Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 14 kwietnia 2015

Magia "Gwiezdnego Pyłu"


Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginału: Stardust
Rok pierwszego wydania: 1999
Wydawnictwo Mag, Warszawa 2012 (e-book)
Tłumaczenie: Paulina Braiter

„Tristran umilkł nagle. Nie potrafił bowiem pogodzić planu podarowania gwiazdy Victorii Forester ze świadomością, że gwiazda nie jest rzeczą, która może przechodzić z rąk do rąk, lecz osobą, prawdziwą pod każdym względem. A przecież naprawdę kochał Victorię Forester.”


Gatunek: fantasy, przygodowy
Kraj produkcji: Islandia, USA, Wielka Brytania
Reżyseria: Matthew Vaughn
Scenariusz: Jane Goldman, Matthew Vaughn
W rolach głównych: Claire Dane, Charlie Cox, Michelle Pfeiffer, Robert de Niro, Mark Strong, Sienna Miller
Premiera: 9 sierpnia 2007

Nie, nie jestem fanką Neila Gaimana. Nie znam Neila Gaimana. Kiedyś dawno temu przeczytałam „Nigdziebądź” i istnieje podejrzenie, że mi się podobała, ale zupełnie nic z niej nie pamiętam. Zdjęłam ją nawet dzisiaj z półki (spod samego sufitu) i przeglądałam i nie pamiętam. Za to zachciało mi się ją czytać, bo teraz w przeciwieństwie do wtedy znam nieco Londyn i, znając siebie, wiem, że czytanie sprawiłoby mi dodatkową frajdę. W zeszłym roku przeczytałam „Koralinę”, namówiona podczas Sylwestrowego układania wyzwania, i też mi się podobała. Podobała mi się, bo to bardzo mądra i prawdziwa bajka dla dzieci, taka jak bajka być powinna – straszy i uczy. Zatem nie, nie jestem fanką Neila Gaimana. Nie mam potrzeby ––

Wróć… nie miałam do tej pory potrzeby sięgania na już po kolejne jego książki, nie czułam potrzeby grzebania w jego biografii i przyglądania się jego ćwierkaniu. Cóż. Coś jakby się zmieniło…  

Zaczęłam od filmu. Brat popatrzył na mnie wzrokiem zarezerwowanym dla różowych krów w żółte kropki i spytał, przeciągając słowa: „Nie widziałaś Stardust?” No nie widziałam i jeszcze długie miesiące po tym zapytaniu nadal żyłam na świecie bez zaliczenia tej produkcji. A potem sobie o niej przypomniałam, któregoś wieczoru i wpadłam w zachwyt. Dawno już nie widziałam tak ładnej bajki fantasy. Tak pięknie nakręconej, ubranej w sceny, sekwencje ruchów i drobiazgi drugiego planu. Zabawnej i mądrej, choć może w nieco naiwny sposób. Ale czemu nie, skoro to bajka?

Jak na bajkę przystało mamy chłopca udającego się po gwiazdkę z nieba w ramach zakładu z ukochaną i mamy złą wiedźmę, która chce zjeść serce rzeczonej gwiazdki. I mamy jednorożca, i magię, i uwięzioną zaklętą księżniczkę, i pojedynki, i więcej magii i miłość. I Łapaczy Błyskawic na podniebnym okręcie! Jest kolorowo, są widoki i jest muzyka. Jest napięcie i tego napięcia wyciszenie. Jest nauczka. Po prostu jest wszystko czego potrzebuje dobry film przygodowy, żeby po prostu być dobrym filmem przygodowym. Nie ma się tu co rozwodzić. Warto obejrzeć i już. U mnie wylądował na tej samej liście co „Smokiem i mieczem” i „Love Actually”, czyli filmów do oglądania w ramach walki z chandrą.

Książkę przeczytałam zupełnie niedawno. Ledwie trzeciego kwietnia. I już mam ochotę czytać ją jeszcze raz, nabyłam oryginał i nawet w tej chwili wszystko we mnie podskakuje, gdy o niej pomyślę. Jest tak, że im bardziej podoba mi się książka, tym trudniej mi o niej pisać. Chciałabym użyć poważnych, twardych argumentów; mądrymi słowy wytłumaczyć, dlaczego uznaję coś za warte najwyższej liczby gwiazdek w moim rankingu. I zawsze mi się wydaje, że nie oddaję do końca sprawiedliwości tekstowi i jego autorowi.

„Gwiezdny Pył” – książka, nie jest taki, jak „Gwiezdny Pył” – film. Nie. Owszem, wspólna jest główna, najgłówniejsza oś wydarzeń – w książce również Tristran (w filmie zmieniony na Tristana) obiecuje Victorii, iż przyniesie jej gwiazdę, którą na ich oczach spadła z nocnego nieba. Tyle, że ona nie obiecuje mu, że jeśli to zrobi, ona wyjdzie za niego za mąż. I to pierwsza istotna różnica.

Tych różnic jest więcej. O wiele więcej. Właściwie każdy wątek jest w książce inny niż w filmie, a mimo to zmiany dokonane w filmie niczego książce nie ujmują. Nie powodują, że czytając ją po obejrzeniu filmu, odczuwam zawód, że autor postanowił napisać coś inaczej niż pokazali mi to twórcy filmu. Do tej pory zwykle tak reagowałam na zmiany w adaptacjach. Dlatego bardzo pilnowałam, żeby przypadkiem nie obejrzeć najpierw filmu, jeśli książka była w moim zasięgu. Właściwie nie wiem, czemu tym razem zrobiłam inaczej. Na szczęście „Gwiezdny Pył” ma w sobie tyle magii, że starcza jej na dwie historie przedstawione dwoma różnymi technikami.

Nie chcę tutaj przytaczać tych wszystkich różnic. A może inaczej – chcę, bo sprawia mi to frajdę, ale nie zrobię tego. Nie chodzi wszak o popisywanie się faktem posiadania doskonałej pamięci (akurat… przedwczoraj obejrzałam film drugi raz, by sobie wszystko odświeżyć…), chodzi o to, by powiedzieć głośno: WARTO PRZECZYTAĆ „GWIEZDNY PYŁ” I WARTO OBEJRZEĆ FILM.

Przed czym się natomiast nie powstrzymam, to przed wyznaniem dlaczego ja wolę książkę od filmu. Wolę książkę od filmu, ponieważ w książce jedyną osobą, która odbiera lekcję, jest główny bohater. Tristran Thorn, młodzieniec o dobrym sercu, który nawet dziecinny, jak się wydaje, zakład podejmuje z pewną dozą rozsądku. Nikt w tej książce nie jest podły. Nawet wiedźma, która chce zdobyć serce Gwiazdy dla siebie i swych sióstr. Ona realizuje swoje cele, wykorzystując w brzydki sposób innych ludzi, ale nie robi niczego z czystej złośliwości. Nawet walczący o władzę książęta z Burzowej Twierdzy, zabijający się nawzajem, bo takie panują zasady. A tym bardziej nie Victoria, nie sklepikarz, nie rówieśnicy Tristrana, którzy owszem, nieco się z niego naśmiewają, lecz nie bardziej niż to zwykle bywa między dzieciakami.

Neil Gaiman okazał się jak dla mnie być mistrzem prostych rozwiązań, mistrzem rozsupływania napięcia bez zbędnego kluczenia, mistrzem urealniania bajek poprzez brak przepychu i afektacji. Jego wersja bajki o podążaniu za porywem serca, to opowieść o miłości bez szalonych zrywów, bez łez, rozstań i powrotów. Kupuję w całości, bez targowania się.

Nie powstrzymam się też przed wyznaniem, co czyni film lepszym od książki:

Łapacze Błyskawic Kapitana Shakespeare'a
I na tym skończę.

Niech każdy sam zadecyduje, która wersja bajki dla dorosłych firmowana przez Neila Gaimana bardziej mu się podoba.

14 komentarzy:

  1. Jak poczuję, że mi skandynawia wyłazi uszami, to chyba jednak to będzie pierwsze na liście. Lubię bajki @_@

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Cieszę się. Lubię pogadać z kimś kto czytał/widział.

      Usuń
    2. Posznupię po ebooklowych promocjach i może wyczaję, choć mi się wydaje, że ostatnio gdzieś było i przegapiłam :( Ale fajnie by było mieć czekające na czytniku. :)

      Usuń
    3. Ano było, bo z takiego źródła i ja mam ;)

      Usuń
  2. ŁAPACZE BŁYSKAWIC <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 (...) <3

    Em... czekaj, rzeczowy komć... ekhm...
    Książkę muszę sobie odświeżyć, bo wiem, że wiele z fabuły mi już umknęło. Pamiętam tylko tyle, że mnie zachwyciła. Tak jak zachwyciła mnie Koralina - i zresztą dzięki tym dwóm książkom nie mogę powiedzieć, że nie lubię Gaimana. Bo one są cudne. Z drugiej strony, nie nazwę się fanką Gaimana, bo "Amerykańscy bogowie" totalnie mi się nie spodobali. Chyba wreszcie też sięgnę po "Nigdziebądź" jako lekturę rozstrzygającą. xD

    "Gwiezdny pył" oglądałam w takiej kolejności jak Ty. I jest to ogólnie chyba jedyny znany mi przypadek, że uwielbiam zarówno książkę jak i film, obie rzeczy jednakowo, mimo że są tak różne. No daj spokój - seksy w książce mnie mega zaskoczyły, no. xD Po filmie myślałam, że no... to bajka, nie? Dla dzieci i wogle. Fakt, to były bardzo ładne seksy, w sensie ładnie napisane.
    To dwie wersje pewnej historii, a obie są rewelacyjne.

