Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 18 czerwca 2015

Patrick O'Brian – "Wojenne losy"

Autor: Patrick O'Brian
Tytuł oryginału: The Fortune of War
Rok pierwszego wydania: 1979
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, Poznań 2006
Liczba stron: 444
Tłumaczenie: Marcin Mortka

Przeczytane: 7 czerwca
Ocena: bardzo dobra rzecz dla wszystkich miłośników morza, osobiście uwielbiam <3

"Operacja, która została przeprowadzona na otyłym i bojaźliwym pacjencie, okazała się o wiele bardziej skomplikowana, niż się obaj lekarze spodziewali. Wreszcie jednak dobiegła końca i nie dość, że sama w sobie zakończyła się powodzeniem, to jeszcze istniało spore prawdopodobieństwo, iż pacjent wyjdzie z niej z życiem."

Ponad półtora roku temu pisałam o pierwszej części serii przygodowej autorstwa Patricka O'Briana, której bohaterami są kapitan Jack Aubrey i doktor Stephen Maturin służący razem na okrętach Jego Królewskiej Mości w okresie wojen napoleońskich. Ta właśnie seria stała się inspiracją dla najlepszego w mojej opinii filmu o brytyjskiej marynarce wojennej jaki kiedykolwiek nakręcono: Pan i władca. Na krańcu świata.

W moim wyzwaniu na ten rok znajdują się aż trzy powieści z tej serii. Oczywiście, gdy wreszcie los padł na jedną z nich, musiała to być szósta, bo przecież nie któraś z wcześniejszych, żebym miała sporo zagwozdek i musiała sobie dopowiadać. Ważne spostrzeżenie na samym początku nie zepsuło mi to radości z czytania i nie podejrzewam też, by znajomość pewnych faktów psuła mi radość z czytania wcześniejszych. Nie jestem jednak typem czytelnika histerycznie bojącego się spoilerów. Czytam nie tylko po to, by być zaskakiwaną samym rozwojem wątków, ale przede wszystkim dla znajomości sposobu w jaki autor doprowadzi do konkretnych sytuacji. Z tego powodu nie należy mi ufać akurat w tej kwestii i pewno lepiej brać się za czytanie po kolei.

" Och kobiety! powiedział sam do siebie. Jakże ja marzę, byście skruszyły kiedyś wręgi oraz deski poszycia i wślizgnęły się na pokłady okrętów na morzu by wprowadzić tu nieco cywilizacji, nawet jeśli kosztem tego miałoby być zepsucie moralne."

Patrick O'Brian już w pierwszym tomie zachwycił mnie szczegółami opisu życia na okręcie wojennym, doskonałą znajomością jego budowy, takielunku i wszelkich innych parametrów, a także precyzją opisów manewrów bitewnych. Jego książki to prawdziwe małe encyklopedie, tyle, że rozbudowane o bohaterów i fabułę. Z mojego punktu widzenia idealny podręcznik do nauki. Tom szósty pod tym względem nie zawodzi, choć bohaterowie znacznie więcej czasu spędzają na lądzie.

Książka czytała się gładko i szybko, a jednocześnie cały czas miałam wrażenie, że nic się w niej nie dzieje. Jeszcze w trakcie czytania zaczęłam się zastanawiać nad tym zjawiskiem. Przecież były i bitwy morskie, i pościgi na lądzie, i błąkanie się w łodzi ratunkowej po oceanie po katastrofie okrętu, i tajemnice szpiegowskie, i wątki obyczajowe... Więc jakie nic się nie dzieje? I w końcu pojęłam w czym tkwi haczyk. Ten pozorny brak akcji to tylko moje wrażenie wywołane stosunkiem bohaterów do niebezpieczeństwa. Przysłowiowa angielska flegma w doktorze Maturinie i kapitanie Aubreyu sięga ideału. Totalny spokój w obliczu zagrożenia zdrowia, życia czy wolności, to dla mnie dowód na niezwykłą odwagę, która dla bohaterów powieści (i to nie tylko głównych, ale właściwie wszystkich) zdaje się być chlebem powszednim. Marynarze Jego Królewskiej Mości doskonale pojmują niebezpieczeństwo i przyjmują je bez mrugnięcia okiem, jak stan normalny, a jedynym ich zmartwieniem jest obawa przed porażką, albowiem to przyniosłoby ujmę Brytanii. Zmylili mnie tym spokojem. Skoro oni zdawali się nie przejmować i ja się nie przejmowałam.

"<<Całkiem zapomniała, że istnieje różnica między tym, co można, a czego nie można powiedzieć>> pomyślał Stephen. Jeszcze parę lat takiego życia i nie będzie miała skrupułów, by pierdnąć w towarzystwie"

O ile akcja pierwszej części "Dowódca Sophie" rozgrywała się zasadniczo na morzu, o tyle w części szóstej bohaterowie sporo czasu spędzają w Bostonie, a dzięki doktorowi czytelnik zyskuje szansę na poznanie codzienności amerykańskiego miasta z roku 1812. Państwowość amerykańska wciąż jest świeża, a ówczesny Boston tak dalece odbiega od wizji, jaką jego nazwa budzi w mojej głowie, że czerpałam z faktu poznawania go dodatkową przyjemność. Muszę przyznać, że ta lektura uświadomiła mi, jak mało wiem o początkach Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ta część powieści była dla mnie niczym zmagania z nieodkrytym lądem.

