Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 30 kwietnia 2015

Zwyciężyłam, czyli dwadzieścia dziewięć dni krzesania s(ł)ów




Z okazji dotarcia do mety w nałożonym samej sobie wyzwaniu będzie intymny wpis o twórczych bólach. I nie tylko bólach. Warto pisać o dobrych rzeczach, prawda?


Jak stoi na obrazku powyżej: WYGRAŁAM! Nie, nie było pucharów, szampana, medali ani natychmiastowej publikacji mojego dzieła. Zresztą „dzieło” bynajmniej nie zostało ukończone i pewno jeszcze długo nie będzie. I nie przemawia przeze mnie wrodzony pesymizm i czarnowidztwo, które najpiękniejszą wiosnę zmienia w ołowianą, przytłaczającą jesień. Na boku mówiąc – lubię jesień. Przemawia przeze mnie realizm i świadomość, że tym razem porwałam się na coś więcej niż bajkę dla prawie dorosłych, jeśli chodzi o tematykę i o coś bardzo dużo więcej niż mniej bajkowe sprawy, które pisywałam do tej pory, jeśli idzie o objętość.


Co zatem znaczy, iż wygrałam? Znaczy, że mimo ciągłych prób sabotowania mojego kwietniowego pisania przez życie, udało mi się osiągnąć narzucony sobie limit 30 000 słów. Czwarta, z prawdopodobnych dziewięciu, części powieści niby-historycznej, choć niekoniecznie osadzonej w znanym nam świecie, jest prawie gotowa.  Przy czym kiedy mówię gotowa, nie mam na myśli tego, że ktokolwiek poza mną mógłby ją teraz dostać do czytania. Nie, nie, nie. A przecież było inaczej… Do tej pory, pisząc, starałam się zawsze pisać najlepiej jak się da. Siedziałam nad pojedynczym zdaniem godzinami. Blokowała mnie na kilka dni niemożność ułożenia słów w sposób, który  – moim zdaniem – idealnie wyrażałby klimat, nastrój, uczucia bohaterów albo ich konfigurację w przestrzeni. Tak naprawdę, produkt, który otrzymywałam na koniec, był tekstem po pierwszej, a czasem i drugiej autorskiej redakcji i bez wstydu mogłam pokazać go beta-czytaczom. Ta metoda sprawdzała się przy krótkich tekstach. Tam, gdzie droga między pierwszym zdaniem a końcową kropką była krótka. Gdzie, idąc nią, nie miałam zbyt wielu szans, by zgubić myśl, ideę, by stracić cel z oczu. Przy dłuższych tekstach jej stosowanie przynosiło frustrację. Pisałam, pisałam, a końca widać nie było.


I tak, podczas kwietniowego CampNaNoWriMo, mającego mi pomóc w ruszeniu  tekstu napoczętego w listopadzie, na którym to tekście bardzo mi zależy, odkryłam magię pierwszego draftu. Zdaję sobie sprawę z tego, że późno. W końcu kilka lat bawię się w pisanie. Przeszłam fazę blogasowego wrzucania opowiadań w pół sekundy po wyklikaniu ostatniego słowa. Poprawki wprowadzałam bezpośrednio na poście… Owszem robiłam to. Już nie robię. Przeszłam fazę poddawania się krytyce na forach literackich i płakania w poduszkę po cięgach.  W tej fazie wielokrotnie zrywałam z pisaniem mniej więcej na pół dnia. Obydwie te fazy dużo mi dały. Ogromnie dużo. Nauczyłam się w pełni odpowiadać za to robię i jak to robię. Nauczyłam się wyciągać wnioski. Nauczyłam się krytycznego czytania komentarzy – mam tu na myśli to, że ważne jest zarówno to, by słuchać wskazówek, dawać się w pewnym sensie prowadzić, ale ważne jest też wiedzieć czego się chciało siadając do pisania i mieć świadomość, że nie każdemu musi się to podobać.


