Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 11 maja 2015

Antologia Wolsung tom 1

Autor: praca zbiorowa.
Rok pierwszego wydania: 2015
Wydawnictwo Van Der Book, Kraków 2015
Liczba stron: 323

Przeczytane: 9 maja 2015
Ocena: dobry zakup, będę wracać.

"Będziesz moja, Madlyn. Jeszcze o tym nie wiesz, ale to jest właśnie twoje jedyne pragnienie: być moją."

Do czytania tej antologii podchodziłam w dość specyficzny sposób i chyba nietrudno się domyślić dlaczego, jeśli się czytało mój poprzedni wpis. Brałam udział, odpadłam, mam okazję się przekonać jakie teksty "wyprzedziły" mój. Takiego podejścia nie sposób uniknąć, jestem tylko człowiekiem. Wiedziałam, że, czytając, choćby i podświadomie będę porównywać, zastanawiać się nad preferencjami jury bo wiadomo, że każde jury, poza obiektywnym trzymaniem się formalnych założeń danego konkursu, ma także subiektywne, zgodne z jednostkowymi sympatiami spojrzenie na każdy tekst i szukać klucza. Potrafię się do tego przyznać.

Potrafię też przyznać po kolejnym uważnym przyjrzeniu się własnemu tekstowi że w mojej własnej jak najbardziej subiektywnej opinii poległam na limicie. Za dużo założeń, za dużo przeszłości, na którą nie było miejsca w krótkiej scence z rozbitkami, za dużo tła. Za dużo dialogów. Za mało akcji. Mam bardzo wielką ochotę napisać to od nowa. Tym razem nie skupiając się na liczeniu znaków. Dla własnej radochy. Bo naprawdę, pisząc i przegrzebując się przez świat Wolsunga, miałam sporo frajdy. Tak. Napisać od nowa. Napisać do końca... a nie urywać w kulminacyjnym momencie, choć ten manewr akurat był zaplanowany od początku.

Ale nie miało być o mnie!

[ego mode=off]

Podzielona na dwa tomy Antologia Wolsung inauguruje wkroczenie na rynek książkowy nowego wydawnictwa. Nie będę dublować informacji; korzystając z dobrodziejstw Internetów, po prostu podam linka na stronę Van Der Book chcesz wiedzieć więcej, Czytelniku, kliknij TUTAJ. Mnie, to, co czytam w tym krótkim przedstawieniu, bardzo się podoba i zwyczajnie chciałabym, żeby wydawnictwu wiodło się jak najlepiej. Mówię to zarówno jako czytelnik, jak i nie ukrywajmy aspirujący pisarz.

Inaugurację a konkretnie pierwszy tom oceniam bardzo dobrze. Zarówno jeśli chodzi o same teksty, jak i ich oprawę. Na pierwszy ogień okładka. Rysunek Mateusza Bielskiego moim zdaniem jest po prostu wspaniały. Oddaje klimat, przyciąga wzrok i mimo pozornego chaosu, nagromadzenia elementów, ściśnięcia postaci, jest wyrazisty. Bije z niego dynamizm. Pomysł z podzieleniem go na dwie części, tak, że okładki dwóch tomów dadzą całość, też jest ciekawy. Fizycznie czytało się dobrze, więc wnoszę, że sprawy składu, doboru papieru, formatu i tym podobnych technikaliów, również nie pozostawiają nic do życzenia. Co do spraw redakcyjno-korektorskich gdzieś tam rzucały się w oczy drobiazgi typu pozostawiona zbędna litera, jednak nie odrywały one od lektury. Tak naprawdę większość z nich znajdowała się w ostatnim opowiadaniu zbioru co natychmiast wywołało u mnie podejrzenie, że przy pracy nad nim zwyczajnie "czas już gonił". Ponadto ilustracje w większości bardzo dobre, a przede wszystkim różnorodne, tak jak różnorodne pod względem stylu są opowiadania zebrane w tomie. Wydawnictwo współpracowało z kilkoma ilustratorami i nie mam wątpliwości, że to był dobry pomysł.

Co do samych tekstów: uważam, że jest to najlepsza antologia różnych autorów jaką kiedykolwiek czytałam. Po prostu zdecydowana większość opowiadań mi się zwyczajnie podobała i czytałam je z przyjemnością. Trzy mnie zachwyciły. Cztery ubawiły. Jedno uśpiło. Jedno mocno rozczarowało. Pozostałe kolokwialnie mówiąc były fajne. Przełożenie oceny opisowej na punkty dałoby tej pozycji mocne siedem na dziesięć i jest to ocena wysoka.

Przedstawiony w opowiadaniach świat Wolsunga obfituje w zagadki i tajemnice. Bohaterowie przedzierają się przez dziewicze tereny, odkrywają zaginione miasta, walczą z kryminalistami i potworami. Także tymi w ludzkiej skórze. Mamy podróże, przygody, śledztwa. Technomagia miesza się z gusłami. Przed oczyma czytelnika przesuwa się plejada bohaterów wszelkich ras i rozmaitych profesji. Pojawiają się problemy natury moralnej i badania naukowe. Praktycznie cały czas coś się dzieje, a autorzy budują świat ciekawy i wciągający.

Jednocześnie jest tak, że świat ten jest bardzo konkretny i zamknięty w pewnych ramach wyznaczonych przez twórców gry fabularnej "Wolsung: Magia Wieku Pary" Te ramy to jakby kontur rysunku. Autorzy zarówno sześciu "profesjonalistów", jak i siedmiu "amatorów" wypełnili ów kontur własnymi barwami, indywidualnymi technikami; doprawili je po swojemu i dzięki temu czytelnik otrzymuje miks stylów i różnorodność spojrzeń na tę samą rzeczywistość, co może powodować powstawanie pewnego dysonansu odbiorczego.

Uświadomiłam to sobie w chwili, gdy po przeczytaniu czterech opowiadań ciurkiem, musiałam odłożyć książkę na dwa dni. Byłam nieco znużona, choć wśród pierwszych tekstów jest jeden absolutnie genialny ("Królowa Atlantydy" Igora Myszkiewicza), jeden mocno zabawny ("Archibald Compton i zaginione miasto Enli-La" Krzysztofa Piskorskiego), jeden z ujmującą trawestacją Holmesa i Watsona w wersji trollo-gnomiej ("Ostatnia praca Perfoklesa Duronta" Pawła Majki) i jeden, który podziałał na mnie osobą głównego bohatera ("Colossus" Mateusza Bielskiego). Opowiadania mi się naprawdę podobały, a jednak po skończeniu czwartego z nich, nie miałam chwilowo ochoty na piąte. Przestałam się zatem spieszyć z lekturą i kolejne czytałam małymi dawkami. Zwykle pojedynczo, bądź parami.

Szukałam potem przyczyny tego zjawiska i w końcu zrozumiałam, co za nim stoi po przeczytaniu każdego opowiadania zostawał we mnie klimat świata, jaki stworzył konkretny autor. Te klimaty różniły się co oczywiste w kolejnych tekstach, tak jak różnią się style autorów. Skoro zaś świat, w którym się obracałam pozostawał niezmienny, to zmiany w klimacie sprawiały, że czułam się nieco zakręcona. Jednak taki problem to nie problem wystarczyło zwolnić proces przyswajania. Oddzielić poszczególne porcje nieco dłuższymi pauzami.

Antologię otwiera opowiadanie Krzysztofa Piskorskiego "Archibald Compton i zaginione miasto Enli-La". Jest to otwarcie żywiołowe i to od pierwszego zdania. Natychmiast wprowadza w klimat z gatunku Indiany Jonesa, czy Lary Croft. Jazda bicyklem po dachu pociągu pędzącego przez Lemurię i bohater, który jedynie troszeczkę naciąga prawdę odnośnie swych osiągnięć, mnie kupiły. Po przeczytaniu kolejnego tekstu ("Królowa Atlantydy" Igora Myszkiewicza) zostałam na wdechu. Można to uczucie porównać do chwili tuż po zakończeniu przedstawienia, gdy publiczność zastyga na ułamek sekundy przed gromkimi owacjami. Owacje zdecydowanie należą się autorowi. Za klimat, za damską pierwszoosobówkę, za pomysł. To jedno z trzech opowiadań z mojego prywatnego podium. Na czas kolejnego opowiadania "Ostatnia praca Perfoklesa Durronta" Pawła Majki pozostajemy na Atlantydzie. Niezbadany i niebezpieczny kontynent fascynuje wielu podróżników, a więc i wielu autorów. Opowiadanie jest zgrabne, lecz moim zdaniem większość jego mocy tkwi w bohaterach. Oto dostałam mojego ulubionego detektywa i jego niezawodnego przyjaciela/kronikarza/doktora w wersji troll i gnom. Bawiłam się dobrze. Czwarte opowiadanie daje nam wgląd w technomagię i w jej zakazane obszary. Akcja "Colossusa" Mateusza Bielskiego rozgrywa się w pociągu, a fabuła gładko zatacza krąg, przekonuje i ja-czytelnik poczułam się usatysfakcjonowana. Wszystkie elementy do siebie pasują, wszystkie mają cel, a jednocześnie jakby mimochodem pogłębiłam swoją wiedzę o świecie. No i polubiłam Giana. Kolejny tekst  "Jeździec wiwern" Michała Studniarka – należy do moich trzech ulubionych opowiadań zbioru. Bardzo, ale to bardzo podobał mi się opis podniebnej walki, kupuję bez żadnych targów połączenie pilota z maszyną, no i same wiwerny... Autor po prostu trafił mnie w miękkie i tyle. Co ja mogę za to, że lubię takie filmy jak "Ciemnoniebieski świat"? Szóste opowiadanie to właściwie miniaturka. I jednocześnie jeden z tych dwóch tekstów, które mi się nie podobały. Autor nie zdążył jeszcze rozbudzić mojej ciekawości, gdy nastąpił plusk... A "przemiana" bohatera zwyczajnie mnie nie przekonała. Następny tekst z kolei mnie uśpił. Dosłownie, bo czytałam do poduszki i zasnęłam. "Krąg de Berville'a" Marcina Rusnaka mi po prostu nie podszedł. Od pierwszego zdania właściwie. Miało najpewniej wprowadzić w klimat, a mnie odepchnęło. Trochę żałuję, bo może gdyby nie to, że poddałam się pierwszemu wrażeniu, bawiłabym się lepiej? Doceniła konstrukcję intrygi? Tymczasem nawet rola wspomnianej w pierwszym akapicie kochanki wydała mi się oczywista, a nie zaskakująca. Z drugiej strony, może nie miała być zaskakująca? Opowiadanie ósme, czyli "Dziennik doktora Augusty" Anny Wołosiak-Tomaszewskiej należy do najlepszych opowiadań antologii. Jest oryginalne zarówno pod względem formy – połączenie dwóch różnych narracji, w tym tytułowego dziennika – jak i miejsca osadzenia akcji. Tym razem bowiem, wraz z bohaterami, trafiłam na daleką północ. Niby standardowo: czyli jest misja, jest drużyna, ale do tego dochodzi świetnie nakreślony klimat, gęsta atmosfera osaczenia i niepewności, nietuzinkowi bohaterowie i obsesja. To wszystko zwyczajnie wciąga i daje się zapamiętać. Tekst dziewiąty – "Barona Nuchternkopfa tryumf potrójny" Simona Zacka należy do grupy tekstów humorystycznych. Wydaje mi się, że dla autora bardziej liczyła się dobra zabawa i podrzucenie czytelnikowi pewnych ogólnych smaczków ze świata, niż zamknięcie historii w zgrabnej fabule. Bawiłam się nieźle, ale czegoś mi brakowało. W opowiadaniu dziesiątym "Tajemnica Kwadratu Hamiltońskiego" autorka Sylwia Finklińska zabrała mnie w rejs po ogromnym naturalnym jacuzzi. Kupił mnie sam pomysł na fabułę. Spowodował, że całe opowiadanie stanowiło dla mnie rozrywkę może nie wyszukaną, ale zdecydowanie dobrą. Kolejny tekst to "Głód" Huberta Sosnowskiego. Myślę, że na mój odbiór tego akurat opowiadania miał wpływ limit znaków, jaki narzucony został uczestnikom konkursu. Bohaterowie i intryga nie mieli miejsca, by rozwinąć skrzydła, a w tym tekście moim zdaniem jest co rozwijać. Idea skojarzyła mi się ze "Złym" Tyrmanda. Przedostatni tekst to druga miniatura w zbiorze. "Dobre zakończenie" Zbigniewa Szatkowskiego stanowi jak dla mnie idealny przykład zamknięcia pomysłu w krótkiej formie. Jest zabawnie, jest nieco symbolicznie, jest spójnie od a do z, a wizja dziennikarstwa uprawianego w Lyonesse wzbudziła we mnie zainteresowanie drogami, jakimi kroczy wyobraźnia autora. Chętnie przeczytałabym coś jeszcze pana Szatkowskiego. I tak oto doszłam do opowiadania ostatniego: "Czarne Jaskółki" Maciej Guzka. Jest ono najdłuższym opowiadaniem Antologii, choć jego długość nie wynika z rozmiaru i stopnia skomplikowania fabuły, a raczej ze stylu autora. Jednocześnie jest to opowiadanie, do którego mam chyba najbardziej ambiwalentny stosunek ze wszystkich opowiadań zbioru. Z jednej strony, autor dba o wykorzystanie elementów świata, a więc różnorodności rasowej, technomagii, inżynierii, guseł, odpowiedniej broni, środków transportu i tak dalej, z drugiej cały czas miałam wrażenie, jakbym czytała tekst osadzony w znanej mi na co dzień współczesności. Z jakiegoś powodu gubiłam atmosferę i nie do końca wiem, czym to wytłumaczyć. Może użycie sformułowania kompania węglowa jednak nie było potrzebne? I bez tego nawiązania wydają mi się być czytelne. A może nawet te nawiązania nie były potrzebne? A może to ja doszukuję się czegoś, czego tam nie ma? Obiektywnie patrząc, główny bohater robi całkiem pozytywne wrażenie, fabuła trzyma się kupy i nie wszystko jest oczywiste, a jednak gdzieś coś... Powiedzmy po prostu, że nie jest to moje ulubione opowiadanie w świecie Wolsunga.

Podsumowując – tom pierwszy Antologii Wolsung to kawał świetnej zabawy i ma szansę zająć czytelnikowi więcej niż jeden wieczór. Połączenie tekstów znanych autorów i uczestników konkursu dało bardzo przyjemny efekt i jestem przekonana, że do kilku opowiadań wrócę z radością. Ponadto ośmielam się żywić nadzieję, iż przynajmniej część z uczestników konkursu zabłyśnie w niedalekiej przyszłości kolejnym tekstem. Świat, jak się właśnie po raz kolejny przekonałam, pełen jest zdolnych pisarzy, a takie konkursy pozwalają im się bardzo skutecznie zaprezentować. 

Teraz czekam z niecierpliwością na tom drugi.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz