Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 5 marca 2015

Rafał Kosik – "Mars"

Autor: Rafał Kosik
Rok pierwszego wydania: 2003
Wydawnictwo: Powergraph, Warszawa 2009
Ilość stron:  436

Przeczytane: 22 lutego.
Ocena: niska, bo nie weszłam w interakcję z opowieścią na żadnym poziomie, a widzę potencjał


"Katastrofa lotnicza... Dziś żyjesz, jutro jesteś już tylko sensacyjną informacją, którą twój lokaj taktownie przemilcza."


Kolonizacja Marsa to taki temat, który zawsze wydawał mi się na wyciągnięcie ręki. Mam na myśli to, że przeprowadzka części ludzkości na sąsiednią planetę wydaje mi się jak najbardziej realna. Dojdziemy do tego. Za sto lat, albo za pięćset, ale to się stanie. Niejeden autor S-F sięgał po motyw zaludniania sąsiedniej planety i niejedną taką książkę przeczytałam ja. 

Gdybym miała powiedzieć co najbardziej utkwiło mi w pamięci po lekturze pozycji dotyczących Marsa i co jak dla mnie wrzuca je do jednego worka lektur, które szanuję, lecz nie obdarzam ich większą sympatią to zdecydowanie musiałabym wspomnieć o tym, że terraformowanie to proces długotrwały. Co za tym idzie nie ma się co przywiązywać do bohaterów. Druga sprawa to polityka. Nie ma opcji, żeby przedsięwzięcie o tym rozmachu nie nurzało się w brudach walki o władzę i przekonywaniu świata, że jedna racja jest bardziej. Polityka to dla mnie temat trudny. Po pierwsze wyzwaniem jest pokazać ją tak, by nie nużyła tych czytelników, którzy nie należą do grupy fanów political fiction. Po drugie ja strasznie źle reaguję na ludzi, którzy uważają, że mają prawo decydować za innych ludzi i ustalać co jest dla nich najlepsze i co przyniesie im szczęście. I ja wiem, że na tym właśnie polega władza i że władzę w ręce pojedynczych ludzi często składają wyborcy, bo przecież rzadko kiedy mamy do czynienia z rządami totalitarnymi. Mimo tej wiedzy reaguję tarczą obronną niechęci. 

" Ludzie potrzebują wroga, a przynajmniej konkurenta, na którym mogliby ogniskować negatywne uczucia. Do tej pory wrogiem była planeta, ale to już nie wystarcza. Władcy potrzebują władzy. Dwa państwa to dwa rządy, więcej stanowisk dla polityków."

Czemu zatem ja czytelnik nastawiony na bohaterów i nie przepadający za polityką w ogóle sięgam bo S-F tego rodzaju? Bo fascynuje mnie samo jądro tematu. Sposoby na walkę z oporną planetą. Habitaty. Opisy obcej przyrody. Powolne zmiany. Różnice między nowo przybyłymi kolonistami, a tymi, którzy są potomkami wcześniejszych kolonistów. Procesy budowy tła historycznego i legend. Bohaterem takich książek staje się dla mnie Mars, czy jakakolwiek inna kolonizowana planeta. Dlatego też po doświadczeniach z Trylogią Marsjańską Kima Stanleya Robinsona i cyklem "Droga przez Układ Słoneczny" Bena Bovy, łatwo dałam się namówić bratu na polskiego autora porywającego się z terraformowaniem na Marsa.

"Przeczekał jej złośliwości obserwując panoramę Nowego Londynu. Teraz z białej mgły, która tak naprawdę nie była mgłą, wystawały tylko szczyty budynków. Bliżej biurowców, próbujących zachować styl wysmakowanej architektury, dalej czarnych kloców mieszkaniowców, które nie udawały zupełnie niczego."

Pierwsze wrażenie tuż po rozpoczęciu czytania było takie, że autor podszedł do problemu w sposób klasyczny. Oto prezentuje nam w krótkiej scence początki budowy pierwszych wież elektrolitycznych, które mają za zadanie zmienić klimat Marsa. Są kombinezony, hełmy, habitaty. I pojawia się coś dziwnego, tajemniczego coś, co przewijać się będzie przez karty powieści do końca, coś co zbuduje historię i legendę. 

