Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 26 maja 2015

Lois McMaster Bujold – "A Civil Campaign"

Autor: Lois McMaster Bujold
Rok pierwszego wydania: 1999
Wydawnictwo: Baen
Liczba stron: 534

Przeczytane: 23 maja.
Ocena: straszliwie się przy niej wynudziłam, ale...

"No," said his father "you don't have to smile. But if you're really asking for advice from my accumulated experience, I'm saying, guard your honor. Let your reputation fall where it will. And outlive the bastards."

Od ostatniej notki dotyczącej pozycji z listy wyzwaniowej minęły dwa miesiące. Przez ten czas przeczytałam siedem innych książek, z których dwie doczekały się własnych notek. Przez większość czasu miałam wyrzuty sumienia, że nie czytam tego, co powinnam wedle własnych założeń, bo tak już mam, że kiedy sobie coś postanowię i wyłamię się z postanowienia, to zjada mnie poczucie winy. I naprawdę próbowałam. Czytałam po kilka stron, na siłę przebijając się przez fabułę. Próbowałam zrzucić winę na swój mizerny angielski, który najwyraźniej nie radził sobie z technicznymi określeniami charakterystycznymi dla space opery. Potem na wydanie kieszonkowe, czyli mały druk, wąskie marginesy, ponad pięćset stron; trudna do utrzymania w dłoni cegiełka. A potem pogodziłam się z faktem, że książka mnie niewymownie nudzi i postanowiłam się jej szybko pozbyć. Zaparłam się i po prostu ją przeczytałam.

Teraz zaś, próbuję w jakiś sensowny sposób pozbierać wrażenia, które, delikatnie rzecz ujmując, nie są najlepsze, choć zabierając się za książkę byłam przekonana, iż będę się doskonale bawić. Może zatem spróbuję odnieść się do niej, biorąc za tło całą serię, której jest częścią?

Co mogę o niej powiedzieć na szybko? Zdecydowanie nie należy od niej zaczynać przygody z Vorkosiganami. W kolejności wydawania jest to trzynasta powieść, której akcja dzieje się w tym konkretnym uniwersum. Jeśli chodzi o chronologię wydarzeń, także jedna z ostatnich. Jeśli ktoś jest die hard fanem, znajdzie tu coś dla siebie. Jeśli ktoś nie zna Arala i Cordelii, Milesa, Ivana, Gregora i całej reszty, to obawiam się, że ich zwyczajnie nie doceni po tej odsłonie. A byłaby szkoda wielka szkoda.

Jak już mówiłam, książka mnie wynudziła. Miles Vorkosigan – tajny agent Cesarskiej Służby Bepieczeństwa i jednocześnie dziedzic tytułu Księcia Barrayaru, który to tytuł niesie za sobą konkretne polityczne obowiązki, jest człowiekiem bardzo energicznym, ruchliwym, cierpiącym na stały niedobór adrenaliny i permanentne wrzody. Jednak w jednym z poprzednich tomów, gdy omal nie pożegnał się z życiem (któryś tam kolejny raz ;) ) został uziemiony. Z racji zbyt poważnych obrażeń zostaje mu walka na arenie politycznej oraz podchody uczuciowe, które także traktuje niczym kampanię wojskową.

"(...)I can't help wondering, dear–if you'd wanted to say no, why didn't you?(...)"
"It wouldn't have been . . . polite."
(...)
"You might have said, 'No, thank you.' "

Patrząc na całą serię, ja-czytelnik widzę doskonale, że świat (a nawet wszechświat), polityka, gospodarka, ekonomia, problemy społeczne i tak dalej rozpracowała autorka w szczegółach. Zaczynała od konkretnej wizji planety pośród innych planet i stopniowo obudowywała ten szkielet w wyraziste, spójne i przemyślane ciało.

Barrayar jest ziemską kolonią, która w pewnym momencie swej historii zostaje odcięta od reszty wszechświata i cofa się technicznie, ale przede wszystkim mentalnie. Potem następuje ponowne odkrycie planety przez żądnych podboju najeźdźców, kończy się Czas Izolacji i okazuje się, że Barrayarczycy wypracowali sobie wojskowy model "męskiego" społeczeństwa, gdzie rolą kobiet jest rodzenie zdrowych synów. Dostęp do nowoczesnej techniki statków kosmicznych, broni i tak dalej owocuje wojnami, podbojami i tym podobnymi sprawami. W czasach Milesa Barrayar chciałby nieco zmienić swój wizerunek w oczach wszechświata, lecz zatwardziała szlachta wszyscy z przedrostkiem Vor w nazwisku zbyt często staje okoniem.

Miles-polityk, boryka się zatem z takimi problemami, jak zmiana płci z żeńskiej na męską, celem wejścia do Rady Książąt czy wykradanie komórek jajowych i zapładnianie ich celem podniesienia ilości głosujących na "dziadka" w przyszłości. Ponadto autorka podejmuje temat seksualności jako takiej, sposobów na łagodną i dojrzałą inicjację, różnic w traktowaniu chłopców i dziewczynek. Do tego wszystkiego dochodzą wątki ekonomiczne tutaj bryluje brat Milesa, Mark, tworzący swoje imperium finansowe aktualnie za pomocą chrząszczy produkujących coś, co wyglądem przypomina masło, jest wysokokaloryczne i smakuje nieco lepiej niż wojskowe racje żywnościowe.

W tym społeczno-politycznym sosie dostajemy jednocześnie historię miłosną oto Miles spotkał wreszcie kobietę, która jest w stanie poradzić sobie zarówno z byciem Księżną, jak i żoną nadpobudliwego karła (pieszczotliwie określenie, którym obdarzają Milesa i wrogowie i przyjaciele). Należy tylko ją zdobyć, nie wystraszywszy jej na samym początku jest to bowiem kobieta po przejściach, matka dziewięcioletniego syna i wdowa po mężu, który zmienił jej życie w piekło. Żeby wiedzieć w jaki sposób, musiałabym sięgnąć do wcześniejszego tomu "Komarr", co niewątpliwie kiedyś uczynię. 

"...There is an unwritten rule among us, Richars; if you attempt any ploy on the far side of ethical, you'd damned well better be good enough at your game not to get caught."

O tym właśnie jest ponad pięćset trzydzieści stron "A Civil Campaign". O polityce brudnej i irytującej oraz o miłosnych podchodach, w których Miles na dzień dobry obiera fatalną taktykę. Jednocześnie przez te strony przewija plejada postaci znanych czytelnikowi z poprzednich tomów. Przez ponad trzydzieści lat, na jakie rozciąga się Saga Vorkosiganów, starzeją się, łączą w pary, mają dzieci, które same stają się dorosłe ku rozpaczy rodziców. Opera mydlana jak nic. W kosmosach. I ja jako fan serii (w Polsce wydano dziesięć książek z uniwersum Barrayaru, z czego jedna jest luźno związana z wątkiem Vorkosiganów, a akcja innej rozgrywa się na dwieście lat przed urodzeniem Milesa) doceniam to i nawet pomimo autentycznego ziewania z nudów, wciąż jestem zachwycona całością. Aralem i Milesem, dla których najważniejszy jest honor oddzielony jasną granicą od reputacji i którzy potrafią wziąć na siebie odpowiedzialność. Gregorem moim ulubionym imperatorem, z jego traumatycznym dzieciństwem, młodzieńczym buntem i dorosłym chłodnym rozsądkiem, który mu wcale nie przeszkadza być dobrym człowiekiem. Cordelią i jej galaktycznym spojrzeniem na zaściankowość Barrayaru. Tyle, że ja znam ich dłużej. W "A Civil Campaign" są zarysowani, lecz mam wrażenie, że ta pojedyncza książka nie oddaje im sprawiedliwości. 

Ponadto, chcąc być obiektywną, muszę wspomnieć, iż  bardzo mocno w trakcie czytania rzucała mi się w oczy naiwność rozwiązań i naciąganie intrygi w sposób mało wiarygodny oraz to, że całość wygląda trochę tak, jakby autorka zasiadła ze swoimi przyjaciółmi przy herbatce, a może wzięła ich na kozetkę, i po prostu pozwoliła im gadać, bo lubi ich słuchać. Muszę przyznać, że w pewnym sensie ta lektura była dla mnie świetną lekcją.

"Reputation is what other people know about you. Honor is what you know about yourself."

Jednocześnie mimo ogromu mankamentów powieści i tak śmiała mi się paszcza, gdy pojawiały się typowo Vorkosinganowe rozwiązania, gdy Aral wyjaśniał Milesowi jak to jest z honorem (ich relacja ojciec-syn jest moim zdaniem wspaniała; zresztą oboje: Aral i Cordelia są rewelacyjnymi rodzicami), gdy Cordelia wzięła Koudelków na pogadankę a propos dojrzałości seksualnej ich najmłodszej córki, gdy Ivan z westchnieniem brał się do działania, gdy pojawiał się Gregor...

Dlaczego? Zapewne dlatego, że znam się z bohaterami od dziewiętnastu lat, a Barrayar to moja ulubiona space opera. Prawdę mówiąc, osobiście śmiem uważać tę serię za klasycznego przedstawiciela gatunku, która miała niewątpliwy wpływ na kształtowanie się moich sympatii literackich. I z racji tego po prostu chcę przeczytać wszystko, a najlepiej wszystko mieć na półce. Jestem ofiarą prawa serii ;) Jeśli jednak ktoś właśnie w tej chwili po raz pierwszy spotyka się z nazwiskiem Vorkosigan, zachęcam do rozpoczęcia przygody od pierwszego tomu pod tytułem "Strzępy honoru", albo przynajmniej od zbioru "Granice nieskończoności". Poleca osiemnastoletnia Siemomysła ;)


PS. A teraz wreszcie losowanie! Prawie o nim zapomniałam z wrażenia, że wreszcie ruszyłam z wyzwaniem. Następna na tapecie powieść Patricka O'Briana "Wojenne losy". Znaczy Royal Navy i Jack Aubrey zapraszają na podbój oceanów :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz