Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 17 września 2015

Markus Zusak – "Złodziejka książek"

Autor: Markus Zusak
Tytuł oryginału: The Book Thief
Rok pierwszego wydania: 2005
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008
Liczba stron: 495
Tłumaczenie: Hanna Baltyn

Przeczytane: 23 sierpnia
Ocena: najwyższa w moim prywatnym rankingu

"Jestem grubiański. Spaprałem puentę, nie tylko całej książki, lecz przede wszystkim tego fragmentu. Opowiedziałem wam o dwóch zdarzeniach z przyszłości, bo nie zależy mi na zachowaniu tajemnicy i budowaniu napięcia. Tajemnice nużą mnie i męczą. Wiem, co nastąpi, i wy też wiecie. To mechanizmy, które napędzają wydarzenia, interesują mnie, zadziwiają, konsternują i denerwują."

Do puli pożyczonych „Złodziejka książek” trafiła pewno ze dwa lata temu. Zaintrygowała mnie postać śmierci na grzbiecie. A gdy wyjęłam ją zza szklanych drzwiczek biblioteczki, właścicielka powiedziała: „To dziwna książka, widziałaś ten film?”. Do dziś nie widziałam filmu, lecz książkę w końcu przeczytałam. Zastanawiam się coraz częściej skąd we mnie taka obrona przed każdą nową książką? Te z biblioteki zaczynam czytać dopiero, gdy już przyjdzie zawiadomienie, że powinnam je oddać, te pożyczone…  Potrzebowałam wyzwania, żeby przeczytać „Złodziejkę książek” i wciąż się sobie dziwię, że naprawdę nie znalazłam w sobie dość energii, by sięgnąć po nią wcześniej, bo lektura zajęła mi ledwie kilka nocnych godzin z soboty na niedzielę.

A teraz jeszcze wisi nade mną wewnętrzna, gniotąca duszę konieczność napisania o niej choćby maleńkiej ilości słów, a tymczasem „Złodziejka” jest jedną z tych książek, o których tak cholernie trudno coś powiedzieć. Każde zdanie, które próbuję sklecić wydaje mi się śmieszne, jakoś prymitywnie patetyczne i żenująco egzaltowane.

Prawda jest taka, że książka kupiła mnie w całości. A może lepiej powiedzieć – na wszystko w tej książce dałam się nabrać? Na samym początku, na pierwszej stronie – na narratora. Określonego narratora, który sam się przedstawił i który podzielił się ze mną-czytelnikiem swoim odbiorem wydarzeń, na które jednak nie miał żadnego wpływu. Śmierć nie ma wszak możliwości ingerowania w świat ludzi. Zaraz potem na tytułową złodziejkę i jej pierwszą książkę: „Podręcznik grabarza”. I na temat – jakże egzotyczny dla mnie, karmionej zwyczajowo obrazkami z drugiej strony barykady.

„– HITLER ZAJMUJE POLSKĘ – odparł Hans Hubermann i osunął się na krzesło. – Deutschland über Alles – wyszeptał, a w jego głosie nie było ani cienia patriotyzmu.”

Potem jakoś niemal równocześnie dałam się złapać na bohaterów, oddanych z jakąś taką werwą – kolorowych, żywych, prawdziwych. Podszedł mi język, styl, nawet graficzny sposób zapisu. Narrator był niezwykły, więc i niezwykły wygląd, niezwyczajne wtręty, dopiski, przerzucanie uwagi czytelnika na sprawy dziejące się gdzie indziej, albo kiedy indziej, w tył, w przód, obok – to wszystko tak bardzo pasowało do kogoś, kto wie wszystko, przed kim nic nie jest w stanie się ukryć. Ogromnie podobało mi się takie podejście do narratora wszechwiedzącego. Bo przyzwyczaiłam się, że ci dawni wszechwiedzący nie współczują ludziom, o których opowiadają. Mogą wymieniać ich cechy, mogą przedstawiać drobiazgowo sposób ich rozumowania, ale nie zbliżają się do nich. Tu narrator daje czytelnikowi swoje emocje. Jego stosunek do ludzi, o których mówi jest tak bardzo czuły. Łatwo uwierzyć, że śmierć jest wyzwoleniem. Że jest ratunkiem. Ukojeniem. Niezły myk z uczłowieczeniem śmierci.

Najbardziej chyba jednak kupiły mnie słowa z cytatu nagłówkowego. Może dlatego, że też tak mam? W napięciu trzyma mnie chęć dowiedzenia się, nie jak to się skończy, ale dlaczego tak właśnie. W „Złodziejce książek” autor zdołał zresztą osiągnąć więcej. Niby spaprał puentę, ale ja i tak, cały czas, skradając się do zakończenia, czekałam na niebieskie niebo.

„Tym razem przyszedłem po młodego, dwudziestoczteroletniego mężczyznę. Na swój sposób była to piękna sprawa. Samolot się krztusił. Dym buchał z obu jego płuc.”

Nie zastanawiałam się przy tym nad tym, że autor sprzedaje mi „dobrych” Niemców – Niemców cierpiących w nalotach, Niemców ukrywających Żydów, Niemców ratujących swoje dzieci przed porwaniem przez nazistowskie organizacje chcące wyhodować nadludzi, Niemców czytających książki. Nad tym przyszło mi się zastanawiać dopiero, gdy zobaczyłam komentarze wiszące w Internetach i to nie pod książką, a pod filmem. Nie rozumiem ich, przyznaję. Bo moim zdaniem autor wraz z narratorem nijak nie sprawiali wrażenia, jakby cokolwiek chcieli sprzedać, po prostu opowiadali o ludziach, po których wojna wyciągnęła rękę i którzy nie mieli wyjścia, jak tylko się wobec niej ustosunkować. Momenty, w których narrator unosi się ponad światem, gdy sięga dalej poza małe miasteczko położone niedaleko Monachium i plastycznie, jakoś dziwnie łagodnie opisuje wojnę – front wschodni, obozy zagłady, Normandię – one wszystkie na mnie działały. Miękłam. Wzruszałam się. Tak. Nie znajdę innego słowa. Wojna w „Złodziejce książek” niby jest tłem, ale tłem, które wżera się w czytelnika równie mocno, jak mocno – niczym pięść – zaciska się na bohaterach. I przed tą wojną, wywołaną przez małego człowieczka, który odkrył moc słów, ludzi ratuje śmierć.

„Płatki popiołu opadały tak rozkosznie, że miało się ochotę wyciągnąć język by złapać je i polizać. Tylko że wtedy poparzyłyby wargi i popiekły usta.”

Jakby tego wszystkiego było mało, w książce jest jakaś dodatkowa moc. Do teraz nie mam pojęcia jak to się stało, ale mimo tych wszystkich trudnych, przygnębiających, zwyczajnie wyciskających łzy faktów (bo tak, poryczałam się jak jaki bóbr, tak mnie nabrał na wszystko!) książka zapisała się w mojej pamięci jako niezwykle pozytywna.

Naprawdę nie wiem, co więcej powiedzieć. Polecam i tyle.



PS. Jest wrzesień, a za mną połowa wyzwania. Czternaście z dwudziestu ośmiu. Pewno, gdybym zajmowała się tylko czytaniem pozycji wyzwaniowych, to bym już dawno była pozamiatała. Ale nie. Na mnie muszą wyskakiwać jakieś „Pokoje światów”, jakieś „Gwiezdne pyły”, „Metra”, „Okupy krwi”, „Temeraire’y”, jakieś Pratchetty, Mortki, Dukaje… A teraz jeszcze „Niebiańskie Pastwiska”… A powinnam się brać za „Józefa Balsamo”!
 

6 komentarzy:

  1. No to tak... Kolejna osoba poleca tą książkę, a ja do niej jak do jeża podchodzę. Wiem, że gdzieś tam na liście mojej do czytania jest, ale że to lista ruchoma to już dawno spadła na samiuśki jej koniec. I nie wiem. Za każdym razem jak ktoś o niej wspomina to mam ochotę się zawziąć i jednak przeczytać, ale chęć ta umiera po pięciu minutach. Jak żyć? Teraz to w sumie się boję, że tyle tych ochów i achów było, a ja to wezmę do ręki i będę pizgać potem o ścianę co i rusz, bo nie to mi obiecywano. W tym momencie mam już wobec niej takie oczekiwania, że lepiej by była pieprzonym bestsellerem wszechczasów, alfą i omegą literatury. W sumie jest to główny powód, dlaczego już prawie zrezygnowałam z czytania jej. Zapewne wiele tracę, no ale cóż. Nie można czytać wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Cię rozumiem, Martysie! Wielu książek nie tknęłam w swym życiu, bo się bałam skonfrontować opinie innych z własną. Zawsze jest taki lęk, że się rozczarujesz. Bardzo się zatem cieszę, że o tej nie zdołałam się niczego dowiedzieć, zanim zaczęłam ją czytać. Poza tym jednym zdaniem przytoczonym na początku wpisu: "To dziwna książka". Nie miałam pojęcia, co mnie czeka, ani żadnego wyobrażenia. Bardzo, bardzo to lubię :3 Mam wrażenie, że książki na tym zyskują, jak czytelnik podchodzi do nich z czystą kartką.

      Usuń
    2. Hum... I taka refleksja, czy ja pisząc o książkach w Internetach, zgodnie z powyższą teorią, nie psuję ich? o.O

      Usuń
    3. No właśnie też mi się wydaje, że lepiej jest, jak nic nie wiem o książce (no, może poza gatunkiem i ogólnym zarysem). Wtedy bawię się dobrze. A tak - oczekiwania. Dlatego nie lubię serii. Nie było serii, która by mnie w pewnym momencie nie wkurzyła, a nie mam cierpliwości do takich rzeczy...

      No nic. Dzięki, że przeczytałaś Złodziejkę za mnie :D

      Usuń
    4. Sens istnienia mojego bloga zabity przez Lisa ._.

      Usuń
    5. Pff, lisy lubią czytać blogi o książkach. Wtedy mogą w ogóle darować sobie czytanie niektórych pozycji, bo inni już się z nimi męczyli ;) Ewentualnie blogi takowe rozpalają w lisach mały płomyk potrzeby przeczytania danego tytułu. Patrz: Gwiazda Mórz ;) Tytuł przecież totalnie z innego świata dla mnie.

      Poza tym lisy nic nie zabijają. To przyjazne stworzenia. Tylko czasem muszą się odżywiać ;)

      Usuń