Drugie wrażenie było takie, że to klasyczne podejście może się mścić. Po krótkiej części wstępnej, otrzymałam dwie opowieści odsunięte od wstępu o kilkaset lat i rozdzielone jedna od drugiej przestrzenią lat trzydziestu. Pierwsza z nich była tak klasyczna, obsadzeni w niej bohaterowie tak bardzo trzymali się swoich klasycznych ról, że od pierwszego ich pojawienia się wiedziałam kto jest do odstrzału, a kto może się wykaraskać. Ani Allen, ani Doris, ani senator nawet przez moment nie wyszli ze schematu, który został czytelnikowi zasugerowany na początku. Opisani po łebkach mieli uruchomić proces trudnych zmian i zostać zlikwidowani. Byli pionkami potrzebnymi do przedstawienia rzeczywistości w jakiej rozgrywa się druga część, część niosąca za sobą wyjaśnienie tajemnicy ukazanej we wstępie. Cóż, w sumie dzięki temu, że bohaterowie byli nijacy, przynajmniej nie obeszła mnie ich śmierć. Jednocześnie byłam nieco zła. Jako czytelnik czułam ogromny niedosyt, bo miałam wrażenie streszczania długotrwałych procesów w krótkim, pojedynczym zdaniu. Jakbym czytała reportaż, opracowanie naukowe, nie powieść. Ta pierwsza z dwóch dużych części sprawiała wrażenie jakby chciała zrobić dwie rzeczy na raz przygotować czytelnika na część drugą, być dla niej wstępem, a jednocześnie zmieścić w sobie wszystkie pomysły autora na terraformowanie, wszystkie konsekwencje, sporo filozofii egzystencjalnej (sprowadzającej się do odwiecznego pytania: "po co jestem?") i nieco symbolizmu. Efekt jak na wstęp przydługie i nudnawe; jak na powieść o kolonizacji zbyt ściśnięte i w formie przypominające raczej notatki do rozbudowania w spójną, płynąca opowieść.

"Oto ostateczny i jedyny prawdziwy cel istnienia: reprodukcja genów. Półnieśmiertelność."

Druga duża część na tle pierwszej sprawiała wrażenie opowieści właściwej. Główny bohater w czasie gdy rozgrywała się pierwsza był kilkuletnim chłopcem i chciał zostać archeologiem, nie bacząc na to, że Mars nie jest miejscem, gdzie będzie w stanie rozwijać swoją pasję. Fakt, iż w życiu dorosłym niczym nieszkodliwy wariat z niej nie zrezygnował dla mnie stanowi pokłosie wydarzeń części pierwszej. Marzenie o byciu archeologiem to właściwie jedyna rzecz jaka mu została w spadku po rodzinie i "normalnym" życiu. 

"Stali jeszcze chwilę. Ich spojrzenia spotkały się w ten specjalny sposób. Teraz Jared był już pewien ten wieczór zakończą w łóżku." 

Bohaterowie części drugiej też nie zrobili na mnie większego wrażenia, choć byli ciekawsi od bohaterów z części pierwszej. Zaciekawiło mnie natomiast i zmusiło do dłuższego zastanowienia wyjaśnienie sensu kolonizacji Marsa, będącej z założenia nieudaną, niedokończoną. Terraformowanie nigdy nie miało dotrzeć do fazy umożliwiającej swobodne przetrwanie, marsjańskie lasy nie miały się pojawić na bezlitosnej pustyni. Uderzył mnie chłodny i bezlitosny geocentryzm, ale także rozmach przedsięwzięcia mającego na celu jedynie odciążenie Ziemi, ale odciążenie ostateczne, choć niejawne. W sumie zastanawiam się jak wysoko na skali zagrożeń musiałoby być przeludnienie, by zainwestowano tyle pieniędzy, ale przede wszystkim jednak energii i zwykłego zachodu. By to, co zrobiono na kartach powieści, zwyczajnie zostało uznane za opłacalne.

"Terraformowanie to nie zabawa. Pierwszy deszcz oznacza co najmniej kilka tysięcy ofiar śmiertelnych w samym Nowym Londynie. Pierwszy deszcz to porażenia prądem z nieizolowanych urządzeń, zawalenia podmytych budynków, zalanie tuneli metra, paraliż sieci energetycznej i teleinformatycznej, początek korozji stalowych konstrukcji."
 
