Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Joseph O'Connor – "Gwiazda Mórz"

Autor: Joseph O'Connor
Tytuł oryginału: Star of the Sea
Rok pierwszego wydania: 2002
Wydawnictwo: Muza S.A., Warszawa 2005
Liczba stron: 494
Tłumaczenie: Hanna Pawlikowska-Gannon

Przeczytane: 1 sierpnia
Ocena: książka po prostu wspaniała, chętnie do niej wrócę

"Chudy jak tyka, kulawy mężczyzna z Connemary, o przygarbionych ramionach, w ubraniu koloru popiołu, przez całą noc chodził po pokładzie, od rufy do dziobu, od zmierzchu do świtu."


Podchodziłam do tej książki dwukrotnie. Nie mam pojęcia dlaczego odłożyłam ją za pierwszym razem, przeczytawszy ledwie pierwszy rozdział. Podejrzewam, że był to jeden z tych przypadków, gdy więcej pisałam, a napoczęta książka porastała kurzem, leżąc przy łóżku, czy na parapecie, aż całkiem zapomniałam, że przecież ją czytałam. Bo na pewno nie było tak, że coś mi się nie spodobało. Już bowiem w tym pierwszym rozdziale widać, iż pan O'Connor pisze tak, jak ja lubię: nie boi się długich, zawiłych zdań, nie unika opisów i zaczyna niejako od środka. Drugie podejście nastąpiło końcem lipca tego roku i z książką rozprawiłam się w trzy pełne emocji dni. Gdybym mogła czytać bez przerwy, byłoby szybciej, choć z całej siły starałam się żeby było wolniej. "Gwiazda Mórz" to książka, którą warto się delektować.

"W nocy statek wydawał się tak absurdalnie nie w swoim żywiole, skrzypiące, przeciekające, nieudolne połączenie dębu, smoły, gwoździ i wiary, podskakujące w bezmiarze straszliwie czarnej wody, które może wybuchnąć z byle powodu."

Jak zwykle nie wiem od czego zacząć i boję się, że będzie chaotycznie. Może więc zwyczajnie zacznę od początku. Pierwszym, na co patrzy czytelnik, gdy bierze książkę do ręki, jest okładka. Zdjęcie z przedniej, opis z tylnej oraz pierwsze zdanie w pewien sposób ukierunkowały mój odbiór. Wydawało mi się, że to książka o rejsie, a więc o morzu, statku i jego pasażerach – irlandzkich emigrantach z czasów Wielkiego Głodu. Sugestia żagli na okładce jest silna, trudno jej się oprzeć. Tymczasem "Gwiazda Mórz" to znacznie więcej niż opowieść o rejsie, a to jak bardzo jest rozbudowana, jak daleko sięga, ile autor zdołał zmieścić na blisko pięciuset stronach, mnie zaskoczyło i muszę powiedzieć, że było to zaskoczenie niezwykle przyjemne, a pan O'Connor zaskarbił sobie mój głęboki szacunek. Sam statek występuje w niej jedynie marginalnie, a wydarzenia na jego pokładzie to drobna, choć oczywiście istotna część całości. To statek i groza zimowego oceanu roku tysiąc osiemset czterdziestego siódmego spinają całość, nadają jej sens i pozwalają autorowi na powolne rozkładanie kart przed czytelnikiem. Tytułowa "Gwiazda Mórz" staje się klatką, w której spotykają się bohaterowie i z której nijak nie są w stanie uciec. Wraz z nimi zamknięty jest czytelnik, który jednak dzięki autorowi – wspaniale dyrygującemu chórem narratorów – ma szansę się cofnąć na ląd i zrozumieć wszystko, pojąć drogę do tego, co się wydarzy, a co wie niemalże od pierwszego rozdziału i co jeszcze niejednokrotnie będzie mu przypominane.

"– Na przykład – mawiał – jak byśmy wyglądali bez dziewiątki? Tylko pomyśl, Mulvey, jak by to było. Człowieku, ta schludność. Absolutna doskonałość. To nie dziesiątka, zapewniam cię. W końcu dziesiątka jest cesarzem wśród liczb. Ale o ile więcej niż poczciwa stara ósemka, oczwiście bardzo kochana cyfra jako taka, całkiem przyjemna, no, ale to nie to samo co dziewiątka. Z ósemką chętnie pójdziesz do łóżka, ale ożenisz się z dziewiątką."

Magia "Gwiazdy Mórz" polega jak dla mnie właśnie na tym, że praktycznie od samego początku wiemy do jakiego finału zmierza fabuła. Wiemy, a jednak autor potrafi tak pokierować prezentacją wydarzeń, by mimo wiedzy elementarnej czytelnik nie mógł być niczego pewny, a przede wszystkim, by chciał poznać wszystkie motywacje i powiązania między pasażerami. Tych ostatnich pan O'Connor przedstawia stopniowo, w mniej lub bardziej "codziennych" sytuacjach, jeśli w ogóle można mówić o codziennej sytuacji w trakcie rejsu, który stanowi drogę do niewiadomej. Autor prezentuje czytelnikowi ich zachowania, które początkowo po prostu się przyjmuje, mogą się podobać, bądź nie, a potem nabierają głębszego sensu podparte wydarzeniami z przeszłości, wejrzeniem w umysły i serca, powiązaniami pomiędzy ludźmi, których zastajemy na pokładzie statku w pewnych konkretnych układach, a te – przy drugim spojrzeniu – okazują się mieć drugie dno. Oczywiście można uznać, że to oczywiste, że muszą mieć drugie dno, że bez tego nie byłoby opowieści, a jednak w mojej opinii autor osiągnął mistrzostwo w zaplataniu wątków i umiejętnej ich prezentacji. Czytanie "Gwiazdy Mórz" przywiodło mi na myśl zwiedzanie pałacu po zmroku. Przeczuwamy ogrom, lecz wzrok nie sięga daleko, a latarka przewodnika powoli wyławia z ciemności kolejne sale. 

"David Merredith słusznie podkpiwał sobie ze mnie, jak to miał w zwyczaju. Może chciałem być podziwiany. Ta nasza potrzeba wywołania podziwu ma tak deprawujące oddziaływanie. Jak cudownie jest przekonać się, że z wiekiem słabnie."

Bohaterowie, których ja-czytelnik wraz z kolejnymi stronami rozumiałam coraz lepiej, są wspaniali – pełnokrwiści, z paletą cech, poglądów, traum i radości. Nie ma tu bohaterów-ról, bohaterów-popychaczy fabuły, nikt nie pojawia się po to, by zaraz zniknąć, bez słowa wyjaśnienia. Nawet ewidentnie drugo-, a czasem i trzecioplanowe postaci są wyraziste, nie sprawiają wrażenia przypadkowych. Przesłanie powieści zdaje się zamykać w banale – w każdym z nas jest dobro i zło, rodzimy się z konkretnym zestawem, a środowisko, świadome wybory, ale też wydarzenia, które spadają na nas przypadkiem, mogą te cechy uwypuklać. I tak, może jest to banalne, ale autor nam tego banału nie wtyka nachalnie, on o tym nie pisze, nie czyni wykładu. On po prostu opowiada o ludziach, a to, o czym pisałam w tej opowieści widać. Nie pojawiają się tu żadne autorskie oceny. Pojawiają się za to oceny poszczególnych narratorów, których opowieść ma kilku. Oceny te są oczywiście subiektywne, czasem są to oceny z perspektywy bliskiej, czasem są to oceny po latach, uzupełnione o przemyślenia i późniejsze doświadczenia. Czasem sobie przeczą. Każdy z nas ma w sobie zło i dobro, a w książce Josepha O'Connora nie widać próby usprawiedliwiania. Jedyną osobą, która się szarpie z próbami określenia winy, jestem ja-czytelnik.

"Ojciec jako młody człowiek widział w Anglii rzeczy, o których żadna mężatka nie powinna w ogóle rozmawiać. Matka śmiała się z ojca, kręcąc głową. A on odpowiadał chichotem, porywał ją w ramiona i całował. Mary Duane wiedziała, że to miłość. To, o czym się nie mówi.
O czym się milczy."

Osobny podziw wzbudziło we mnie to, jak doskonale autor posiadł sztukę odróżniania bohatera od narratora i narratora od autora. Pan O'Connor doskonale wie, kiedy komu dać głos, a wątki prowadzi płynnie. Nie zauważyłam tu żadnych spektakularnych clifhangerów, niczego, co zwyczajowo pomaga czytelnikowi się zorientować, co teraz nastąpi. Nie znaczy to, że autor brał rozwiązania z przysłowiowego kapelusza; po prostu wskazówki były subtelne, a on doskonale wiedział ku czemu prowadzi czytelnika. I – co bardzo dla mnie ważne – nie bał się czytelnikowi zaufać. Pewne rzeczy mówił wprost, inne tylko sugerował, czasem pozwalał czytelnikowi o krok wyprzedzić fabułę, ale mam wrażenie, że i to było ściśle odmierzone i stanowiło swoistą zmyłkę, niejako powodując uśpienie czujności.

"Minęło wiele lat, a niektóre rzeczy wcale się nie zmieniły. Nadal mówimy sobie, jakie to szczęście, że żyjemy, choć fakt ten nie ma prawie żadnego związku ze szczęściem, a raczej z geografią, pigmentacją i międzynarodowym kursem wymiany walut."

W pewnym sensie cała książka zdaje się być zmyłką. Odniosłam bowiem wrażenie, iż to, co na pierwszy rzut oka zdaje się być głównym tematem powieści, jest jedynie przykrywką, pretekstem do przekazania czytelnikom najstraszniejszego fragmentu historii Irlandii. Zaraz ziemniaczana, Wielki Głód, wiara w amerykański raj, który pozwoli uciec przed piekłem zagłodzonej Irlandii i zatrważająca obojętność świata. Za dowód na tę obojętność biorę i to, że sama realia historyczne tamtych wydarzeń znam słabo. Było to jedynie jedno z wielu haseł, jakie pojawiały się na lekcjach historii w szkole średniej. Haseł nie popartych wywodami podzielonymi na genezę, przebieg i skutki, zarezerwowanymi głównie dla konfliktów zbrojnych. I jestem wdzięczna autorowi, za to, że mi je przybliżył, że zostałam dzięki niemu w pewien sposób uświadomiona, że nie tylko podał mi liczby, ale poprzez krótsze lub dłuższe historie pojedynczych ludzi, przez to wymienianie nazwisk zmarłych pasażerów przez skrupulatnie notującego wszystko kapitana "Gwiazdy Mórz", pomógł mi przerobić suche dane historyczne na historię żywą. Wspaniale wykorzystał prześmiewcze ilustracje z ówczesnych angielskich gazet, listy słane z Ameryki przez tych, którym się udało, fragmenty przemówień polityków. Jednocześnie wtłoczył to wszystko w mistrzowską konstrukcję. Podział na tytułowane rozdziały z opisami tego, co czytelnik znajdzie w środku – ich różna długość, "dodatki" w postaci pamiętnika kapitana Lockwooda, materiałów pochodzących ze śledztwa, gazetowych artykułów, no i absolutnie niesamowity rozdział XXVII.

"[...]kiedy mężczyzna w ramach obrony utrzymuje, że jego działania były "naturalne", to zawsze oznacza, że zachował się gorzej niż bestia, zawsze wobec istoty słabszej od siebie."

Jakby tego wszystkiego było mało, pan O'Connor wplótł w treść dodatkowe motywy – historia więziennictwa i stosowanych metod resocjalizacji, opowieść o bólu tworzenia pieśni z pięknym wykładem o tym, kto tworzy historię, studium frustracji odrzucanego przez wydawców autora, który uważa, że ma coś ważnego do powiedzenia. I dojrzewanie narratora, który powoli wyłania się zza opowiadanej przez siebie historii. 

"Kiedy zaśpiewał po raz pierwszy na końskim targu w Claddaghduff w wieczór Halloween, ryk aplauzu po skończeniu pieśni przeraził go najbardziej. A kiedy deszcz pensów spadł u jego stóp, ciało Piusa Mulveya zaczęło wypełniać światło. Odkrył alchemię, która przemienia fakty w fikcję, nędzę w dostatek, historię w sztukę. Chleb stał się ciałem, a wino krwią."

Czytałam tę powieść z zachwytem. Szarpały mną emocje. Chcę posiadać własny egzemplarz, by móc do niej wracać. Mam wrażenie, że wpełzła mi pod skórę, że gdy ja pochłaniałam ją, ona pochłaniała mnie. Jest po prostu dobra i warta przeczytania. Szczerze polecam i jestem wdzięczna Frzee, że pozwoliła mi ją znaleźć na swojej półce.



PS. Kolejna pozycja wyzwaniowa to "Panią naszą upiory udusiły" Jerzego Siewierskiego.

5 komentarzy:

  1. Do usług, do usług c[__]!! ^^
    Uwielbiam tę książkę takoż - choć bałam się, że Cię znudzi. :bag: Wiem, że kogoś znudziła, bo właśnie ludzie spodziewają się wiesz, drugiego O'Briana, a tu niespodzianka. Ba, sama też sięgałam po tę książkę właśnie licząc na historyjkę o rejsie. Z Irlandczykami. W ogóle nie spodziewałam się czegoś takiego - ale szalenie się cieszę, że ją przeczytałam. Ma genialną intrygę i w fantastyczny sposób daje możliwość śledzenia, jak układały się poszczególne historie, by doprowadzić do ostatecznego punktu. <3 I to nie jest w stylu "nie kochała go mama, więc został mordercą". To są naprawdę świetne historie. Uwielbiam. I uwielbiam bohaterów. I w ogóle. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Tyle entuzjazmu *___* W sumie brzmi to wszystko coraz ciekawiej. Jak kiedyś się dorobisz własnego egzemplarza, to ten, tego... może się nawet przykoleguję? Średnio moje klimaty, by sobie sprawiać własną, a kolejkę zakupową mam długaśną, ale jak by ją gdzieś pożyczyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli do mnie wróci, to nie ma problemu: można pchnąć ten mój egzemplarz :) Ja już czytałam i na razie nie będę sobie odświeżać lektury, bo nie mam czasu.

      Usuń
    2. Ile może się zmienić w ciągu trzech miesięcy - podzielam entuzjazm Siem, Gwiazda wywindowała się na pierwszą pozycję w oklejce zakupowej, zostałam całkowicie przerobiona na kolejnego wyznawcę tegoż tytułu. "Średnio moje klimaty", martys pisał. Pfff. Głupi, głupi martys.

      Usuń