    DE NIRO!!! <3 <3 <3 <3 (itd.)

    No i EJ! Pfeiffer była doskonała. <3 Ale ona zawsze jest doskonała. No i książęta... Nie wiem, kto robił casting, ale był geniuszem. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie ten film robili geniusze! Charakteryzacja! Scenografia! Kostiumy! Wszyscy bogowie dziesiątej muzy, to po prostu jest absolutnie wspaniałe!
      A Gaiman napisał bajkę, tylko dla dorosłych. Dorośli też potrzebują bajek. Ja potrzebuję.
      Zasadzam się na "Amerykańskich bogów", na razie ktoś mi ich porwał z najbliższej biblioteki. Trochę się lękam. Wolałabym zostać z tymi wrażeniami na temat Gaimana jakie mam *mości się w torbie wstydu*

      Usuń
    2. Ja chyba po prostu lubię bajki Gaimana. A jak Gaiman pisze tak po prostu dla dorosłych, dorosłą książkę - to jakoś tak meh... Ale wiesz: ludzie to chwalą. Nie wiem czemu, ale chwalą, więc może to ze mną coś nie halo.^^

      Usuń
    3. Znaczy, żeby była jasność jasna: bajką dla dorosłych nazywam właśnie "Gwiezdny Pył".

      Usuń
    4. Yup, zrozumiałe^^ Schody (znaczy dla mnie) są, kiedy pojawia się książka nie-bajkowa. Taka wiesz: dla dorosłych-dorosłych. POWAŻNA, rozumisz...
      Pewnie się nie znam. *zakłada torbę*

      Usuń
    5. W sumie chyba właśnie dlatego się boję...

      Usuń
  3. A ja powiem, że film podobał mi się bardziej od książki. I tak, między innymi z powodu Łapaczy Błyskawic, którzy w filmie byli zabawni, kolorowi i zabójczo sympatyczni, a w książce… zasadniczo byli. Szalenie mnie ten fragment powieści rozczarował.

    Ale poza tym film był dla mnie bardziej magiczny - nie do końca potrafię wyjaśnić, dlaczego, ale mam wrażenie, że scenografia, kostiumy i efekty przemówiły do mnie lepiej niż opisy Gaimana. Rzadko mi się takie coś zdarza, ale tak było w tym wypadku.

    I aktorzy. Każdy z aktorów jest dobrany perfekcyjnie (Claire Danes <3)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że nie potrzebowałam opisów. W ogóle przeczytałam Twój komentarz i zaczęłam się zastanawiać i pomyślałam, że umknęło mi jeszcze coś, gdy pisałam notkę. Otóż - mam pełną świadomość, że gdyby film nakręcono idealnie zgodnie z książką, to nie byłby taki niesamowity. Tu - jak dla mnie - gra umiejętność przerobienia historii na obraz. Wycięcia tego, co nie wyjdzie w obrazie, uwypuklenia drobiazgów. Szalenie mi się w filmie podobała scena, gdy Tristan i Yvaine wędrują i Tristan bez słowa zabiera jej okrycie i je niesie, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem. W książce taka scena - opisana słowami, nie zagrałaby, bo odczuwałoby się z niej potrzebę udowodnienia czegoś czytelnikowi. To nie byłaby informacja wrzucona mimochodem. Tak myślę. Książka ma zupełnie inną moc.

      Usuń
  4. Staaaaarduuuust! <3
    To się tak rzadko zdarza, żeby książka i film teoretycznie wynikały z siebie, były całkowicie inne w klimacie i oba były dobre (z innych niż Stardust przychodzi mi na myśl tylko Bladerunner, tam to przecież też kosmosy dzieliły oryginał od adaptacji, a oba są super). Nie powiem, co jest lepsze, co gorsze, bo jak dla mnie to paradoksalnie dwie zupełnie różne kategorie. Właśnie tak, jak to ujęłaś: film to baśń ze wszystkimi koniecznymi elementami, nawet jeśli trochę wykrzywionymi (a tłum w tle skanduje SEP-TI-MUS). Książka to dekonstrukcja baśni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Książka to dekonstrukcja baśni."
      Brakowało mi słowa, by oddać to, co z moim wyobrażeniem baśni zrobił "Gwiezdny Pył". Już nie brakuje. <3

      Usuń