Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 4 maja 2015

Ostatni rejs "Biegacza"

Jakiś czas temu napisałam opowiadanie na konkurs wydawnictwa Van Der Book. Należało stworzyć tekst, którego akcja osadzona byłaby w świecie gry fabularnej "Wolsung: Magia Wieku Pary" wydanej przez Kuźnię Gier. Zdecydowanie nie jestem typem gracza i choć o Wolsungu słyszałam, to nigdy nie miałam przyjemności wziąć udziału w rozgrywce. Jednakże tematyka steampunk! alternatywny wiek XIX-ty! damy i dżentelmenowie! bardzo, ale to bardzo mieści się w granicach moich zainteresowań. Czemu zatem nie spróbować?

Spróbowałam. Mój tekst nie został wybrany do podzielonej na dwa tomy Antologii pokonkursowej, w której ramię w ramię wydrukowani zostali wyłonieni przez jury zwycięzcy konkursu (Sylwia Finklińska,  Hubert Sosnowski, Mateusz Bielski, Karol Woźniczak, Igor Myszkiewicz, Zbigniew Szatkowski, Anna Wołosiak-Tomaszewska) i uznani polscy autorzy fantastyczni (Maciej Guzek, Krzysztof Piskorski, Marcin Rusnak, Simon Zack, Michał Studniarek, Paweł Majka). Link do pierwszego tomu (trzynastu wymienionych przeze mnie autorów, premiera na Pyrkonie; na drugi jeszcze chwilę trzeba poczekać) na pasku po prawej. Jestem dumna mimo iż mój tekst się nie zakwalifikował albowiem, spośród sporej liczby nadesłanych opowiadań, do pierwszego tomu antologii wybrano tekst Fryy! Tak! Fryy! Fraa jest bardzo dobra w opowiadaniach. W dłuższych tekstach też jest zresztą dobra i ogromnie cieszy mnie jej sukces.

Co do mojego tekstu to po prostu go lubię. Och, powiedzmy szczerze: napracowałam się nad nim, spędziłam wiele tygodni myśląc o nim i przywiązując się do bohaterów, i trudno matce, ot tak, porzucić dziecko... Organizatorzy tegorocznego Pyrkonu zadbali o to, abym posiadała na własność papierową torbę wstydu i teraz mogę do niej spokojnie wsadzić łeb. Postanowiłam zatem podpytawszy jakich kroków formalnych winnam dopełnić wrzucić opowiadanie na mojego bloga. Piszę tu o tym, że piszę, ale efekty tego pisania rzadko są wśród wynurzeń widoczne.

Zatem proszę, oto opowiadanie osadzone w świecie gry fabularnej "Wolsung: Magia Wieku Pary".

Wolsunga wymyślili Artur "Garnek" Ganszyniec oraz Maciej Sabat.
Twórcą oryginalnego pomysłu, świata, marki i logo Wolsung jest Artur Ganszyniec.

Bohaterowie są moi, natomiast realia, rasy, geografia, technika i świat twórców Wolsunga.

Miłej lektury!

____________________________________


OSTATNI REJS „BIEGACZA”


1.

– Panno ven Tierne, to jedyne wyjście w tej sytuacji!
Pełen pretensji, surowy głos huczał dookoła, a Marissa uparcie starała się zidentyfikować osobę, do której należał.
– Jedyne, rozumie pani?
Tym razem usłyszała wyraźną przyganę, lecz – co dziwne – nadal nie umiała określić nawet tego, skąd dobiegają słowa. Jakby otaczające ją gęste powietrze rzucało niewypowiedzianymi oskarżeniami, ubranymi w naglący, oficjalny ton. Jedyne, czego była pewna, to, że taka  rozmowa już kiedyś się odbyła. Już kiedyś ktoś mówił do niej w ten sposób. Niby cicho, lecz ostro. Twarde słowa niczym kamienie trafiały w cel, wywołując ból żołądka.
– Skoro już postanowiła pani narazić nazwisko dziada na taki szwank, pakując się w idiotyczną sytuację, to niech pani teraz stawi czoła konsekwencjom!
Dziadek…
Ktoś miękko dotknął jej włosów i wezbrała w niej tkliwość.
– Opowiesz mi bajkę, dziadku? O Garwitnirowych przodkach! I o Pierwszym Śmiałku! I jeszcze o tym, jak on był mały, Garwitnir, nie Śmiałek, jak się ścigał z większymi smokami i…
Starzec pochylał się nad nią, wokół jego postaci płonęło słońce, olbrzymie sumy rozchlapywały wodę, która opadała jej na twarz drobniutkim deszczem.
– Dziadku…? – wymamrotała.
– Słyszy mnie pani?
Głos był inny, a przecież podobny do tego, który dopiero co słyszała. Zachrypnięty, słaby, choć równie stanowczy. Dobiegał z boku, nie otaczał jej ze wszystkich stron, nie lepił się do ciała, nie wciskał do mózgu. Chlupot wody w parkowych stawach zmienił się w rytmiczny szum. Kolejne fale dźwięków, na zmianę bliższe i dalsze, docierały do jej uszu.
– Jak morze… – szepnęła, a dłoń, której ciężar czuła na włosach, przesunęła się na jej ramię i energicznie nim potrząsnęła.
– Panno ven Tierne, proszę otworzyć oczy!
Wykonała polecenie, z wysiłkiem rozklejając powieki.
Porucznik Adam Hemming patrzył na nią z niepokojem, a zielony mundur na jego piersi uniósł się, gdy troll odetchnął z ulgą. Marissa chciała się uśmiechnąć, lecz zamiast tego z powrotem przymknęła oczy, broniąc się przed jaskrawym blaskiem zachodzącego słońca.
– Ufam, iż pani znów nie zemdlała, a jedynie ucieka przed światłem – odezwał się porucznik. – Chcę przetrzeć pani skroń, a mam tylko morską wodę, będzie piekło, panno ven Tierne.
Nie czekając na zgodę, przyłożył zwilżony materiał do czoła elfki, co początkowo przyjęła z ulgą, lecz gdy szmatka przesunęła się odrobinę bardziej w lewo, zaskoczona bólem, odepchnęła jego rękę, otworzywszy szeroko oczy.
– Panno ven Tierne, wiem, że to niezbyt przyjemne, lecz trzeba sprawdzić, co się kryje pod tą skorupą.
Wzdrygnęła się na te słowa i sięgnęła do lewej skroni; faktycznie, to, co była w stanie wyczuć, mogło wzbudzać jak najgorsze obawy, ale chyba nie u doświadczonego żołnierza, jakim był wciąż pochylony w dość niewygodny sposób troll.
– Rany głowy zwykle mocno krwawią – wyjaśnił, rozwiewając jej wątpliwości co do swych kompetencji. – Więc pewnie to nic wielkiego, ale trzeba się upewnić – przerwał, chwytając ją za ramię i uniemożliwiając zmianę pozycji. – Zanim pani wstanie – dodał stanowczo.

***
– Tu nie ma nic! Plaża jest kompletnie pusta! – perorował kapitan Brunnel, zerkając na ocalonych członków swej załogi, jakby szukał u nich pomocy w realizacji szalonego, zdaniem niektórych, planu. – A od zesłania minęło przecież kilkanaście lat!
– Nie pójdę tam z moim dziećmi, rozumie pan? Nie stracę ani jednego więcej!
Marissa obrzuciła szybkim spojrzeniem zaczerwienioną twarz pani Oteas. Świeża rozpacz mieszała się na niej z dziwnie niepasującym do sytuacji oburzeniem. Ciało najmłodszego z potomków gubernatora najnowszego z Dekańskich miast spoczywało za wydmą, wkopane w piasek tak głęboko, jak tylko się dało bez użycia podstawowych narzędzi. Obok niego ostatni odpoczynek znaleźli czterej marynarze z „Biegacza” i królewski kurier. Pozostałych członków załogi ocean zatrzymał dla siebie.
– Gdybyśmy chociaż mieli jednego golema – odezwał się nawigator, a w jego głosie dało się wychwycić słabo tajoną rezygnację.
Wzrok Marissy spoczął na humanoidalnych kształtach omywanych falami wieczornego przyboju. Wyglądały niczym groteskowe dzieła sztuki, niektóre z zadartymi nienaturalnie kończynami, inne leżące płasko, jakby zapatrzone w rozświetlające się pojedynczymi gwiazdami szare niebo.
Zbadali je, gdy tylko oddzielili żywych od martwych i opatrzyli niewielkie na szczęście rany. Na tyle niewielkie, że elfka mogła nadal udawać, że jej talent nie istnieje. Dotknęła głowy zabandażowanej troskliwie przez porucznika podartym na pasy rękawem jego własnej koszuli. To było dziwne: zupełnie jak gdyby morze, wyrzucając ich na opustoszałą plażę, łaskawie traktowało tych, którzy wcześniej dali radę przetrwać jego gniew. Spośród golemów wspomagających zredukowaną do minimum załogę kurierskiego parowca na taką łaskę nie zasłużył jak widać żaden.
– Ale nie mamy! – warknął Brunnel. – Widziałeś shemy, co do jednego zniszczone, nie ma sposobu, by je naprawić i nie ma sposobu, by ktoś nas tu znalazł, zanim zdechniemy z głodu!
– Kapitanie! – głos porucznika był pełen oburzenia. – Prosiłbym, aby powściągnął pan swój język ze względu na damy!
– Ech! – burknął kapitan. – Mówię po prostu jak jest, nie ma co owijać w bawełnę, ładne słówka nijak nie zmienią naszej sytuacji.
– Owszem, sytuacja jest trudna, lecz nie uważam, by musiało to rzutować na obyczaje.
Pani Oteas podziękowała, kapitan wzruszył ostentacyjnie ramionami i zamilkł najpewniej urażony, marynarze poczęli szeptać między sobą coś o Wielkiej Wojnie, a Marissa skupiła wzrok na ciemnej bryle zarytego w dno kilka mil od brzegu „Biegacza”. Pochylona sylwetka parowca wciąż odcinała się od ciemniejącego gwałtownie otoczenia. Wyglądał jak porzucona zabawka, a przecież ledwie wczoraj,  a może przedwczoraj – któż wie, jak długo błąkali się miotani burzą, skoro nie tylko golemy ale i wszystkie chronometry przestały działać – stała na górnym pokładzie rufowym i usiłowała dojrzeć na horyzoncie ląd, który, choć kompletnie nieznany, miał się stać jej domem na resztę życia.
– Jestem głodny, mamo!
Nabrzmiały od pretensji głosik Harry’ego Oteasa wyrwał Marissę z zamyślenia. Spojrzała na niego, a potem na zastygłą twarz porucznika Hemminga – chłopiec krótkim stwierdzeniem uruchomił ciąg myśli. Pojęła, że  ma prawo do zdania, jeśli chodzi o jej własne przetrwanie. Umrzeć w katastrofie morskiej to jedno, umrzeć z głodu na piaszczystej plaży tylko dlatego, że przesąd nie pozwala pójść w głąb lądu…
– Ja – zaczęła niepewnie, lecz nim zdołała wyartykułować choćby słowo więcej, przerwał jej stanowczy głos porucznika:
– Jutro popłynę do „Biegacza”, zrobiłbym to jeszcze dziś, ale rozsądek nakazuje, by poczekać na świt. Z pewnością znajdzie się tam coś do jedzenia, chłopcze. – Troll uśmiechnął się do dziecka, a ono dało się nabrać na pozorną beztroskę i, szczerze uradowane, odpowiedziało tym samym.
– Popłynę z panem – powiedział krępy marynarz, gładząc brodę. – Zobaczymy, jak się ma krystalograf.
– Doskonale, panie Planck.
Hemming ukłonił się krasnoludowi, a Marissa uświadomiła sobie, że oto po raz pierwszy miała okazję słyszeć dobiegający zza imponującego zarostu głos: szef maszyn rzadko w ogóle pokazywał się na pokładzie kuriera. Elfka dopiero teraz zamknęła wciąż otwarte po nieudanej próbie zabrania głosu usta. Powoli przesunęła wzrokiem po towarzyszach. Pani Oteas z wtulonym pod pachę Harrym i nastoletnią córką trzymającą się sztywno tuż za plecami matki. Kapitan Brunnel pochylony niczym jego statek. Nawigator wpatrzony w niebo rojące się od nieznanych Marissie gwiazdozbiorów, nieruchomy krasnolud i trzech marynarzy z zaciśniętymi pięściami, siedzących na uboczu w zwartej grupie.
I ja – pomyślała, czując, iż spóźniona fala strachu podchodzi jej do gardła.
– Powinniśmy się przespać – odezwał się Hemming w chwili, gdy na niego spojrzała.
I on – odetchnęła z niejasną ulgą, jakby sama obecność porucznika mogła cokolwiek zmienić w ich opłakanej sytuacji.

***
Zbudził ją szelest przesypującego się piasku. Porucznik właśnie się podnosił, więc ona też natychmiast stanęła na nogach, a ciężka kurta munduru zsunęła się do jej stóp. Spojrzała na nią zaskoczona.
– Zdawało mi się, iż może być pani chłodno, panno ven Tierne – mruknął Hemming, nie chcąc najwyraźniej budzić pozostałych.
– To bardzo miłe z pana strony, poruczniku – odparła, pochylając się, by podnieść okrycie, co w tej samej chwili uczynił troll.
Spojrzeli na siebie zgięci wpół, z wyciągniętymi identycznie rękami.
– Niepotrzebnie pani wstaje, panno ven Tierne. – Porucznik pierwszy się ocknął i to on podniósł kurtkę. – Do świtu jeszcze daleko.
– A jednak pan wstał! – zaprotestowała, pocierając o siebie palcami, na których wciąż czuła fakturę materiału.
– Owszem – odpowiedział – chciałem zbudzić pana Plancka i ruszyć do wraku już teraz.
– Ależ w takim wypadku nie moglibyśmy wam pomóc, gdyby coś poszło nie tak!
– Panno ven Tierne… – zaczął porucznik i po chwili wahania, nie kończąc, poszedł w kierunku pagórka, który tworzył śpiący krasnolud.
Jego milczenie było dla niej niczym płachta na taurridzie. Towarzyszący jej od momentu odzyskania przytomności strach zmienił się we wściekłość. Może inni, a zwłaszcza ona, nie mogli zbyt wiele, ale nie powinni być odsuwani w ten sposób, niczym dzieci. Zaciskając dłonie w pięści, ruszyła za trollem.
– Zbytek łaski, panie poruczniku! – warknęła, zrównując się z Hemmingiem. – Naprawdę nie musi pan mi oszczędzać zamartwiania się o was, potrafię sobie radzić ze strachem!
– Miałem raczej na myśli to, że będziemy musieli zdjąć ubrania, panno ven Tierne, damie nie przystoi oglądać nagiego dżentelmena, a choć pani pracowała w szpitalu, to jednak panna Aghness jest jeszcze bardzo młoda – wyjaśnił, nie zatrzymując się.
Marissa stanęła jak skamieniała.
Panno ven Tierne.
– Pan mówił do mnie, używając mego nazwiska –  rzekła słabo. – Wczoraj, na plaży… – zająknęła się. – Pan wie, kim jestem?
Porucznik zatrzymał się i powoli odwrócił. Ponad ramieniem elfki zlustrował obozowisko, po czym zapytał:
– Naprawdę ma to dla pani aż takie znaczenie? Teraz? Tu? Gdy wylądowaliśmy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa na brzegu Oolory, gdzie nigdy i w żaden sposób nie powinniśmy nawet móc się znaleźć?
Elfka pochyliła głowę pod jego uważnym, surowym spojrzeniem. Czy miało? Przecież umrze tu, czy to w ciągu kilku następnych dni z pragnienia i głodu, czy nieco później, od choroby, ran, dzikich zwierząt, czy… innych istot. Zadrżała na myśl o tych ostatnich. Zbrodniarze wojenni z Wotanii. Wyrzuceni poza nawias cywilizowanego świata, uwięzieni magicznym paroksyzmem. Nieumarli. Czy zatem fakt, iż porucznik Adam Hemming z Dwudziestego Drugiego Regimentu Piechoty Alfheimu najwyraźniej wiedział, że posądzono ją o nielegalne próby nekromancji, miał jakiekolwiek znaczenie?
– Moim rozkazem było towarzyszyć pani na Dekan i pilnować, by nie próbowała pani wrócić – wyjaśnił, gdy wciąż milczała, nie podnosząc głowy.
– Żebym już nijak nie zaszkodziła dziadkowi – szepnęła.
Cóż za pech dla polityka wnuczka mieszaniec i do tego z wotańskim nazwiskiem po ojcu, szalonym mordercy – pomyślała gorzko.
Od oceanu powiał wiatr, dzień niepoprzedzony nawet krótkim świtem wybuchł w jednej chwili feerią światła. Marissa oddychała z trudem, wzburzona, pełna sprzecznych uczuć, przy których – o dziwo – prozaiczny głód nagle przestał się liczyć.
– To nie jest tak, jak pani myśli, ale to naprawdę już nie ma znaczenia, panno ven Tierne.
– Nie ma? – weszła mu w słowo. – Na pewno? A może dlatego pan nie chce iść w głąb lądu, bo mi pan nie ufa! – Z uniesioną głową i wysuniętym wojowniczo podbródkiem wyrzucała z siebie słowa, sama  nie rozumiejąc, dlaczego go oskarża. – Skoro, jak mówią, sprzyjam Dzieciom Nieumarłej Rzeszy to Purgatoria pełna zbrodniarzy wojennych powinna być dla mnie wymarzonym miejscem, co?
Hemming lekko się cofnął i zmrużył oczy: wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
– Więc dobrze – powiedział w końcu. – Skoro musi to pani usłyszeć, powiem. Pani nie sprzyja Nieumarłej Rzeszy i nie ma niczego wspólnego z nekromancją. Jedynym pani związkiem z magią jest talent do uzdrawiania. Nie jest także prawdą to, czym pani najbardziej się zadręcza. Przecież pani doskonale wie, czym jest klątwa trolli, a czym to, co dotyka alvarów, jak pani ojciec. – Uniesiona ręka porucznika, jasno dała elfce do zrozumienia, że nie powinna przerywać. – Johan ven Tierne, po którym pani odziedziczyła nie tylko włosy, ale i upór, był dżentelmenem, nie mordercą. To był wypadek, nic więcej.
– Znał go pan? – Odważyła się zapytać, podczas gdy jej palce bezwiednie wplątały się w rude, jak u porucznika, loki.
– Nie. – Hemming pokręcił głową, uśmiechając się lekko. Marissa stropiła się; był zbyt młody, by znać jej ojca. – Wiem to wszystko, tak samo dobrze jak pani, bo moje rozkazy pochodzą od pani dziadka, panno Marisso. – Głos porucznika stał się miękki. – Lord Pointer-Brake lęka się o panią. Pozwolił na pani wyjazd tylko dlatego, by jego przeciwnicy nie posunęli się do czegoś gorszego niż oczernianie pani. – Troll zamilkł, po czym dodał jeszcze, jakby chcąc odwrócić jej uwagę od tego, co przed chwilą usłyszała: – A poza tym nie mamy pewności, że to Purgatoria.
– Sam pan przed chwilą powiedział… – zaczęła.
– Powiedziałem – przerwał jej – owszem, wiele na to wskazuje, gwiazdozbiory nad nami, o których mówił pan Hawkes, fakt, że z jakiegoś powodu przestało działać wszystko, co działa dzięki technomagii, te wyspy, które ma pani za plecami – wyliczał spokojnie. – Ale z drugiej strony, jakim cudem przedarliśmy się przez barierę? Przecież to nie powinno być możliwe, prawda?
Oszołomiona jego wywodem przytaknęła bezradnie.
– Czyli pewności nie mamy – podsumował. – Dobrze, a teraz niech mnie już pani dłużej nie zatrzymuje, panno ven Tierne, będziemy mieli jeszcze wiele okazji do rozmowy. – Ukłonił się i pośpiesznie odszedł.


2.

Strumień wił się między karłowatymi krzewami, momentami zanikał, chował się pod ziemię, by po chwili wysączyć się na powierzchnię, tworząc mikrojezioro i znów powędrować dalej w stronę ciemniejącego na horyzoncie lasu.
Trzymali się jego biegu, idąc gęsiego już szóstą, a może siódmą godzinę. Towarzyszyły im chmary hałaśliwych ptaków, a spod nóg uciekały zwierzęta o dziwacznej budowie, najwyraźniej nieprzyzwyczajone do obecności człowieka. Marissa pociła się obficie, mimo rozpiętej głęboko bluzki. Nie chciała pozbywać się jakiejkolwiek części odzieży, pomna na nocny chłód. Wyrzuciła jedynie gorset i zdecydowanym szarpnięciem skróciła spódnicę. Ociężale przestawiała obolałe nogi, a wędrówkę dodatkowo utrudniały buty pozbawione obcasów, gdyż po tym, jak w plątaninie korzeni straciła lewy, ułamanie prawego wydawało się jedynym logicznym wyjściem.
– Nie dotrzemy przed zmrokiem do tego lasu – powiedziała w kierunku szerokich pleców porucznika.
– Dotrzemy zatem do niego jutro – odpowiedział, odwracając się na moment i patrząc na nią krytycznie.
– Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało – wytłumaczyła pośpiesznie, bojąc się, iż uzna ją za defetystkę. – Pan wydaje się być taki pewny siebie! – kontynuowała, prąc naprzód z wysiłkiem i nie zniechęcając się faktem, iż porucznik nie obejrzał się więcej. – Ja po prostu nie mogę przestać się zastanawiać, w jaki sposób chce pan ściąć te drzewa, przetransportować je, połączyć. – Zdawała sobie sprawę, iż jej monolog nie ma większego sensu, a wypływa jedynie z potrzeby zagłuszenia zmęczenia. – A jeśli nawet się to uda. Jakoś. Wymyśli pan coś, albo ta pańska szabla faktycznie wystarczy… – z satysfakcją zauważyła, iż porucznik nie zdołał w tym momencie opanować gestu i położył dłoń na rękojeści jakimś cudem ocalonej broni – To czyż ta sama siła, która tak brutalnie odepchnęła was od „Biegacza”, nie zrobi tego samego z tratwą? – dokończyła i zamilkła, czekając na reakcję.
Hemming posłał jej chmurne spojrzenie, obróciwszy się przez ramię, po czym przeniósł wzrok na sznurek rozbitków i powiedział donośnym nawykłym do wydawania rozkazów głosem:
– Nieco przed nami dostrzegam niewielkie obniżenie terenu, powinno dać nam osłonę przed wiatrem, tam zatem rozbijemy obóz.
Marissa musiała przyznać, iż pewności w jego głosie nie ubyło nawet o gram.
– To już ostatni wysiłek na dziś, panno Aghness – dodał troll, zwracając się do łapiącej krótkie oddechy młodziutkiej Oteasówny. – Proszę, aby się pani na niego zdobyła.
Dziewczyna skinęła głową bez słowa. Jej czerwona z wysiłku twarz lśniła od potu, a dłoń, którą próbowała otrzeć czoło, drżała wyraźnie. Elfka współczuła zarówno jej, jak i starszej pani Oteas. Obydwie damy, skrępowane przez konwenanse, nie pozwoliły sobie na najmniejsze rozluźnienie stroju. Na nią patrzyły ze zgrozą, choć w oczach Aghness błyszczała także zwyczajna zazdrość.
Pochód ruszył i Marissa podjęła przestawianie nóg.
– Panno ven Tierne – odezwał się porucznik po chwili, zaskakując ją cichym głosem; najwyraźniej nie chciał, by to co mówi doszło do uszu pozostałych rozbitków. – Ja niczego nie wiem. Ja tylko mogę próbować. Skoro nie udało się wpław, być może tratwa obsadzona nie jednym, ale kilkoma silnymi dżentelmenami zdoła pokonać prąd. To na razie najlepszy pomysł, skoro wciąż możemy mieć nadzieję, iż krystalograf na parowcu działa. Jeśli to się nie uda, bądź jeśli nie zadziała, pozostanie nam palić ogniska na brzegu i się modlić, co będę czynił dopóki nie nadejdzie czas na śmierć.
 Serce elfki przyśpieszyło. Głuche uderzenia rezonowały w uszach, przysłaniając nawet niecichnący gwar przyrody. Hemming nie powiedział niczego więcej, a ona nie znajdowała słów, aby mu odpowiedzieć. Własne wątpliwości nagle wzbudziły w niej obrzydzenie, a myśl o napadach złości, nieudolnie maskujących strach, wywołała palący rumieniec wstydu.
Tyle, że łowione ryby jemy na surowo, bo nie mamy czym rozpalić ognia, pomyślała chwilę później.
Nie odezwała się jednak. Pojęła bowiem, że złamanie wiary trolla będzie dla nich oznaczać klęskę. Szła zatem wpatrzona w rozdarcie materiału na ramieniu porucznika, coraz częściej się potykając, walcząc ze zmęczeniem i ze łzami idiotycznie wzbierającymi w oczach.
Tymczasem teren faktycznie zaczął się obniżać, najpierw łagodnie, a potem zadziwiająco stromo. Porucznik zwolnił, ostrożnie stawiając stopy, a Marissa ze zdumieniem uświadomiła sobie, że to, co w drgającym z gorąca powietrzu brali za oddalone krzewy, w rzeczywistości jest czubkami drzew rosnących w głębokiej rozpadlinie. Schodzenie stało się uciążliwe i Marissa już otwierała usta, by zapytać, czy ma sens zapuszczanie się tak głęboko w nieznany mrok, gdy porucznik zniknął, a pół uderzenia serca później poczuła, że jej stopy tracą oparcie. Pytanie zmieniło się w nieartykułowany wrzask. A potem uderzenie w plecy odebrało jej oddech i elfka na moment straciła przytomność. Gdy się ocknęła wokół niej panowała ciemność, którą starała się odpędzić, mrugając rozpaczliwie – bez skutku.
– Przepraszam! – zaczęła idiotycznie, jednocześnie gramoląc się na kolana. – Panie poruczniku! Kapitanie! Pani Oteas! – Dłonie zapadały się w miękkie ciastowate podłoże, a głos z każdą chwilą stawał się wyższy. – Jest tu kto?
Odpowiedziała jej głucha cisza. Spanikowana, usiłowała wstać, lecz zaraz, przerażona wyczuwalną przestrzenią, skuliła się z powrotem.
– Panie poruczniku! – wydusiła rozpaczliwie. – Panie Planck…
Nagle pomieszczenie zaczęło się rozjaśniać nienaturalnym blaskiem emanującym z podłoża i wcale nie tak odległych ścian. Wraz ze światłem wokół elfki pojawiły się dźwięki. Przyciskając dłonie do serca, jakby chciała je uspokoić, rozejrzała się dookoła. Reszta rozbitków, podobnie jak ona, nieporadnie gramoliła się na nogi, a mały Harry popłakiwał w ramionach krasnoluda, który niósł go całą drogę i najwyraźniej nie wypuścił także w trakcie upadku.
– Porucznik! – krzyknęła z nową porcją lęku w głosie; Hemminga bowiem między nimi nie było.
– Tam! – Palec Aghness Oteas był wycelowany w coś za plecami elfki; dziewczyna sprawiała wrażenie skamieniałej z przerażenia.
Marissa powoli się obróciła, a widok, jaki ujrzała, wstrząsnął nią do głębi i, choć zdawało się to niemożliwe, jeszcze mocniej ją wystraszył. Oto porucznik Adam Hemming stał sztywno wygięty w łuk z rozrzuconymi na boki rękoma. Palce lewej zaciśnięte były kurczowo na jakimś przedmiocie, którego nie rozpoznawała, prawej zaś rozczapierzone do granic możliwości. Troll szczerzył zęby, spieniona ślina ciekła mu po podbródku. Wywrócone białka drgały spazmatycznie. Wyglądał jakby poraził go piorun i elfka umiała myśleć tylko o cierpieniu widocznym na jego wykrzywionym obliczu.
– On wpadł w szał! – wrzasnęła pani Oteas, jakby zapominając o wieku porucznika. – Pozbija nas wszystkich, panowie, zróbcie coś!
Marissa w jednej chwili stanęła na nogach. Rzuciła się przed siebie, stając między Hemmingiem a resztą ocalonych. Niezdecydowani marynarze zatrzymali się wpół kroku przed jej uniesioną dłonią.
– Nie dotykajcie go! Nie ważcie się! – niemalże wysyczała, nie panując nad sobą.
– On coś mówi – odezwała się Aghness, której twarz wciąż nie odzyskała właściwych barw.
Elfka obejrzała się przez ramię. Zmieniony, mechaniczny głos porucznika z trudem wydobywał się przez wciąż zaciśnięte zęby, gałki oczne zamarły w bezruchu, a ślinienie ustąpiło.
– Nie odejdą stąd, nie zdołają, będą spać, ukryte, bezpieczne, nie ma ratunku, nie ma życia, nie ma wolności, bezpieczne, schowane, żywe, martwe, bezczas, bezmiar, wieczność, zawsze, władcy nieba, władcy świata, ostatni ze swego gatunku, nie umrą, nie żyją…
Ostatnie słowo wydłużyło ciężkie westchnienie; przez ciało porucznika przeszedł dreszcz, a potem troll, bezwładnie niczym podcięte drzewo, zwalił się na podłogę jaskini. Marissa natychmiast znalazła się przy nim. Przesuwała rozgrzanymi dłońmi po twarzy Hemminga, ocierając ślinę i pot. Szeptała wprost do ucha nieskładne prośby o otwarcie oczu, szukając obrażeń, którym mogłaby zaradzić. Panika utknęła jej gdzieś na wysokości mostka, powodując fizyczny ból, w skroniach huczały młoty.
– Już w porządku, panno ven Tierne – usłyszała w końcu. – Nic mi nie jest.

***
– Widziałem, jak spadały bezwładnie do oceanu – mówił cicho porucznik, bawiąc się niepozorną wysuszoną kością.
Siedzieli skupieni wokół niego pod jedną ze ścian, która emanowała nie tylko światłem, ale i przyjemnym ciepłem.
– Wielkie i majestatyczne – kontynuował, zaciskając dłoń na znalezisku, co za każdym razem przyprawiało Marissę o mocniejsze uderzenie serca w obawie przed kolejnym atakiem. – Spadały i kamieniały unosząc się przez chwilę na powierzchni, by potem opaść na dno. I wciąż startowały następne, usypując stosy, które w końcu zaczęły się wynurzać na powierzchnię.
– Uparte bestie – pokręcił głową Brunnel. – Powinny znacznie szybciej pojąć, że to doprowadzi do zagłady.
– Przecież ona nastąpiłaby i tak – szepnęła Aghness, a elfka rzuciła jej uważne spojrzenie. Młodziutka dama była wyraźnie przejęta losem stworzeń, o których opowiadał Hemming. – Jak niby dałyby radę tu przetrwać w takiej ilości?
– Wylęgarnia smoków! – zagrzmiał krasnolud. – To aż nieprawdopodobne. Może to tylko niewczesny żart?
– Żart? Widział pan, co się działo z porucznikiem!
– To kwestia poczucia humoru – odparł Planck, lecz widząc karcący wzrok Marissy, szybko dodał: – Wybaczy panienka, moje też nie jest najwyższych lotów.
– Ale żeby nagle nie mogły stąd odlecieć? – rozważał kapitan. – I żeby było ich aż tyle? Przecież wysp wokół Oolory jest mnóstwo!
– Jest tylko jeden sposób, by sprawdzić, czy to prawda – odezwał się milczący od dłuższej chwili Hemming. – Znajdziemy te jaja, jeśli faktycznie są tu gdzieś ukryte! – Dłoń porucznika zacisnęła się z siłą, od której zbielały knykcie. – A potem zbudujemy tratwę, uruchomimy krystalograf i wrócimy do Alfheimu z naszym znaleziskiem.
Dziesięć par oczu wpatrywało się w niego niczym w niebezpiecznego szaleńca. Nawet Harry zdawał się rozumieć, iż porucznik snuje w tej chwili wizje znacznie przekraczające ich możliwości. A jednak nikt nie zaoponował. Aura pewności otaczająca młodego trolla rozciągnęła się na całą grupę. Marissa przymknęła powieki.
Smoki. Jak w bajkach dziadka. Z żywego ciała, nie stali.
Kolejno wywoływała w myślach twarze rozbitków.
– Uda się – powiedziała, nie otwierając oczu.


KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz