Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

sobota, 1 sierpnia 2015

"Steampunk" – Antologia pod redakcją Ann i Jeffa VanderMeerów

Autor zbiorowy
Tytuł oryginału: Steampunk
Rok pierwszego wydania: 2008
Wydawnictwo: Ars Machina, Lublin 2011
Liczba stron: 341
Tłumaczenie: Andrzej Jakubiec

Przeczytane: 22 lipca
Ocena: świetne kompendium wiedzy, lecz stronę literacką oceniam nisko

"Wszyscy wiedzieli, że kopalnie istniały od zawsze. Że odkąd Wielka Bestia wypluła to mineralne Królestwo, Żelazny Zamek wznosił się niczym pięść z zielonej fosy na dnie doliny. I że żywe żelazo, zwykłe żelazo, miedź i cynk były jedynymi rzeczami, które oddzielały nas, ludzi, od pcheł, jakie strzepywaliśmy ze skóry." (I. R. MacLeod)

To nie czas na tę akurat pozycję z wyzwania. Miałam – zgodnie z losowaniem – czytać "Gwiazdę Mórz". Wzięłam antologię "Steampunk" z półki, żeby ją tylko przejrzeć, żeby tylko zerknąć na tekst jednego konkretnego autora, a potem zobaczyłam, że jest tam też tekst autora, którego bardzo lubię, więc też przeczytałam, potem zaciekawił mnie fragment powieści Moorcocka, no bo tytuł, wiecie – "The Warlord of the Air", kto by nie był zaciekawiony. Potem kolejne i kolejne, a potem uznałam, że chcę to już mieć z głowy. Dokładnie tak – mieć z głowy, bo do niczego z tego tomu, poza opowiadaniem Iana R. MacLeoda "Dar Ust" nie mam najmniejszego zamiaru wracać. OK. Jeszcze ten fragment Moorcocka – po fragmencie niewiele widać, ale zaciekawiło i już zdobyłam wszystkie trzy tomy. Ale to przyszłość. Prawdopodobnie dość odległa. Natomiast sama antologia "Steampunk" to przeszłość, albo prawie przeszłość, bo wciąż pozostaje mi narzucony sobie osobiście obowiązek napisania o niej paru słów.

Zacznę od tego, że sama formuła – dwanaście opowiadań, uznanych za steampunkowe przez znawców tematu, wyselekcjonowanych po to, by dać czytelnikowi szerszy obraz zarówno korzeni nurtu, jak i tego ku czemu zmierza, a do tego ciekawy wstęp i dwa artykuły na temat steampunka poza literaturą – bardzo przypadła mi do gustu. Uznałam, że to świetny materiał do poszerzenia wiedzy, zrozumienia idei. Czytałam tę książkę tak, jakbym słuchała wykładu na temat czegoś, co mnie po prostu interesuje. Znam kilkanaście pozycji książkowych spod szyldu steampunka. Są one bardzo różne pod wieloma względami, pozwoliły mi jednak wyrobić sobie pogląd na to, czym jest ten nurt i jakie składniki ja uważam za niezbędne, by uznać powieść za steampunkową. Chciałam się przekonać, co o tym myślą sami pisarze, pracujący na materiale rewolucji przemysłowej i problemów społecznych dziewiętnastego wieku. Przygodę z Antologią zaczynałam z entuzjastycznym nastawieniem. Im dalej w las, tym bardziej mina mi rzedła. Po przeczytaniu całości nasunął się wniosek: idee ideami, punk punkiem, para parą, ale i tak z czytelniczego punktu widzenia najważniejsza jest jakość każdej historii. I w tym punkcie, w mojej opinii, antologia "Steampunk" poległa.

Spośród dwunastu opowiadań dwa mi się podobały. Jedno wzbudziło ciekawość samym ujęciem tematu. Dwa mnie obrzydziły, w tym jedno totalnie. Reszta po prostu była. Opowiadania, które czytasz i chwilę później zapominasz zarówno tytuły, jak nazwiska autorów i z trudem jedynie przypominasz sobie, że tu był teleskop, a tam pociąg jadący przez wysokie góry Litwy z Rygi do Petersburga. Owszem ja je prawdopodobnie zapamiętam nieco lepiej, bo chciałabym każdemu poświęcić choć jedno zdanie, ale, żeby to zrobić, muszę wziąć książkę do ręki i lecieć po kolei i to nie ze spisu treści, bo niestety tytuły w spisie niewiele mi mówią. Przychodzi mi też do głowy, że część winy za taki, a nie inny odbiór opowiadań, ponoszą krótkie wstępy, jakie redaktorzy antologii umieścili przed każdym z nich. Są to maleńkie hymny pochwalne, a to dowcipu, a to pomysłowości, a to błyskotliwości autora. Opowiadania są według nich fascynujące, niezwykłe, zaskakujące. Cóż więc dziwnego, że po takiej zachęcie spodziewam się fajerwerków na miarę talentu Gandalfa? A dostaję po prostu opowiadania. Nie pomaga też fakt, iż niestety książka wprost roi się od literówek. Takich, które w niektórych przypadkach utrudniają zrozumienie zdań.

Na początek dostajemy bardzo ciekawy wstęp napisany przez Jessa Nevinsa "Dziewiętnastowieczne korzenie steampunka". Dzięki temu wstępowi poznałam określenie "edisonada" i z prawdziwą przyjemnością znalazłam w nim nazwisko jednego z moich ulubionych pisarzy Patricka O'Briana. 

Pierwszym tekstem beletrystycznym jest ledwie czterostronicowy fragment powieści Michaela Moorcocka "The Warlord of the Air" przedstawiający bitwę statków powietrznych. Książka ta ukazała się w 1971 roku i według redaktorów antologii, uczyniła ze swego autora jednego z praojców steampunka. Fragmencik tak króciutki, że nie da się nic o nim powiedzieć. Tym niemniej zachęca do sięgnięcia po książkę, która niestety nie doczekała się wydania w języku polskim. Z drugiego tekstu "Maszyna Lorda Kelvina" Jamesa P. Blaylocka pamiętam głównie sabotowanie maszyny za pomocą okruchów, myszy i węży – przemyślane i przemawia. Ogólnie to nie jest złe opowiadanie, jest sensowne, powinno wzbudzać napięcie, posiada wyraźnego bohatera pozytywnego i negatywnego – ze wszelkimi cechami nielubiącego ludzi szaleńca – a jednak czytałam je bez emocji. Może powinnam się przekonać, czy książka, w którą autor rozwinął opowiadanie, nie posiada tego czegoś, czego brakowało opowiadaniu? Trzecie opowiadanie to "Dar Ust" Iana R. MacLeoda. Tutaj nie potrzebowałam zachęt ze strony redaktorów tomu. Po "Wiekach Światła" mam ogromne oczekiwania w stosunku do autora, ale też nabrałam do niego zaufania. I słusznie. Pan MacLeod pisze tak, jak lubię. Potrafi budować zdania wyraziste, emocjonalnie pełne, a niby krótkie. Potrafi mnie wciągnąć w historię. Potrafi ją rozpocząć i zakończyć, tak, że czytelnikowi niczego nie brakuje. Polubiłam go przy okazji długiej formy, nie zawiódł mnie krótką.

"Cisza, którą zauważyłem wcześniej tego dnia w dolinie, zyskała teraz niemal fizyczną obecność, coś jak pudełko wewnątrz pudełka. Dziewczyna i ja staliśmy niezręcznie obok siebie: dwa strachy na wróble zupełnie ignorowane przez gawrony sprzeczające się o lepsze kąski."

Kolejne opowiadanie, "Słońce na Poddaszu" Mary Gentle, opowiada o społeczeństwie, w którym mężczyźni przyjmują nazwiska kobiet, co jest logiczne w obliczu faktu, iż kobiety mogą mieć kilku mężów. Historia jest głębsza, tło przemyślane, czytelnik po lekturze zapewne zastanowi się na ile władza ma prawo do ingerowania w postęp i losy jednostki, pomyśli o celu uświęcającym środki i tak dalej. Przy tym opowiadaniu nie podobało mi się wykonanie. Było jakoś pośpiesznie i ze zbyt dużą ilością wyjaśniających dialogów. Opowiadanie "Nadciąga Bóg Klaun" Jaya Lake'a należy do tej dwójki, która mnie obrzydziła. Nie przemówiła do mnie wizja tworzenia mechanicznych golemów z części ciała zwierząt i ludzi ani styl autora. Określenie "urocze, choć nieco niepokojące opowieści", jakie pojawiło się we wstępie do opowiadania według mnie w ogóle nie pasuje do treści, z którą przyszło mi się zmierzyć. Opowiadanie szóste postrzegam jako najgorsze w całym zbiorze. "Spotkanie parowego człowieka z prerii i Mrocznego Jeźdźca: powieść wagonowa" autorstwa Joego R. Lansdale'a ma nawiązywać do tradycji dziewiętnastowiecznych edisonad. Oto konstruktor mechanicznego człowieka napędzanego parą wraz z trójką towarzyszy rusza na jego pokładzie w pogoń za Złem Wcielonym, Zabójcą, Gwałcicielem, Katem, Potworem, Którzy Przybył Na Ziemię, By Siać Postrach, Mhrok i Ból. Dużo Bólu. Naprawdę ogarniam istnienie przemocy i przemoc w literaturze. Ogarniam fizjologię i naturalizm. Lubię tylko wiedzieć po co autor mnie czymś takim atakuje. Nie lubię cierpieć za nic, a czytając to opowiadanie cierpiałam za nic, bo jak dla mnie poza tym, że epatowało ohydą i w dość paskudny sposób wykorzystało motyw z "Wehikułu Czasu" H. G. Wellsa, to nie zawierało żadnej ciekawej treści. Nudne i nielogiczne. 

"Głęboko w lesie, opodal swojej kryjówki, Mroczny Jeździec alias Podróżnik w Czasie alias wiele innych imion, obrócił twarz do księżyca, waląc konia i myśląc o krwi."

Kolejny tekst, "Klub Księżycowego Ogrodnictwa" Molly Brown, należy do grupy tekstów jakie określiłabym jako pospieszne. Sam pomysł – ciekawy, wykonanie dość lekkie i, przez wyraźne przymrużenie oka, przekonujące. Wydało mi się jednak przycięte. Jakby autorka zmagała się w problemem limitu słów. "Siedemdziesiąt Dwie Litery" Teda Chianga mnie zaintrygowały. To opowiadanie czytałam z zainteresowaniem i nieco mnie zirytowało niekonkretne zakończenie, choć niby wszystko zostało powiedziane. Po prostu myślę, że chciałabym więcej. Motyw kabalistyczny – ożywiania golemów imieniem, naukowo rozebrany na najmniejsze cząstki, dokładnie opisany i wyjaśniony w przekonującym "technobełkocie" – moim zdaniem świetny. Rozpracowana metoda swoistego in vitro, rozważania na temat roli ojca i matki w tworzeniu nowego człowieka – po prostu dobre. Ted Chiang zajął drugie miejsce za MacLeodem w moim prywatnym rankingu opowiadań z antologii "Steampunk". Opowiadanie dziewiąte było pierwszym z antologii, jakie przeczytałam. Z powodu Paula Di Filippo zdjęłam bowiem książkę z półki przed czasem. W zbiorze znalazło się pierwsze opowiadanie z jego "Steampunk Trilogy" zatytułowane "Wiktoria" i opowiadające o tym, jak królowa postanawia poznać swój lud i idzie w miasto. Mamy tu skomplikowane machiny, które mają pomagać człowiekowi, mamy obiekt eksperymentu, wątek kryminalny i dość sympatycznego bohatera. A nad tym wszystkim unosi się przekonanie, że światem rządzi popęd seksualny.

"I przez jakież to ponure wydarzenia musiała przechodzić prawdziwa Wiktoria? Oto była dziewczynką, której przez krótkie życie nie pozwalano samej wchodzić na schody w obawie, że potknie się i spadnie. Teraz zaś zgubiła się gdzieś w miejskim brudzie, jakim przesycony był Londyn. Cowperthwait nie mógł wyrzucić z głowy obrazów jej poniżeń oraz upokorzeń, które były jednocześnie niepokojące i dziwnie podniecające."

Opowiadanie dziesiąte – "Odbite Światło" Rachel E. Pollack – szczerze polecam. Podoba mi się zarówno forma, jak i treść. Jest krótkie, a przy tym przejmujące, mówi o tym, co mi najmocniej kojarzy się ze steampunkiem, a więc o losie robotników fabrycznych, będących jedynie trybami większej maszyny, która bynajmniej nie pracuje dla nich. Przedostanie opowiadanie zbioru to "Minuty Ostatniego Spotkania" Stepana Chapmana, w którym autor – dość nieudolnie jak dla mnie – stara się przedstawić alternatywną historię carskiej Rosji. Jest aparat wywiadowczy, bomba jądrowa i zamach na Mikołaja i jego rodzinę. Być może straciłam zaufanie do autora z powodu umieszczenia na mapie Litwy górskich przełęczy w pierwszym akapicie i dlatego nie potrafiłam już wciągnąć się w historię? Nie wiem, grunt, że w trakcie czytania miałam stale włączony syndrom uniesionej brwi. Antologię kończy "Ustęp z Trzeciego i Ostatniego Tomu Plemion Wybrzeża Pacyfiku" Neala Stephensona. To bardziej cyber- niż steampunk, choć w tekście pojawiają się też pojazdy bardziej charakterystyczne dla tego drugiego. Redaktorzy zbioru uznali, iż to opowiadanie będzie doskonałe na zakończenie właśnie ze względu na tę mieszankę. Mnie nieco zbiło z tropu.

"Współczesny czytelnik może być tedy zaskoczony, gdy dowie się, że przed ostatnim atakiem 4Kołowców cofnęliśmy się z Diamentowego Wieku nit tylko do ery atomowej czy industrialnej, lecz do czasów średniowiecznych, kiedy bronie czerpały energię z mięśni wojowników".

Po dwunastu tekstach otrzymujemy jeszcze dwa artykuły (autorstwa Ricka Klawa i Billa Bakera), z których możemy się dowiedzieć o tym, iż steampunk to nie tylko literatura. Takie podręczne kompendium wiedzy o tym, co i jak oraz gdzie szukać. Rick Klaw wspomina na przykład o naszej rodzimej Retrostacji, co mnie osobiście wprowadziło w stan dumy narodowej ;)

Podsumowując: antologia "Steampunk" to dobre kompendium wiedzy o nurcie, natomiast  moim zdaniem niestety nie jest to zbiór dobrej literatury. Podejrzewam, że gdyby moja przygoda ze steampunkiem zaczęła się od tej książki, to by się bardzo szybko skończyła. Na szczęście w moim przypadku sympatia dla powieści spod znaku pary, stanowi jedynie następstwo fascynacji dziewiętnastym wiekiem w ogólności. 

Na tym skończę ten nieplanowany wpis i grzecznie wracam do kolejki wyzwaniowej ;)

1 komentarz:

  1. Przez mgłę pamiętam, że z rok temu o tej antologii rozmawiałyśmy, acz mgał jest gęsta. Nieco ją rozrzedza fakt, że znalażłam toto na mojej wishliście jednej księgarni, ale teraz nie wiem czy chce to czytać. Z jednej strony przydałaby mi się taka przekrojóka po gatunku, z drugiej ostatnio się chyba zbyt strułam, żeby sięgać po coś, co do czego wiem, że samych och i ach nie bedzie :/
    A Ryga - Petersburg via górskie krajobrazy Litwy chyba na zawsze wryło mi się w pamięć jako synonim braku riserczu w tekście :/

    OdpowiedzUsuń