Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

sobota, 11 lipca 2015

Emily Jane Brontë – "Wichrowe Wzgórza"

Autor: Emily Jane Brontë
Tytuł oryginału: Whutering Heights
Rok pierwszego wydania: 1847
Wydawnictwo: Świat Książki, Warszawa 2009
Liczba stron: 336
Tłumaczenie: Janina Sujkowska

Przeczytane: 23 czerwca
Ocena: nie podobała mi się, ale przyniosła sporo myśli i zapadła w pamięć

"Heathcliff wstał, lecz nim zdążył dobitniej wyrazić swoje uczucia, zadzwoniły podkowy na bruku podwórza, potem dało się słyszeć delikatne pukanie i wszedł Edgar Linton, cały rozpromieniony z powodu niespodziewanego zaproszenia. Katarzynę musiało uderzyć przeciwieństwo między młodzieńcami, gdy jeden wychodził, a drugi wchodził. Różnica była taka jak między górzystym pustkowiem pokrytym szybami węglowymi, a piękną, żyzną doliną."

Próbuję sobie przypomnieć, jak to się stało, że w ogóle pożyczyłam "Wichrowe Wzgórza" i książka mogła się znaleźć na liście wyzwaniowej. Czy powodem był fakt, że została napisana w XIX-tym wieku? Czy to, że akcja rozgrywa się na wrzosowiskach, do których mam sentyment usprawiedliwiony kilkoma przygodami Sherlocka Holmesa? Czy jednak największą rolę odegrało mętne wspomnienie Ralpha Fiennesa w roli Heathcliffa? Pewnie wszystko na raz wywołało u mnie przeczucie dobrej lektury, a fakt iż książka należy do klasyki literatury angielskiej dodatkowo mnie uspokajał.

Spodziewałam się wszystkiego, ale nie nudy, irytacji pogłębiającej się z każdą chwilą i głębokiej niechęci do wszystkich bohaterów. No i narrator. Czy raczej narratorka, bo mężczyzna który stanowi klamrę i jako nowy dzierżawca Drozdowego Gniazda pakuje się w zakończenie mrocznej historii rodziny Earnshawów to tylko taka podpucha, narratorem właściwym jest pani Nelly Dean, służąca, która dziwnym trafem jest zawsze i wszędzie i potrafi ze szczegółami opowiedzieć, co też działo się przez lata w mrocznym domostwie na Wichrowych Wzgórzach i smutnym Drozdowym Gnieździe. 

"Doszłam wówczas do wniosku, że ja jedna byłam winna wszystkich nieszczęść moich pracodawców"

Przytoczony cytat stanowi to miejsce w tekście, przy którym niemal klasnęłam w ręce, gratulując narratorce trafnego spostrzeżenia. Ona co prawda zaraz wyjaśnia, że to nie było tak, że to tylko przygnębienie przyniosło jej te fałszywe, ponure przemyślenia, lecz ja-czytelnik nie raz zadawałam pytanie: kobieto, po co tak mieszasz, czemuż nie możesz się zdecydować na jakiś elementarny cień lojalności w stosunku do któregokolwiek z nich? Bo gdyby jeszcze postępowanie Nelly chroniło przynajmniej ją samą, gdyby to było tak, że jej decyzje są podyktowane lękiem o własną pozycję, o jej dobrobyt. Żeby była jakoś spójna i dała się zrozumieć, a nie stanowiła jedynie fabularny popychacz. Bo tak ją niestety postrzegam. Irytujący, wtrącający się i rządzony niepojętymi zasadami popychacz fabularny.

Na dodatek narracja pierwszoosobowa spowodowała, iż w powieści totalnie brak klimatu. Położenie domów, otaczająca je przyroda, dzikie wzgórza je pamiętam z filmu, w książce ich nie było. To zrozumiałe zarówno dla autorki, jak i dla narratorki to były sprawy zwyczajnie nie wymagające komentarza. W ustach Nelly roztrząsanie widoków, które otaczały ją przez całe życie, byłoby nienaturalne. A dla mnie, czytelnika z XXI wieku, brak opisów powodował, iż powieść sprowadziła się do reportażu o patologicznej rodzinie. 

"Niech te czarcie ślepia zmienią się w ufne, niewinne, anielskie oczy, nieprzyćmione podejrzliwością i zwątpieniem, takie, które widzą przyjaciół wszędzie tam, gdzie nie spodziewają się wrogów. Pozbądź się spojrzenia złego kundla, który patrzy tak, jakby wiedział, że należą mu się kopniaki, a jednak nienawidzi za to kopiącego i całego świata."

Jednocześnie zaobserwowałam, iż cieplejsze uczucia wzbudzają we mnie bohaterowie. Bohaterki jak jedna mnie denerwują. Zastanawiam się, czy było to zamiarem autorki? Czy może mi nie po drodze z damskim rozumowaniem tamtych czasów? Czy też jest to po prostu echem, jakiegoś pierwotnego postrzegania mężczyzn jako ewentualnych partnerów, a kobiet jako konkurencji? Którego na dodatek powinnam się wstydzić? Mężczyznom potrafię współczuć, kobiety podnoszą mi ciśnienie. Jedyny wyjątek stanowi Linton, który też podnosi mi ciśnienie. 

W chwilę po zakończeniu lektury z całej palety bohaterów za spójnego uznałam jedynie Heathcliffa po prostu założył sobie zniszczenie całej rodziny w odpłacie za swe zrujnowane marzenia i dążył do tego od początku do końca. Katarzyna starsza to osoba, której kompletnie mi nie żal, ale kiedy myślę o niej w tej chwili, pracując nad ułożeniem odczuć odnośnie książki, muszę powiedzieć, iż ona także była spójna. Rozpieszczone, egoistyczne dziecko, o bardzo silnej osobowości, któremu nigdy na niczym, ani na nikim nie zależało. Deklarowana miłość do Heathcliffa nie była w rzeczywistości miłością, a jedynie chęcią posiadania innego człowieka na własność. Nie widziała problemu w posiadaniu dwóch mężczyzn. Każdy był jej potrzebny do czegoś innego. Katarzyna młodsza przedstawiana, jako słodka i dobra, tak naprawdę zdaje mi się być głupiutką manipulantką. Z jednej strony mogły mieć na to wpływ ograniczenia, jakie na nią nakładała samotność pośród dorosłych oraz ogólna atmosfera panująca w domu. Jednak sposób w jaki traktowała Haretona, po to, by nagle w przeciągu kilku wersów zmienić się w totalnie przywiązane i zakochane dziewczę, wywoływał u mnie dreszcze niechęci. W samego Haretona wierzę najbardziej. Przywiązałam się do niego. Stanowił w powieści ten element, który mnie przy niej trzymał, jego los był dla mnie ważny. Reszta mnie nie obchodziła, czy to dlatego, że ich nie lubiłam, czy dlatego, że ich przyszłość zdawała się być jasna od początku.

"Przepadała za mężem i nawet siostrze jego okazywała czułe przywiązanie. Co prawda oboje starali się serdecznie, żeby było jej dobrze. Nie tarnina zniżała się do powojów, lecz powoje oplatały tarninę. Nie było wcale wzajemnych ustępstw. Tarnina stała wyprostowana, powoje wiły się miękko."

Jednego nie potrafię odmówić autorce. Z pewnością napisała rzecz, która wzbudziła we mnie ogrom emocji. Z pewnością poświęciłam tej książce wiele myśli. W żaden sposób nie potrafię o niej mówić nie odnosząc się do fabuły, ponieważ bohaterowie istnieją jakby tylko dla niej. Właściwie odnosiłam wrażenie, że Wichrowe Wzgórza to nie opowieść o ludziach i ich relacjach, ale studium zjawiska, do którego potrzebne były konkretne postaci. Może o to właśnie chodziło pani Brontë? O pokazanie, iż okres dzieciństwa gdy psychika jest plastyczna i łatwo przyjmuje ciosy, które pozornie nie mając znaczenia, tkwią w człowieku jako bolesne i nijak nie dające się usunąć blizny jest podstawą budowania charakteru człowieka? Dla nas zdaje się to być oczywiste, czy było takie w czasach Emily Brontë? Dzieciństwa żadnego z bohaterów nie można uznać ani za szczęśliwe ani w pełni normalne. Wychowywani albo przez obcych, albo przez złamanych nieszczęściem rodziców; otaczani albo nadmierną troskliwością (Katarzyna młodsza, Linton), albo wręcz przeciwnie traktowani brutalnie i z okrucieństwem (Heathcliff, Hareton) w życiu dorosłym przenoszą swoje doświadczenia na innych ludzi, nie potrafiąc nijak uwolnić się z tej spirali niechęci i upadku.

Nie klasyczny obyczaj zatem, ale powieść psychologiczna na miarę połowy XIX-tego wieku? Może autorka chciała pokazać inną Anglię? Nie elegancką i powściągliwą, trzymającą swoje zmory w szafie. Pani Brontë niejako wypuściła potwory spod łóżka alkoholizm, choroby psychiczne, przemoc fizyczną i psychiczną. Z tego też powodu pierwsze wydanie jej książki w 1847 roku wzbudziło zresztą wiele kontrowersji.

"[...]zgarnął szybko książki i cisnął je w ogień. Czytałem w jego oczach, jak bolesną było to dlań ofiarą. W miarę jak płonęły, przypominał sobie radość, triumf i rosnącą przyjemność, jaką z nich czerpał."

I co jeszcze przychodzi mi do głowy może to końcowe połączenie dwójki bohaterów z przeciwnych krańców palety, miało po prostu być znakiem nadziei? Tęczą rozpiętą ponad pokrytymi skorupą zakrzepłej nienawiści wzgórzami hrabstwa Yorkshire? Oto nie żyją wszyscy przedstawiciele starszego pokolenia. Poranieni, lecz wciąż żywi, przedstawiciele młodszego, wsparci o siebie nawzajem, stają oko w oko ze swoją przyszłością, którą mogą wreszcie kształtować po swojemu. I kij z faktem, że wydaje się to nienaturalne i naciągane.

"Wichrowe Wzgórza" to nie jest książka, o której powiedziałabym: fajna rzecz, przeczytaj! jednak nie mogę też rzec, że zmarnowałam nad nią czas. Dała mi nieco inny obraz połowy XIX-tego wieku, niż kryje się w książkach Jane Austen. A ponadto pobudziła apetyt na powtórkę z "Tessy d'Urberville" i przeczytanie paru innych książek z angielskiej klasyki, których do tej pory w rękach nie miałam.


PS. Kolejna pozycja z wyzwania to "Gwiazda Mórz" Josepha O'Connora.

 

8 komentarzy:

  1. Podoba mi się teoria o powieści psychologicznej - i pod takim kątem to nawet korci przeczytać. Ale znowu to robisz: znowu szukasz linii obrony dla autora :D <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda jest taka, że autorowi zawsze o coś chodzi. Wierzę w to głęboko. Lubię wymyślać o co :)

      Usuń
  2. Prawdziwy klasyk, czytałam dwa razy, zawsze z pełnym zachwytem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do mnie nie trafiło, choć jestem w stanie tę książkę docenić :)

      Usuń
  3. Czuję się zainteresowana :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak nie przepadam za romansidłami, żadne Jane Austeen do mnie nie trafią, tak film z Fieenesem uwielbiam i mimo Twojej recenzji to jest pozycja, po którą już od jakiegoś czasu próbuję sięgnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale rozumiem chęć sięgnięcia. I w żadnym razie nie powiem - nie rób tego. To, że mi się nie podobała, nie znaczy, że nic z niej nie wyniosłam, a poza tym uważam, że każda książka znajdzie i zwolenników i tych, którym do gustu nie przypadnie. Najważniejsze, jeśli da się nad nią podyskutować.

      Usuń