Co mnie jednak męczy znacznie bardziej to pojawiający się aspekt bardzo odległej przeszłości. Nie kupuję go. Zwyczajnie nie uwierzyłam. Może dlatego, że wszystkie wyjaśnienia pojawiają się w dialogu między archeologiem, a politykiem? Jak wyciągnięte z kapelusza. Jak dla mnie po prostu nie prowadziły do nich żadne przesłanki. I o ile jestem w stanie uwierzyć w powody polityczne/ekonomiczne/ekologiczne kolonizacji Marsa, o tyle zwyczajnie krzywię się na rozwiązanie tajemnicy sygnalizowanej już w krótkiej części pierwszej.

"Ludzie byli potrzebni na Marsie. Tańsi od automatów, reprodukowali się sami i można ich było przekwalifikować w ciągu kilku sekund."

Pisząc o "Marsie", nie można pominąć faktu, iż sporą część objętości i chyba też przesłania książki zajmuje wizja ludzi przyszłości żyjących w urojonym świecie generowanym przez obligatoryjne wszczepy. Prawie nikt nie próbuje żyć w realu. Wirtual jest pod każdym względem lepszy. Do tego stopnia, że właściwie można się zastanawiać, która wersja świata jest prawdziwsza, a jeśli się weźmie pod uwagę, jak naprawdę wygląda życie na niezbyt gościnnej planecie, to właściwie trudno się komukolwiek dziwić, że woli karmić zmysły kłamstwami. Gorzej, że potrzeby ludzi sprowadzają się do ładnego mieszkania i "fajnego" seksu.

 "Po pracy szara klita mogła się stać ekskluzywnym apartamentem. Każdego dnia innym. Brzydka żona dostarczała uciech jak rasowa dziwka."

Nie ma mowy o muzyce, o literaturze, o teatrze. Ba! Nie ma mowy nawet o dziesiątej muzie. Nic, ale to zupełnie nic, co karmiłoby umysł. Czy naprawdę będzie z nami ludźmi tak źle? Bardzo możliwe, owszem. Niejeden pisarz podejmował ten temat, niektórzy wiele dekad temu. W sumie nic odkrywczego, raczej znów pewna klasyka. Skoro przyszłość, to wirtualizacja życia, gubienie granicy między prawdą, a ułudą dzięki doskonałym tłoczonym wprost do umysłu wizjom, nowe choroby i nowe sposoby leczenia. Firewalle i guardy zakładane wprost na umysł. Kilkukrotne zapętlenia, niezdolność do zaufania własnym zmysłom. Kompletny brak twardego oparcia. Nie można zrzucić okularów, świat wirtualny staje się trwałą nakładką na rzeczywistość. Przyznam, że dość mnie zmęczyło zastanawianie się co jest prawdą a co fałszem. W sumie podobnie jak bohaterów.

"Pozostałe pół kilometra przeszli piechotą. Allen pchał przed sobą rower z kanistrami. Woda szybko wsiąkała w wyschniętą na pieprz ziemię."
 
Jednak mnie zmęczyło jeszcze coś innego krótkie konkretne zdania. Wydaje mi się, że to one powodowały, iż zamiast chłonąć powieść, czytałam reportaż. Niby wszystko było poprawnie, niby nie miałam problemów ze zrozumieniem treści, więc sama siebie pytam o co ci chodzi, kobieto? I po zastanowieniu mogę stwierdzić, iż moim problemem jest to, że styl pana Kosika w tej powieści (jedynej jak do tej pory, którą przeczytałam) postrzegam jako suchy. Taki, który nie pozwala mi się wciągnąć. Wejść w interakcję. Poczuć coś podczas czytania. Przyznaję, że to mój problem. Z pewnością są czytelnicy, którym to nie tylko nie będzie przeszkadzać, ale wręcz przeciwnie uznają to za zaletę. Ja jednak lubię mieć świadomość, iż narrator jest osobą, a nie czymś w rodzaju stenotypisty. Tu mi tego zabrakło i w efekcie, gdyby nie ta notka, najpewniej bardzo szybko zapomniałabym o książce.


PS. A teraz kolej na "Żelaznego Księcia" Meljean Brook, ale wcześniej nagroda :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz