak samo jak autor pisząc, wybiera sprawy, na które kładzie większy nacisk, tak i ja czytając, kupuję jedne fakty łatwiej, a inne trudno mi przełknąć. Oczywiście zastrzeżenia co do tłumaczenia są zupełnie z innej beczki - tu podtrzymuję, że moim zdaniem pan Bartosz Czartoryski nim zajmie się kolejną pozycją z dziedziny morza, powinien się mocno douczyć.

I tak doszliśmy do podsumowania. Z pewnością książkę oceniam znacznie wyżej niż serial. Nawet jeśli zdawać się może, że to są dwa różne media, a nawet z założenia dwa różne cele przyświecały ich powołaniu do istnienia - jednak ośmielę się przypomnieć, że ja  po jedno i po drugie sięgnęłam, by dowiedzieć się czegoś o prawdziwych piratach. Serialowi nie sposób odmówić niezłej charakteryzacji, nieco bardziej realnej niż w produkcjach typu "Piraci z Karaibów", choć o tym, co brak witamin robi z ludzkimi zębami najwyraźniej twórcy zapomnieli (bardzo dobrze komentuje to Fraa, która zresztą w ogóle dobrze komentuje). Gorzej wypadają widoczki z okrętami na morzu. Sztuczna sztuczność i gry komputerowe. Z mojego punktu widzenia - smuteczek. W ogóle natomiast nie widać różnorodności pirackich działań, ich codzienności - tego, że tak naprawdę w większości pływali na małych jednomasztowych jednostkach z trójkątnymi żaglami, że rejowe fregaty to było naprawdę coś. Choć przyznaję, że próba zaatakowania hiszpańskiego okrętu liniowego bardzo udanie pokazała, jakie szanse miały pirackie stateczki w starciu z marynarką. Siłą książki, poza oczywiście szczegółowymi opisami tej właśnie codzienności, jest także to, że nikogo nie pomija, każde z wielkich pirackich nazwisk pojawia się na jej kartach. Serial pominął całkowicie Sama Bellamy'ego i co gorsza Edwarda Teacha, zwanego Czarnobrodym. Czemu? Nie pasowali do pomysłu na fabułę? (jak Czarnobrody może nie pasować do czegokolwiek?!) A może sieć NBC w jakiś sposób zdobyła wyłączność na tę postać - będącą wszak głównym bohaterem "Crossbones"? A może pojawi się w drugim sezonie...? Nie mam pojęcia, tak sobie po prostu snuję rozważania. 

Przyznam, że podchodziłam do tej notatki długo. Gdybym ją napisała na początku lutego, gdy skończyłam czytać i obejrzałam ostatni odcinek serialu, byłaby znacznie bardziej naładowana negatywnymi emocjami. Jednak dałam i sobie, i im czas. Ochłonęłam, poczekałam, by sprawdzić co we mnie zostanie po paru tygodniach. Dziś stwierdzam, iż z czystym sumieniem polecam książkę Colina Woodarda, naprawdę warto ją przeczytać i nad nią pomyśleć. Z kolei bez obejrzenia serialu zdecydowanie da się żyć, ale też nie jest całkowicie pozbawiony rzeczy wzbudzających zainteresowanie.

PS. Czarnobrody Kapitan - Mietek Folk ^_^

3 komentarze:

  1. Zerknąłem tylko w serial i jak zobaczyłem kto tam gra Charlesa Vane'a, to wysiadłem. Zwłaszcza jak mi Fraa powiedziała, że to ma być taka męska postać. Nie ten aktor, nie po tym: https://www.youtube.com/watch?v=xU1CHc4Ilmk

    OdpowiedzUsuń
  2. <3 <3 <3
    Uwielbiam tę notkę <3
    Co się przy niej spłakałam, to moje. Co porobiłam fejspalmy, to też moje. xD Bartoszu Czartoryski - you're doing it wrong. ::)
    W ogóle nie mogę oprzeć się wrażeniu, że takiej obszernej i wnikliwej rozkminy to szkoda na bloga - wiesz, to powinno dotrzeć choćby do tego nieszczęsnego wydawnictwa. o.O Niechby wiedzieli, że nie zlewa się czytelników. :/

    c[_______________]!!!

    A nad brakiem Czarnobrodego w BS też ubolewam. Serio, na początku myślałam, że Avery to będzie on - ot, jakoś nie zwróciłam uwagi na tę wzmiankę, która się wcześniej pojawiała, a która wskazywała, że to Avery. Tak bardzo bym chciała dobrze zrobionego Teacha. Tego z szanty uwielbiam ;D Śliniłam się jak gupol, kiedy wchodzili czwarci "Piraci z Karaibów", ale koniec końców okazało się, że - choć potencjał był duży - kompletnie schrzanili wątek Czarnobrodego. Ech, ech. :C No a Malkovich, mimo całej mojej sympatii do aktora, po prostu mi nie gra jako ta postać.

    To co? Maraton "Wysp Skarbów" rozmaitych, hmm hmmm? ;>

    OdpowiedzUsuń
  3. UUUUUUUUUUUUUUUUUUUUULV!!! http://nooooooooooooooo.com/

    Fraa! Dziękuję. I zawsze chętna na maraton! :3

    OdpowiedzUsuń