Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 1 kwietnia 2015

Elisabeth Kostova – "Historyk"


Autor: Elisabeth Kostova

Tytuł oryginału: The Historian

Rok pierwszego wydania: 2005

Wydawnictwo: Świat Książki, Warszawa 2006

Liczba stron: 632

Tłumaczenie: Michał Wroczyński



Przeczytane: 28 marca

Ocena: z przykrością stwierdzam, iż w tej książce nie podobało mi się absolutnie nic



„Potwór śpi. Wczoraj nie odezwał się do mnie ani razu. Zapytał tylko, jak idzie mi katalogowanie, i przez chwilę przyglądał się mojej pracy.”



Obawiam się, że to nie będzie porażający ani szczególnie długi wpis. Po prostu nie bardzo potrafię znaleźć coś, co mogłabym powiedzieć o tych sześciuset trzydziestu dwóch stronach tekstu napisanego narracją pamiętnikarską z punktu widzenia co najmniej pięciu osób (w listach lub bezpośrednio) oraz jeszcze kilku (w rozmowach pojawiających się w listach). Jest to tym dziwniejsze, że zwykle potrafię znaleźć w każdej książce coś, z powodu czego warto było ją przeczytać. Tym razem zaliczyłam porażkę. Bo pojedynczy akapit na stronie czterysta trzydziestej drugiej, który jest po prostu ładny, w żadnym razie nie równoważy całości.



„Podniósł się z krzesła i popatrzył w moją stronę poprzez dzielący nas półmrok.

– Jestem Dracula – oświadczył zimnym, wyraźnym głosem.”



Największy i najbardziej bolesny problem jaki w tym tekście widzę, to kompletna porażka autorki w kwestii narracji właśnie. Każdy bohater pisze/mówi w ten sam sposób. Niezależnie od tego, ile ma lat w trakcie pisania listów, czy jest dojrzałym mężczyzną, czy młodzieńcem, czy kobietą, czy nastolatką. Czy żyje w latach trzydziestych, pięćdziesiątych, czy siedemdziesiątych, czy ma perspektywę zupełnie współczesną. Czy mieszka w Anglii, czy w komunistycznym państwie węgierskim.  Nieważne. Każdy z nich używa tego samego rozwlekłego i całkowicie pozbawionego emocji pseudonaukowego stylu. A ja-czytelnik gubię się w tym kto, co i gdzie, bo nie jestem w stanie odruchowo rozpoznać, w którą warstwę historii właśnie wchodzę.



„Gdy wypuściłem ją z ramion i powoli odwracałem się w stronę pozostawionej teczki i czekającej na skraju ulicy Helen, ujrzałem spływającą po jej policzku łzę. Poeci twierdzą, że nie istnieje tylko jedna łza. I zapewne mają rację, jej łzie towarzyszyła moja.”



Warstwy. To mogłaby być naprawdę fajna sprawa, bo osią powieści jest moment pewnej kumulacji wydarzeń mających miejsce w przeszłości, które po latach prowadzą do rozwiązania zagadki rodzinnej. Oto historia się powtarza, a przedstawicielka najmłodszego pokolenia rodziny związanej z legendą o Draculi odkrywa swoje korzenie i układa się z dość nietypową historią rodziny. Tylko właśnie – autorka po pierwsze teoretycznie układa wszystko chronologicznie, tylko gdzieniegdzie wtrącając fakty teraźniejsze. Podejrzewam, że ta decyzja o chronologii została podjęta właśnie dlatego, że gdyby przy tak niezróżnicowanej narracji, zaczęła mieszać czasem wydarzeń, to nikt by się nie połapał, nawet ona sama. Jednak nie jest w tym konsekwentna do samego końca w związku z czym następuje pewnego rodzaju dziura fabularna zasypywana później. Po drugie właśnie sobie uświadomiłam, że sam motyw tego, iż dziewczyna odkrywająca przeszłość jest daleką potomkinią Vlada Draculi nie zostaje nijak wykorzystany, ani nawet wspomniany przy końcu powieści, tam gdzie mają miejsce spotkania nieumarłego okrutnika z żyjącymi. Więc po co w ogóle się pojawił?



„Twarze tancerzy pałały radością, ich rozjaśnione w uśmiechu zęby lśniły w odpowiedzi na blask zębów akordeonisty.”



Akcja najbardziej zewnętrzna, będąca czymś w rodzaju klamry, ma miejsce w latach siedemdziesiątych – bohaterka jeździ z ojcem Amerykaninem po Europie i słucha jego opowieści. Co robi ojciec w Europie? Ma fundację działającą na rzecz demokracji i pokoju. Prowadzi mediacje i rozmowy. Cokolwiek to znaczy. Opisane miejsca są dla mnie tak bardzo nierzeczywiste. Jakby wzięte z widoku satelitarnego Google Maps. Atmosfera? Klimat? Nie czuję ich. Wyjątek stanowią fragmenty poświęcone Bułgarii. W nich między wierszami faktycznie czuć jej zapach. Zerknięcie w metryczkę autorki wiele mi pod tym względem wyjaśniło. W tej klamrze – pudełku jest zamknięta historia ojca dziewczyny dziejąca się w latach pięćdziesiątych i zajmująca najwięcej przestrzeni, którą poznajemy z jego opowieści snutej w latach siedemdziesiątych, a potem, gdy ojciec znika, z listów, które zapobiegawczo pisał, w razie, gdyby nie mógł historii doprowadzić do końca. W historii tej cytuje opowieści i listy dziadka dziewczyny – ojca matki, której dziewczyna nie zna. Opowieść szkatułkowa. Piękna rzecz. Tyle, że naprawdę wymagająca, a moim zdaniem autorka poległa na całej linii.



„Prawie zasnęłam w przedziale wagonu, zapoznając się z tą niebywale fascynującą historią, którą spisał dla mnie mój ojciec.”



W efekcie, czytając bardzo, ale to bardzo się nudziłam. Nie czułam ani grozy, ani zaciekawienia, ani potrzeby czytania dalej. Rozwiązywane tajemnice zdawały się nie robić wrażenia na bohaterach – opisy stanów emocjonalnych również nie są mocną stroną pani Kostovej – więc i na mnie nie robiły. Okrutne i przerażające uczynki Vlada Palownika z kolei nie robiły na mnie wrażenia zapewne dlatego, że Azję Tuchajbejowicza wbijanego na pal pierwszy raz widziałam gdzieś około siódmego roku życia. Nie, to nie jest znieczulica, po prostu to, co dla bohaterów zdawało się być świeżym odkryciem, a mianowicie, że „historia to rozbryzgi krwi” wiem już od dawna. A takich szaleńców, władców wykorzystujących władzę mniej lub bardziej spektakularnie, historia zna więcej. Być może gdyby nie leżała ona w orbicie moich zainteresowań, inaczej bym reagowała. Być może gdyby to nie były tylko suche fakty, liczby, hasła, gdyby emocje było jakoś inaczej widać. Ale to trudne w narracji pamiętnikarskiej. Po prostu.



„>>Pewnego wieczoru jakiś nieznajomy postawił mi trunek zwany amnezją<< – sparafrazowałem cicho tekst. – Kim, do licha, twoim zdaniem, mógł być ten nieznajomy? I dlatego właśnie Rossi zapomniał…”



Co jeszcze rzuciło mi się w oczy? Amerykańskość poglądów na Europę. Na jej rozmiar, na możliwość komunikacji w latach siedemdziesiątych, na to czym był komunizm. Nie kupiłam tego. Człowiek dziwiący się, że w wiosce w środku bułgarskiego lasu do wyciągania wody ze studni służy żuraw mnie bawi. Amerykanin, który nie zna dud, to ktoś kto chyba nigdy nie widział żadnej parady z okazji dnia świętego Patryka. Profesor historii, który w liście pisze, że umięśnione nogi Draculi ubrane były w hajdawery brzmi niewiarygodnie. A Anglik, który zachwyca się „tym amerykańskim akcentem” brzmi makabrycznie sztucznie. Przez takie drobiazgi nie potrafiłam traktować bohaterów – a co za tym idzie opowieści – poważnie.



„ Znając trochę słynny alfabet Cyryla, rozszyfrowałem je bez trudu.”



Gdybym miała jakoś zebrać w jedno wszystkie wrażenia, to zmieściłyby się w stwierdzeniu, że dla mnie jest to idealny przykład na to, jak nie należy pisać pierwszoosobówki. Sześćset trzydzieści dwie strony rozwleczonych, pozbawionych emocji słów, często w pewien sposób ośmieszających bohaterów. A co gorsza jeśli przyjrzeć się bliżej także niekonsekwentnych.





PS. Następną wylosowaną pozycją jest „A Civil Campaign” Lois McMaster Bujold. Książka należy do sagi Vorkosiganów i prawdę mówiąc cieszę się, że na nią padło. Mam nadzieję, że nie zawiedzie moich oczekiwań co do lekkiej i przyjemniej rozrywki.

2 komentarze:

  1. Zainteresowało mnie to o narracji spapranej przez fakt, że wszyscy pisali na jedno kopyto. Szkoda że nie wyszło, bo bardzo chciałabym przeczytać coś, gdzie się to udało, bo z pisaniowego punktu widzenia rzecz jawi mi się jako cholernie trudna, a zarazem marzy mi się kiedyś coś takiego napisać i to dobrze xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiem, że mnie nie korci takie wyzwanie ;)

      Usuń