Nie bez powodu wybrałam także takie, a nie inne cytaty do okraszenia niniejszego wpisu. Pozornie nie przystają swą treścią do przygód dzielnych wilków morskich (choć to słowo nie bardzo pasuje do Stephena Maturina, który po wielu latach na morzu wciąż nie odróżnia fału od szotu), lecz rzeczone wilki tym razem sporo czasu poświęcają sprawom damsko-męskim. Wątki obyczajowe zajmują w tekście sporo miejsca, lecz odniosłam wrażenie, że dla autora nie są tak istotne, jak wątki marynistyczne. Co nie znaczy, że sobie z nimi nie radzi. Doktor Maturin w roli mężczyzny cierpiącego z powodu miłosnych uniesień jest przekonujący, a jednocześnie wydawał mi się tak bardzo inny, niż dzisiejsi kochankowie.

" Cóż za bzdura, Jack. Samo słowo "zaproszenie" daje do zrozumienia, ze człowiek zapraszany ma jakiś wybór, w tym możliwość odrzucenia go. Żądanie, by ktoś z ochotą i radością przyjął twą gościnę, jest równie realne jak zmuszenie kobiety, by cię pokochała."

Długo się zastanawiałam jak scharakteryzować styl autora. Jest przejrzysty. Dokładny. W pewnym sensie suchy. Patrick O'Brian opowiada, nie pokazuje. I ta metoda u niego się sprawdza. Czytelnik staje się słuchaczem, odbiorcą faktów. Jednocześnie może wierzyć słowom bohaterów, bądź nie, kupować ich domysły, bądź się z nimi sprzeczać. Inaczej rzecz ma się z narratorem. Ten ostatni u O'Briana ma bowiem zawsze rację wie wszystko i prawdę mówiąc nie przyszłoby mi do głowy, by z nim dyskutować. I muszę przyznać, że to także się sprawdza. 

Jest coś niesamowitego w czytaniu o wyzwaniu na pojedynek fregat posyłanym przez kapitana do kapitana, o zachwytach nad honorem i odwagą tych, którzy nie unikają bitwy, a nade wszystko prą do niej, o bitewnym uniesieniu, gdy kapitan na co dzień wykluczony z okrętowej wspólnoty staje się równy majtkowi, o wymianie listów do żon, by ten kto przeżyje mógł dostarczyć ostatnie słowo małżonka wdowie. Z mojego punktu widzenia niesamowitość wzrasta, gdy czytanie to przypomina patrzenie przez grubą, dźwiękoszczelną szybę. Ten rodzaj narracji przywodzi mi na myśl "Salambo" Flauberta. Lubię to.

"Sądził, iż będzie kochał Dianę po wsze czasy, aż po ostatnią zapisaną sylabę pamiętnika. Nigdy sobie tego co prawda nie obiecywał, ale nie było takiej potrzeby, gdyż nieustająca miłość do Diany wydawała mu się czymś równie pewnym i oczywistym, jak wschód słońca każdego dnia. Przecież nikt nie składa przysięgi, że będzie oddychał przez cały dzień ani że po dodaniu dwóch dwójek otrzyma cztery."

Nie mogę też przejść obojętnie obok poniższego fragmentu:

" [...]Czy naprawdę jest to statek z zamontowanym silnikiem parowym? Co jest źródłem jego napędu?
Silnik napędza dwa wielkie koła, przypominające nieco młyńskie, które są umieszczone na obu burtach powiedział Broke. Taki statek może się poruszać nie tylko pod wiatr, czy pod prąd, ale nawet podczas ciszy morskiej. Spotkanie z nim w wąskim kanale podczas bezwietrznej pogody nie należałoby do przyjemności." 

Sami rozumiecie. Silnik parowy. Dwa wielkie koła. I te sprawy... <3
Tak. Już wtedy. Pierwsze pogłoski, pierwsze pomysły szaleńców. Można rzec, że oto zaczęła się era walki maszyn z żaglami. Długo, oj długo, będą się dzielni kapitanowie bronili przed montowaniem brudzących, głośnych i brzydkich silników na ich ślicznych okrętach. I ja ich potrafię zrozumieć. I jednocześnie... cóż, postęp jest nieubłagany^^

Z sympatii do O'Briana narodziła się we mnie potrzeba sięgnięcia po książki Marcina Mortki, który tłumaczył przygody Stephena i Jacka. Pierwszy tom "Karaibskiej krucjaty" jest na kundelku i nawet go nadgryzłam. To był przyjemny kęs.



PS. Kolejna pozycja wylosowana przez sierotkę to "Wichrowe Wzgórza". Czyli mały skok w przód jeśli chodzi o czas akcji i w tył jeśli chodzi o czas tworzenia ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz