Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 21 czerwca 2015

Mad Max: Na drodze gniewu – stek bzdur vs przypowieść

(źródło)


Cztery słowa wstępu: rzadko piszę o filmach.

Na tyle rzadko, że nie do końca wiem jak się do tego zabrać. Może więc zacznę od tego, iż na decyzję o pójściu do kina na ten akurat film a do kina chodzę równie rzadko, co piszę o filmach, bo wszystkiego jest dla mnie w kinie za dużo: za dużo kolorów, za dużo dźwięków, za dużo metrów kwadratowych ekranu; po każdym seansie boli mnie głowa złożyły się trzy czynniki. 

Pierwszym był swoiście pojęty dziecięcy sentyment. Tak jak większość "odgrzewanych kotletów" mnie nie kręci, tak akurat z Mad Maxem miałam ochotę się w pewnym sensie rozprawić po latach. Kręcone w latach 1979-1985 filmy z Melem Gibsonem sprawiły bowiem, że do dziś nie jestem wielkim fanem gatunku post-apo. Do każdej produkcji o takiej tematyce – czy to filmowej, czy to książkowej – podchodzę nieufnie i ostrożnie. I wcale nie dlatego, że uważam stare "Mad Maksy" za złe filmy. Nie wiem jakimi są filmami, bo ich prawie nie pamiętam, a jako dziecko nie oglądałam ich przecież w sposób pozwalający na jakąkolwiek ocenę teraz. Wiem tylko, że mnie przygnębiały, że się bałam i zostawałam w poczuciu beznadziei i świadomości, że ludzie lubią sobie nawzajem robić krzywdę. Nigdy nie powtórzyłam oglądania jako człowiek dorosły. Tymczasem pan George Miller postanowił niejako dać mi szansę na zmierzenie się z demonami dzieciństwa i wyrobienie sobie nowego poglądu na post-apo.

Drugim były oceny i opinie znajomych. Skrajnie różne. Trudno bardzo, żeby się w człowieku nie objawiła chęć przekonania się osobiście, czy jemu rzecz przypadnie do gustu.

Trzecim najpewniej decydującym, bo w końcu na okoliczność dwóch pierwszych mogłam spokojnie poczekać aż film wejdzie do wypożyczalni fakt, iż naprawdę od czasu do czasu mam ochotę na kinowe widowisko. Mimo tych wszystkich konsekwencji, o których pisałam wyżej, mimo tej przykrej nieumiejętności zintegrowania wrażeń atakujących bezlitośnie wszystkie moje zmysły naraz, mimo łupiącego bólu głowy po wyjściu na światło. Nie wiem, co to. Wrodzony masochizm, czy tylko krótka pamięć?

Czas jednak przejść do filmu. Choć może nie. Może jeszcze słówko o reklamach... O tym też zapominam, idąc do kina że należy się bezwzględnie spóźniać, bo inaczej człowiek się zmęczy, zanim zacznie się film właściwy. Chciałam niniejszym złożyć nic nie znaczący protest przeciwko tak ogromnej ilości reklam przed seansem. OK. Wypowiedziałam się. Lepiej mi.

Teraz film. Wreszcie. I będą spoilery. Nie umiem pisać o filmach, więc to raczej notka dla tych, którzy widzieli, albo oglądać nie chcą. W każdym razie dalej każdy czyta na własną odpowiedzialność.

Pierwsze, co się ciśnie pod palce, to rozmach. Tak. Wszystko tam jest ogromne, potężne, mocne, silne. Ogromne są puste przestrzenie, po których ściga się Max z oprawcami. Ogromna jest naturalna twierdza Wiecznego Joe, z czupryną zieleni na dachu, maszyneria zwodzonego mostu: łańcuchy, koła zębate i te łopaty, po których kroczy z wysiłkiem ludzki napęd. Ogromny jest hałas, gdy pracują potężne silniki V8, ogromnie dużo wody się marnuje, gdy Wieczny Joe w swej łaskawości wylewa ją na ogromny kłębiący się u stóp skały tłum, ogromnie dużo paliwa potrzeba, by to wszystko funkcjonowało.

I ja-oglądacz krzywiłam się, patrząc na to. Szukałam sensu i logiki. Skoro katastrofa, skoro resztki, skoro walka o przetrwanie, to skąd oni czerpią materiały na te wszystkie maszyny, kunsztowne drobiazgi, niepotrzebne zdobienia? Po co Joemu ten tłum na dole? Co to ma niby być z tym przetaczaniem krwi? Gdzie gorączka, zakażenie i przede wszystkim wykrwawienie się dawcy? Nie byłam w stanie zrozumieć intrygi, czy oni jadą po paliwo? Jak mają kogoś przekupić paliwem, skoro go nie odebrali? Na co liczą? Co się tam w ogóle dzieje?

A potem była scena burzy.

A potem się ocknęłam po scenie burzy, siedząc z kolanami pod brodą i suchymi od niemrugania oczami. 

A potem fabułę postrzegałam już tylko marginalnie, a całość obrazu Georga Millera przestała być dla mnie rozrywkową opowieścią, a stała się przypowieścią. Świadomie wykreowaną przez autora legendą, mitem, ale najbardziej przypowieścią właśnie. Nie widziałam bzduryzmów, lecz symbole. Czyste mimo wszelkich przejść twarze Czystych; samotne, pozbawione Adamów, stare Ewy, które nie mają gdzie i jak zasiać przechowywanych troskliwie ziaren; decyzja o przeprawie przez solnisko niczym wędrówka Narodu Wybranego przez pustynię. I zmiana tej decyzji, rezygnacja z ułudy, która najpewniej do niczego nie doprowadzi, porzucenie kolejnej niewiadomej, a zamiast tego wzięcie spraw we własne ręce, świadomy wybór konkretnego, znajomego Edenu, o który trzeba walczyć. I to, że Max do Raju nie wszedł. Nie mógł? Nie czuł się godny? Za mało odkupienia? 

Nie przeszkadzało mi, że nie wiem, skąd Joe w ogóle wziął Czyste. Obchodziła mnie jego walka o zdrowe geny, o naprawienie-odrodzenie ludzkości. Tak go postrzegam przekonała mnie scena, w której wywrócił swój pojazd, nie chcąc przejechać ciężarnej Angharad. Trudno jest być władcą absolutnym. A jego państwo do pewnego momentu działało. Indoktrynacja Trepów na przykład działała wspaniale. Podobała mi się spójność wiary w technologię kult V8 w połączeniu z potrzebą posiadania wyższego celu Valhalla. Połączenie techniki i magii. Nie pierwsze przecież w popkulturze.

Nie przeszkadzało mi, że nie wiem skąd się wzięły kruki na pustkowiu. Były zawiedzione nadzieje musiały być kruki. Proste. 

Nie przeszkadzał mi absurd płonącej gitary, gigantycznych werbli i głośników. Wszystko było ogromne, więc i dobosze zostali odpowiednio podrasowani. A ponadto cała maszyna skojarzyła mi się z hasłem panem et circenses. Współczesne igrzyska to wszak mecze sportowe i jakby nie było koncerty, także najczęściej odbywające się właśnie na stadionach. Rolę chleba zaś w Mad Maxie pełni woda. Woda, która w przeciwieństwie do jakiejkolwiek strawy, pojawia się na ekranie wcale często. Czy to celowe podkreślanie jej znaczenia?

Nie przeszkadzała mi prostota fabuły, brak logiki w przedstawionych wydarzeniach (motyw spotkania kobiety z plemienia Furiosy na słupie i całego spotkania z plemieniem Furiosy w ogóle) i działaniach bohaterów, miotanie się w tę i z powrotem. Wystarczy poczytać Eddę, czy jakąkolwiek inną mitologię. Tam też wątki snute są bez dania racji prawom rozsądku, a podejmowanie decyzji przez herosów odbywa się na zasadzie bo tak. Jak dla mnie cały ten brak realizmu jest celowy. To znak nie patrzcie tylko na to, co widzicie. To pozłota. Wszystkie te dziwaczne pojazdy, gogle (bo gogle nigdy nie są złe^^), mechaniczne gadżety i wybuchy to po to, by dostarczyć oglądaczom igrzysk. A pod ich przykrywką przekazać opowieść o herosach, biorących na barki odrodzenie Ziemi po katastrofie. I powiem jeszcze coś doceniam, iż rola ta na końcu przypada kobietom. Jest w relacji Furiosy i Maxa jakieś odwrócenie zakorzenionego w tradycji układu, gdy to mężczyzna podejmuje działanie, a kobieta stanowi jego wsparcie, cień, wytchnienie. W świecie przedstawionym Mad Maxa mężczyzna już próbował. Teraz kolej na kobiecą rękę.

Tyle ja zobaczyłam w najnowszej odsłonie post-apokalipsy pana Millera. Nie tylko kolejne epickie show, oszałamiające efekty specjalne, wybuchy, kaskaderskie popisy, dobrą zabawę kostiumologów i charakteryzatorów, choć to nie będę się wypierać także zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jednak to, co dostrzegłam pod spodem podobało mi się bardziej.


Tytuł: Mad Max: Na drodze gniewu
Premiera: 7 maja 2015 (świat), 22 maja 2015 (Polska)
Reżyseria: George Miller
Scenariusz: Nick Lathouris, Brendan McCarthy, George Miller
Produkcja: Australia, USA
Muzyka: Junkie XL
W rolach głównych: Tom Hardy (Max), Charlize Theron (Furiosa), Nicholas Hoult (Nux), Hugh Keays-Byrne (Immortan Joe)

9 komentarzy:

  1. Bardzo, bardzo podoba mi się postrzeganie filmu jako przypowieści <3
    No i ten... w ogóle to się zgadzam, no. xD
    Choć jak teraz o tym myślę, to trochę może szkoda, że się dość dużo kręciło wokół tej wody, podczas gdy jednak Mad Max (ha, obejrzałam, to jestem mądra!) przedtem kręcił się wokół paliwa. Tutaj mamy odrzutowe gitary i inne dziwności, które sprawiają, że trudno dopatrywać się w filmie walki o paliwo.^^

    Ale i tak lubię. Nux <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Niewiele pamiętam z trzech pierwszych Mad Maksów, ale walkę o paliwo, kanistry i kaszlące silniki pamiętam bardzo dobrze, bo to było mega-eksponowane i pewno dlatego właśnie zwróciłam uwagę na to, że tu w odsłonie najnowszej w sumie mieli tego od cholery i trochę. I to też pobudziło szukanie przyczyn takiego stanu rzeczy, takiego odwrócenia.

      A Nux i dla mnie był zdecydowanie udaną postacią - spójną i konsekwentną.

      Usuń
  2. Tak, jest w tym filmie moment, w którym człowiek przestaje dopatrywać się nieścisłości logicznych i uświadamia sobie, że nie, zdecydowanie nie o to tutaj chodzi. Dla mnie tym momentem było wejście gitary-miotacza ognia - wtedy się zrelaksowałam, oparłam wygodniej i po prostu chłonęłam. To jest blockbuster, tak, ale takiego jeszcze nie widziałam, bo jest zrobiony z głową i w bardzo celowy sposób. Od kiedy postawienie na fabułę w blockbusterze się opłaciło? Miller wie, że nie, więc postawił na inne rzeczy. Na Furiosę (jest przyczyna, dla której internety ją pokochały), na kontrasty, na hasła, dzięki którym widza dopowiada sobie resztę.
    Także ten, też się zgadzam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się bardzo cieszę, że jakimś cudem nie zdołałam się natknąć na żadną recenzję przed wyjściem do kina. Wszystko, co do mnie docierało to pojedyncze słowa, czy zdania. Dzięki temu mogłam samodzielnie wchłonąć, przetworzyć i się zachwycić.

      Usuń
  3. A ja Joe odebrałem chyba troszkę inaczej. Dla mnie to postać jednoznacznie zła. Zła do tego stopnia, że należało to jeszcze podkreślić szpetotą samego ciała. I rozumiem po co był mu ten dziki tłum kręcący się gdzieś tam pod nogami i wyczekujący wody. Przecież Wieczny Joe był bogiem, a bogowie potrzebują wyznawców. Nie sądzę, żeby żywił do Czystych jakieś wyższe uczucia. Owszem ściga je za pomocą wszelkich dostępnych środków, ale czy to nie jest pościg wynikający po prostu z urażonej męskiej dumy? Czy to nie pościg o zachowanie twarzy? Zgadza się, przewrócił samochód, żeby ominąć Angharad. Głośno lamentował niosąc ją na rekach, ale potem bez mrugnięcia okiem kazał ją rozkroić, żeby wyciągnąć na świat dziecko. Dziecko, jak głosił lekarz(?), było idealne w każdym calu, ale przecież sam lekarz nie mógł nic innego powiedzieć. To był w końcu boski syn, musiał być idealny. Wtedy do mnie dotarło, że to nie o Czyste się martwi, ale o ich dzieci. I nie widzę w tym troski o świat, widzę jedynie troskę zachowanie status quo.

    No i jest jeszcze coś, co mi troszkę dzwoniło w głowie, co i rusz Czyste powtarzają "Kto zniszczył świat?", zazwyczaj mówią to w kontekście Joe, ale zdaje się raz pojawia się to w odniesieniu do Maxa, a przecież chodzi ogólnie o mężczyzn. To mężczyźni doprowadzili do wojny, to oni zniszczyli świat. Więc chyba czas spróbować czegoś innego i to być może dlatego Max nie mógł wejść do raju, on jest takim samym reliktem jak trzej patriarchowie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oceniałam Joego w kategoriach zła i dobra. W ogóle chciałam pójść w powyższym wpisie drogą bez jakichkolwiek ocen moralnych. Widzę wspomnianą przez Ciebie troskę o to, by istnieli wyznawcy, a także o to, by było komu zostawić królestwo. Zwykłą troskę monarchy absolutnego. Nie szukał Czystych mężczyzn, żeby ich łączyć z Czystymi kobietami, wiem to. To może zachwiać moją teorią o tym, że działa dla dobra ludzkości. Ale żaden król by tego nie zrobił.

      Wróć. Tu przypomniał mi się Artur z "Mgieł Avalonu" zdaje się, który się podzielił Ginewrą z Lancelotem. Cóż. To był jego błąd.

      Żaden rozsądny król, by tego nie zrobił. Także z tego względu, o którym mniej więcej pisałeś, nazywając dziecko boskim synem - tylko król jest godny roli odkupiciela.

      A co do bycia reliktem przez Maksa - podoba mi się ta interpretacja, a jednocześnie - jednak bez Adamów, Ewy nie odrodzą ludzkości. Tylko kooperacja może ich uratować. Albo jedynie osiągną stan godnej śmierci gatunku.

      Usuń
    2. A mnie tak tknęło w ogóle - ile Żon ostatecznie zostało? Zginęła tylko ta na A, czy jeszcze któraś?

      A Joe chyba szukał czegoś w rodzaju Czystych... znaczy no: pytał Ekologa, jaki był syn. Było dla niego ważne, żeby potomstwo było idealne. Przypuszczam, że miał dość karłów z powykręcanymi nóżkami, jakichś parchów, guzów i braków umysłowych. Wciąż starał się o tego idealnego syna.
      W ogóle to dość tragiczne jest, jak teraz o tym myślę. To był bardzo smutny król.

      Usuń
    3. Tylko Piękna Angharad zginęła. Pozostałe cztery wróciły z Furiosą.

      Usuń
    4. Ach, ok. Myślałam, że któraś jeszcze. To nieważne w takim razie. :D

      Usuń