Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 26 sierpnia 2015

Przeważnie

Kolejny instant był sobie na forum.literka.info. Tym razem był to instant z cytatem, a cytat brzmiał:

Death is only the end if you assume the story is about you.

Przeważnie siedział w klatce.
To nie była duża klatka i myślę, że było mu ciasno.
Czasem otwierałam drzwiczki i mógł rozprostować skrzydła.
Kochaliśmy się powoli i dokładnie, potem szybko i agresywnie; tak, że bolały mnie usta pogryzione do krwi.
Ślady tej miłości nosiłam na sobie za każdym razem dłużej. Fioletowe sińce, krwawe wybroczyny, szramy po pazurach. Skrzętnie zakrywane długimi rękawami koszul, chowane w cholewkach sznurowanych pod kolana butów, przesłaniane szkłami ciemnych okularów.
W końcu postanowiłam go wypuścić. Otworzyłam drzwi klatki, ale nie wyszedł. Chyba wiedział, że tym razem nie chodzi mi o miłość.
Byłam zła i złość posłużyła za dźwignię. Podniosłam klatkę i podeszłam do otwartego na oścież okna. Świt dopiero wypuszczał macki kolorów ponad uśpione osiedle. Na łysych gałęziach drzewa, rosnącego u stóp blokowiska, siedziały kawki. Spojrzały na mnie, gdy odwróciłam klatkę drzwiczkami w dół i zaczęłam nią potrząsać. Nie było łatwo się go pozbyć. Wczepił się bladymi palcami w stalowe pręty i patrzył na mnie, a jego nogi majtały w powietrzu niczym zwichrowane, szalone wahadło.
Nie chciałam go już. Musiał to rozumieć, a jednak nie puszczał.
Wychylałam się coraz bardziej, zaciekawione kawki przechylały szare łebki.
Puść wreszcie – myślałam, szczerząc zęby z wysiłku. – Puść, musisz puścić, nie możemy tu tkwić wiecznie.
Mogłam wyrzucić go z klatką, ale przecież miał odejść wolny.
Zwątpiłam. Napięte ramiona mdlały z wysiłku.
Rozpostarł palce nagle, w pełni świadomym gestem. Nie zamknął oczu i ja też patrzyłam.
Spadał powoli – bardziej szybował, nie próbując machać wyskubanymi skrzydłami. Właściwie przypominał nieco jesienny liść, a kawki śledziły trajektorię jego lotu.
Dwa dni później znalazłam go na parapecie.
Leżał zwinięty w kłębek.
Biała skóra nachalnie przypominała niezapisaną kartkę.
Był tak bardzo nieruchomy. Nawet jego włosy nie zmieniały położenia, choć wiatr szarpał gałęziami, na których nie było kawek.
Urwałam trzy żabki, gdy próbowałam zasłonić okno.
Trzymałam się z daleka od chłodnej szyby, ale i tak wiedziałam, że tam leży. Zaczęłam sypiać w klatce. Stalowe pręty obejmowały mnie z okrutną czułością i czułam się bezpiecznie. Czasem prawie zapominałam o martwym mieszkańcu parapetu.
Wzięłam go do mieszkania w połowie grudnia. Był lodowato zimny. Zmiotłam śnieg ze sztywnego ciała i położyłam je na kaloryferze. Stał się cieplejszy i nic więcej.
Od tamtej pory służy za przycisk do papieru.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz