Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 29 marca 2015

Meljean Brooks – "Żelazny Książę"


Autor: Meljean Brook

Tytuł oryginału: The Iron Duke

Rok pierwszego wydania: 2010

Wydawnictwo Dwójka bez Sternika, Kraków 2012

Liczba stron: 439

Tłumaczenie: Kinga Kwaterska



Przeczytane: 15 marca

Ocena: widzę plusy i minusy, a historia zwyczajnie wciąga



„Niektórzy mężczyźni w goglach wyglądali śmiesznie. Niektórzy oszałamiająco. Ze złotymi kolczykami w uszach i jednodniowym zarostem pokrywającym ostro zarysowaną szczękę, Żelazny Książę wyglądał po prostu zawadiacko.”



Na samym początku muszę napisać, iż doskonalę zdaję sobie sprawę, iż od przeczytania książki do dnia dzisiejszego minęły dwa tygodnie. Uważam, że to karygodnie dużo jeśli chodzi o przerwę między lekturą a notką. W międzyczasie zdążyłam już zmęczyć kolejną pozycję z listy wyzwaniowej i teraz mam tyły T_T



Dlaczego to tyle trwało? Po pierwsze: www.trekkies-log.blogspot.com. Taki tam drobny, odzierający mnie z nadmiaru wolnego czasu projekt realizowany wspólnie z Frąą i mam nadzieję Ulvem. Macham do Ciebie, Fraa! Patrzę na Ciebie, Ulv! Po drugie: każdorazowo, gdy zasiadałam do spisywania wrażeń, coś mi przeszkadzało. Najczęściej sumienie, które informowało mnie o sprawach, którym powinnam nadać wyższy status. Na przykład o redakcji opowiadania ze świata Abraxis. Coś niecoś o Abraxis tutaj: https://www.facebook.com/events/645917738886770/. Po trzecie: najzwyczajniej na świecie nie wiedziałam od czego zacząć.



W końcu postanowiłam zastosować najprostszą metodę uruchamiającą zwykle moje zwoje, czyli poczytać opinie innych czytelników. W tym celu przetoczyłam się przez portal Lubimy Czytać. Zadziałało. Wiem już od czego chcę wyjść, prezentując swoje wrażenia.



To, co się powtarza w opiniach – zarówno tych z LC, jak i tych, które przekazano mi osobiście, to stwierdzenie, że wszystko w porządku – ciekawa fabuła, dobry pomysł na świat, ale autorka niepotrzebnie tak mocno poszła w wątek romansowy, a najlepiej gdyby go w ogóle nie było. Wątek romansowy, dodam, jest w tej książce naszpikowany erotyzmem, a sceny seksu między głównymi bohaterami zajmują całkiem poważną część objętości całej powieści.  Kass – która zresztą pożyczyła mi tę książkę – określiła „Żelaznego Księcia” mianem zmarnowanego potencjału. Rozumiem i akceptuję to podejście, mam natomiast jedno zastrzeżenie. Otóż, wiedziona ni to instynktem, ni to zwykłą ciekawością, zerknęłam sobie na internetową stronę autorki, aby zapoznać się z jej dorobkiem. Pani Meljean Brook jest autorką  specjalizującą się w erotycznej literaturze dla pań. Poza serią „Opowieści z Żelaznych Mórz”, wydała chociażby kilka tomów paranormal romance „The Guardian”, a ich amerykańskie okładki mówią same za siebie.  Uzbrojona w tę wiedzę nie określiłabym „Żelaznego Księcia” zmarnowanym potencjałem. Dla mnie ze zmarnowanym potencjałem mamy do czynienia wtedy, gdy widać, że autor do czegoś dążył, coś próbował czytelnikowi sprzedać, lecz to nie wyszło. „Żelazny Książę” to z założenia romans. Na dodatek romans erotyczny. Cała reszta – wątek kryminalny, przygodowy, społeczny, pomysł na alternatywną wizję historii – to w tym przypadku dodatki. I muszę powiedzieć – bardzo zajmujące, ciekawe, przemyślane i nieźle napisane dodatki. 



„– Zakłada pani pancerz na każdą kolację, lady Wilhelmino?

[…]Oczywiście, że mam na sobie pancerz. Siedzę przy stole z piratem, najemniczką, łowcą przygód i rejterem. Jeśli nie padnie ani jeden strzał, to stwierdzam, że wasza reputacja jest oparta na samych kłamstwach.”



Innymi słowy – to nie przygodowe fantasy w steampunkowym świecie z wątkiem romantycznym. To erotyka z wątkami przygodowymi w bardzo nietypowym wydaniu. Co ważne, tło jest dobrze zriserczowane i mimo kilku miejsc, które wzbudzają wątpliwości trzyma się kupy. To wyróżnia „Żelaznego Księcia” na tle innych pozycji spod tego znaku, które zwykle są pełne bzduryzmów i nijak się mają do elementarnej wiedzy o świecie branym za tło. Za przykład niech posłuży Johanna Lindsey i jej wizja Wikingów w „Długiej płomiennej zimie” #niech zapomnę, że kiedykolwiek miałam to w rękach#  W tym miejscu dodam jeszcze, że opis na tylnej okładce nie oszukuje, jak to często bywa, a uczciwie opisuje wszystko, co znajdziemy wewnątrz. To, że czytelnik szukający pozycji steampunowych ujrzy słowo „steampunkowy” wyraźniej, jakby było napisane tłustym drukiem i pominie wszystkie odnośniki do romansu, jest po prostu kwestią nastawienia i potrzeb.



„Niezmiennie żałował też, że, do diabła, wcześniej się nie zorientował, dlaczego rudowłosy olbrzym zawsze jej towarzyszy. Rhys już nigdy nie zostawi jej bez opieki – a niedługo będzie chroniło ją coś więcej niż tylko siła posterunkowego. Kiedy uczyni powszechnie wiadomym, że Wilhelmina Wentworth jest jego kobietą, powiązanie z nim obroni ją lepiej niż piętnastu posterunkowych. Nikt nie odważy się jej tknąć.

Nikt poza nim.”



Skoro już określiłam gatunek omawianej pozycji, przejdę do plusów i minusów.  Pierwszym dużym plusem jest osadzenie akcji w naprawdę interesującej i spójnej alternatywie historycznej. Spójnej przynajmniej na tym poziomie na jakim poznajemy ją w „Żelaznym Księciu”. Być może, gdyby zagłębić się mocniej coś by się rozlazło, a czytelnicy, którzy są wrażliwi na logikę rozwoju mogą mieć wątpliwości, czy społeczeństwo sprzed wynalazku elektroniki, jest w stanie stworzyć nanity wypełniające żyły podbitych przez Ordę Brytyjczyków, lecz mnie to nie przeszkadza. Traktuję takie rzeczy jak element magiczny i podobny stosunek mam do niewyjaśnionego w powieści posiadania przez Rhysa kości z żelaza.  Miał to miał, dzięki temu był odpowiednio cięższy, nie mógł pływać, a sygnał radiowy z Wieży Ordy sterujący mieszkańcami Wysp Brytyjskich był dla niego niegroźny. O samej Ordzie też się za wiele nie dowiemy. Po prostu akcja powieści zaczyna się już po tym, jak Wielka Brytania została od niej uwolniona. Najeźdźcy odeszli, zostawiając po sobie bałagan i podzielone, wciąż przerażone społeczeństwo. Dzięki temu w jaki sposób kontrolowali mieszkańców, robiąc z nich rzeczy, maszyny, wykonujące nadawane przez radio rozkazy, wyciszając emocje i niszcząc osobowość, autorka mogła przedstawić ciekawą wizję układów społecznych, problemów dzieci nieznających rodziców, konflikt na linii wyzwoleni – rejterzy, osobisty problem Miny z jej mongolskimi rysami, świadczącymi jasno, że jej rodzina stała się ofiarą Ordy, a jednocześnie wywołującymi w innych nienawiść do jej osoby, skoro nie było już wroga, który na nienawiść zasłużył. Osobisty problem Miny jest także osią stosunków erotycznych między panią inspektor, a Żelaznym Księciem i wydał mi się całkiem sensownym wyjaśnieniem jej niechęci i lęku.



„Ostre szpice, którymi było zwieńczone ogrodzenie, powstrzymywały mieszkańców okolicznych slumsów przed próbami sforsowania go,  a do domu Trahaearna nikt nie był zapraszany. Przynajmniej nikt z kręgu, w którym obracała się Mina lub jej matka.

Nigdy nie była pewna, czy jej krąg jest zbyt wysoko, czy zbyt nisko postawiony.”



Kolejny plus to widoczny risercz. Po prostu go czuć, choć nie jest nachalnie prezentowany. Owszem, jako fanatyk spraw morskich (żałośnie amatorski, ale głośny) zauważyłam iż slup Żelaznego Księcia został przez niego opisany jako statek z trójkątnym ożaglowaniem, a potem nazwany fregatą; ponadto miał być niewiarygodnie szybki, a jednak posiadał stalowe płyty chroniące kadłub. Troszku fantastycznie fantastyczne, bo jednak problem wyboru między poziomem pancerności, a szybkością spędzał sen z powiek wielu budowniczym i dowódcom.  Jednak powiem szczerze – to są drobiazgi, które ja wychwytuję, bo to mój konik.



Podobało mi się też w jaki sposób autorka wykorzystuje drobne sceny do budowania obrazu bohaterów i lepszego przedstawienia świata. Nie spieszyła się i dała czytelnikom scenę z opuszczonego domu i targowiska w Chatham. Takie rzeczy są fajne, bo dzięki nim fabuła jest płynna i pełna. Tu podpięłabym także wątki społeczne – walka o umożliwienie kobietom powrotu do tradycyjnej wizji rodziny (ciekawie umotywowane odwrócenie emancypacji), podejście Brytyjek do dziewictwa napiętnowane przez purytańskich rejterów wracających z kolonii w Ameryce dokąd uciekli przed Ordą, działalność ojca Miny.  W sumie wydaje mi się, iż właśnie to, że autorka zadbała, by powieść była pełna, a poza wątkiem zdobywania Miny przez Rhysa, występują w niej inne równie ważne wątki, powoduje, że czytelnik jest się w stanie naprawdę wkręcić w sferę przygodową. W tym momencie konieczne ze względu na wybrany gatunek sceny erotyczne faktycznie wydają się nie na miejscu i rozwlekają akcję. Nie mogłam się oprzeć myśli, iż dziewczyna, która rusza na ratunek bratu, stawiając na ostrzu noża honor rodziny i własną karierę (a z tą wiąże się także problem utrzymania się w zubożałym, wycieńczonym społeczeństwie) skupia się na Żelaznym Księciu i jego walorach jako kochanka, miast na wspomnianym bracie. Brakowało tu podkreślenia, że w czasie podróży sterowcem tak naprawdę nie mieli jak przyspieszyć spraw, a zabawy łóżkowe przynajmniej odwracały uwagę i nie pozwalały snuć czarnych myśli.



„Teraz już widział, dlaczego nie ma nic, co mogłoby ją zainteresować. Była otoczona ludźmi, którzy oddaliby życie, żeby ją chronić, a ona oddałaby swoje za nich. Chciał być jednym z nich. Ale musiał zabrać ją z dala od innych, żeby móc jej pokazać, że może być jednym z nich.”



Do samych kwestii scen erotycznych mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony miałam wrażenie, że ocierają się o pornografię, choć trudno mówić o pornografii w literaturze. Z drugiej nie występowały tam idiotyczne i wzbudzające jedynie śmiech bądź politowanie barwne porównania. Żadnych muszelek, twardych drągów, ani schodzenia „tam”. Uświadomiłam sobie przy okazji, że być może właśnie ten poprawny przecież – nie wiedzieć do końca czemu zwany medycznym – język powoduje, że w mojej głowie zapala się ostrzegawcza lampka z napisem „porno”. Jakby nie było – jestem zwolennikiem tej formy i chwała autorce za jej wybór. Co wywoływało natomiast mój wewnętrzny protest to dialogi prowadzone w trakcie i myśli Rhysa. Jakoś mi sformułowanie „zerżnąć ostro” i wiele innych nie pasowało do mojej wizji dziewiętnastego wieku. Podkreślam: do mojej wizji.



Kolejną sprawą, której nie jestem w stanie jednoznacznie uznać ani za plus, ani za minus są bohaterowie. Po kolei: dwójka głównych jest mi dość obojętna. To znaczy są wiarygodni, podoba mi się jak istotna dla Rhysa jest w ich wannabe związku wzajemność i to, jak nie docierają do niego pewne fakty, jak nie dostrzega problemu Miny, sam postrzegając ludzi nie przez pryzmat ich zewnętrza, czy pochodzenia, ale tego jacy są. Mina jest bardzo zdecydowana i rozsądna, nie roztrząsa swej sytuacji i nie zatrzymuje się nad nią zbyt długo. Jest jak jest, trzeba to przyjąć i żyć tak, by żyć dobrze/uczciwie, by być porządnym człowiekiem. To są dla niej sprawy oczywiste. Czemu zatem są mi obojętni? Może dlatego, że konwencja gatunku nie pozwoli im zrobić krzywdy? Może dlatego, że przeszłość Rhysa i jego motywacje wydały mi się przegięte? Podobnie jak zachowanie Yasmeen i Scarsdale’a na sterowcu. Po prawdzie sens tej sceny pozostaje dla mnie niejasny. Miała zażenować Minę? Pokazać jej jak bardzo jej ufają? Albo, że każdy potrzebuje bliskości i dotyku?  Nie wiem i nie kupuję. Skądinąd bohaterowie drugoplanowi w tym właśnie Scarsdale (ale to nawigator, który nawet z zasłoniętymi oczami potrafi wskazać właściwy kierunek, więc trochę jakby grał na kodach w kwestii wzbudzania sympatii Siem *dalszy ciąg pisany z torbą wstydu na głowie*) i posterunkowy Newberry bardzo, bardzo mi się podobali. Podobnie jak ojciec Miny i jej szefowa superintendent Hale. Po prostu byli w porządku i byli wyraźnie zaznaczeni.



„– Zainfekowani nie są Anglikami. Są czymś, co stworzyła Orda. Są kontrolowalni. Są uśpioną chorobą, czekają aż coś innego przejmie nad nimi kontrolę. Anglia nie może sobie pozwolić na ryzyko trzymania tego typu tworów na ojczystej ziemi.”



Na wielki minus natomiast zasłużyło sobie u mnie zakończenie. Dlaczego? Bo widać w nim pośpiech. I to nie tak, że autorka skupiła się na jednym wątku, inne traktując po macoszemu. Nie, wszystkie wątki: ratunek brata, ratunek Anglii, odkrycie spisku, decyzje polityczne, decyzje osobiste rozplatają się na kilkunastu ostatnich stronach, jakby za pociągnięciem elfiej liny. Budowane przez kilkaset stron zainteresowanie, pryska nagle i zostawia czytelnika z niedosytem i poczuciem, iż oto kolejna książka z motywem Deus ex machina, rozwiązującym wszelkie problemy. Z drugiej strony… Gdy pomyślę kto i jak przyczynia się do rozwiązania konfliktu… Może autorka doskonale wiedziała co robi? I jak to będzie wyglądać? Lubię wyłapywać i – być może – nadinterpretować takie rzeczy. Może gonił ją czas, wydawca dyszał w kark? Może i ona czuła niedosyt? Tę teorię popiera fakt, iż pośród innych powieści na stronie autorki znajdujemy „epilog” do „Żelaznego Księcia” obejmujący 30k słów. Trochę nieładnie wydawać epilog osobno :C



Podsumowując: moim zdaniem to gratka dla wielbicieli erotycznych romansów, może nawet malutka perełka wśród tego typu literatury. I wcale nie najgorsza literatura dla wielbicieli fantastyki i steampunku.  Ot po prostu harlequin desire na sterowcu ;) Dla mnie kolejny dowód na to, że umieszczanie bohaterów w fantastycznym sosie daje możliwość postawienia ich w nietypowych a wiarygodnych sytuacjach. Czytelnik dostaje szansę na obserwowanie reakcji, będących odpowiedzią na traumy, które w świecie „prawdziwym” nie mogłyby mieć miejsca, bo trudno by je było umotywować. W świecie „wymyślonym” akceptujemy więcej.





PS. Następna powieść w kolejce to „Historyk” Elisabeth Kostovej.


3 komentarze:

  1. Z jednej strony kusisz mnie tym rozbudowanym światem (i to bardzo, bo ja takie rzeczy lubię), aby po to sięgnąć, z drugiej jakoś obawiam się, że przez główny wątek nie przebrnę... może kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a! i jeszcze:
      Aj tam tyły masz, tsyt, to sie mówi, że dobrze przetrawiłaś lekturę :)

      Usuń
  2. Jeśli wiesz, że nie lubisz - to nie warto się męczyć. To może być dobra lektura dla tych, którym to nie przeszkadza. Bo ominąć się nie da - to naprawdę jest główny wątek.
    Dobrze przetrawiłam. Zapamiętam to wyjaśnienie celem uciszania wyrzutów sumienia.

    OdpowiedzUsuń