Obecną fazę nazwałabym fazą świadomego operowania materiałem. Wiem już, że zerknięcie na tekst po miesiącu, dwóch, sześciu zawsze przynosi umiejętność oddzielenia tego, co jest dobre dla tekstu właśnie, od tego co było dobre dla autora, gdy tekst pisał. Przynosi także umiejętność trzeźwiejszego ocenienia stylu, samych zdań i użytych słów. Po pół roku braku kontaktu z tekstem jestem już nie tylko autorem, ale i po trosze czytelnikiem. Nabieram koniecznego dystansu. Skoro więc wiem takie rzeczy, to dlaczego nie potrafiłam do tej pory zastosować sposobu znanego w pisarskim świecie, czyli zrzucenia pomysłu, wylania na elektroniczne kartki treści bez przejmowania się formą? Nie wiem. Po prostu nie potrafiłam, choć mi się wydawało, że potrafię. Wszak i tak potem poprawiałam…


Męczyłam się w tym kwietniu i męczyłam. Gubiłam narratora, gubiłam się w czasie akcji, gubiłam charaktery postaci. Nie mogłam się skupić na pisanym fragmencie, bo już rwało się we mnie wszystko do kolejnego, a przecież muszę po kolei, nie potrafię pisać łatkami i zszywać, no i muszę najpiękniej, najładniej, słowa-klejnoty, słowa-gwiazdy, słowa-pomniki! Męczyłam się, cierpiałam i znów zrywałam z pisaniem, bo przecież nie umiem, nie dam rady, przerosło mnie i po co ja sobie to robię?


A potem pojechałam na Pyrkon. Na Pyrkonie rozmawiałam, słuchałam, nabierałam pewnych konkretnych nadziei. Na co, jak, o tym jeszcze sza! Ale na Pyrkonie też pisałam, wstając przed siódmą rano, żeby nie zaprzepaścić dnia, żeby wytrwać w wyzwaniu, bo w końcu przegranie wyzwania postawionego przez siebie samego boli najbardziej. Nie było czasu na cyzelowanie. Był czas na wyrzucanie z siebie słów, zarysów scen, dialogów, na ekspresowe przeprowadzenie akcji. Potem wróciłam do domu i znów życie. Rano praca, popołudniami sprawy, które muszą zostać załatwione, a czas goni, a przecież nie przegram! I znów wyrzucanie z siebie szkieletu opowieści w dzikim pędzie. I ulga. I ruszone tryby w mózgu. I odkrywanie rozwiązań. Bo klikanie w klawiszki to tylko kawałek pisania. Oprócz tego jest ciągłe, nawet podświadome i przezsenne kombinowanie myślowe. I to kombinowanie karmi się pisaniem. Każde słowo, każde zdanie napisane można wykreślić bądź poprawić. Z nienapisanym nie zrobisz nic. Umknie, nie będzie się trzymało mózgu wiecznie.


Takie wnioski oczywiste, taką siedemnastą Amerykę odkrytą już dawno przez innych, odkryłam dzięki kwietniowemu Campowi.


PS. Skoro intymnie, to intymnie: dziękuję wszystkim, którzy nie dali mi utonąć w bajorze zwątpienia <3

8 komentarzy:

  1. O, to to, z nienapisanym nie zrobisz nic :)
    Bardzo mnie cieszy to odkrycie pierwszego draftu, zwłaszcza jeśli ma to oznaczać, że będziesz mniej cierpiała, a bardziej jarała się pisaniem (=więcej pisała :D). No i jeszcze raz c[_]! za wygraną :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Taka dzielna Siem :)
    Jeszcze raz gratuluję wygranej - zwłaszcza z sobą :)

    Czekaj Ty na mnie na tej mecie! Wieczorem tam dobijam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. AMEN! Dla wszystkiego, co napisałaś.

    Ag

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakże mnie szalenie cieszy ten finał :3 I dumnam, że miałam w nim udział choćby zaparzeniem kawy o tej siódmej ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. BRAWO!!! Ja ani przez moment nie wątpiłam, ale i tak: BRAWO! <3 c[____]!! :D

    A z innej beczki: nie ma co się przejmować, że tę Amerykę przed Tobą odkryły milijony.^^ Ja sama odkryłam drafcenie w drugim roku mojej NaNoKariery (i od tamtej pory to jest tajemnicą moich sukcesów xD ). Każdy musi znaleźć swój moment ;D

    JARAM SIĘ WIELCE!

    OdpowiedzUsuń
  6. c[_______________]!
    Kochani moi wspieracze!
    Dzięki Wam znalazłam ten moment ;D

    OdpowiedzUsuń
  7. Po pierwsze gratulacje za skończenie, za dzielne dobrnięcie do ostatniego dnia i sukces. :) Niech będzie dobrą wróżb na listopad.
    Po drugie piję za pierwsze drafty c[__]. Podziwiałam twoje polerowanie tekstu na bieżąco, a zarazem przerażało mnie jak wiele frustracji ono generuje. Pierwsze drafty są fajne i czasami mając je na papierze łatwiej rozwiązać niektóre problemy, niż kiedy ma się coś jeszcze tylko w głowie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie! :D
      Zobaczymy, czy odkrycie pomoże mi na dłużej :D

      Usuń