Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

sobota, 26 września 2015

Pan jest pasterzem moim albo odwrotnie, czyli Siem też odwiedziła "Niebiańskie pastwiska"

Autor: Paweł Majka
Rok pierwszego wydania: 2015
Wydawnictwo: Rebis, Poznań 2015
Liczba stron: 730

Przeczytane: 17 września
Ocena: trudna i totalnie warta przeczytania

"Zaczarowywał rzeczywistość, obiecując życiu, że spełni je znacznie lepiej właśnie tak, jak sobie wymarzył, niż jako porzucony na obcej planecie strzęp mięsa. 
Wstawał, dopiero kiedy nie można już było ignorować wrzasków Pniaka. Spoglądał na kompanów, odgadując, że może modlili się inaczej, ale z pewnością o to samo."

Czekałam na tę książkę. Najpierw czekałam na dzień wydania, potem wybrałam księgarnię, która dość długo ją do mnie wysyłała, a jeszcze potem czekałam aż Fraa skończy czytać inną książkę, bo postanowiłyśmy, że "Pastwiskami" będziemy się jarać wspólnie. Przyznam tu i z pokorą poproszę o wybaczenie, iż przyszedł moment, kiedy już nie dałam rady czekać i korzystając z choróbska, które mnie położyło w zeszłym tygodniu, wyprzedziłam Fręę, choć ona na mnie czekała. Do dziś mi głupio.

Przez ostatni tydzień porządkowałam wrażenia, a było co porządkować. Spróbuję zacząć ich spisywanie od początku ustaliłam już jakiś czas temu, że jak nie wiem od czego zacząć, to metoda na "od początku" jest jedyną słuszną. I jednocześnie pragnę uprzedzić tych, którzy lękają się spoilerów. Choć raczej niczego poniżej nie napisałam wprost, to jednak z pewnością coś niecoś zasugerowałam. Trudno tego uniknąć. Pamiętajcie: czytanie ciągu dalszego na własną odpowiedzialność ;)

Na początku był Prolog. Prolog sprawił, że od razu ruszyłam w lekturę z impetem i dziką chęcią dowiedzenia się co się właściwie stało i co oni znaleźli do jasnej anielki! Bardzo, bardzo dobra przynęta. W takie przynęty, moim zdaniem, pan Majka umie perfekcyjnie. I w "Pokoju światów" i w "Dzielnicy Obiecanej" i tu w "Pastwiskach" złapałam się na haczyk bardzo skutecznie. W tym ostatnim przypadku na tyle skutecznie, że wyobraźnia wyprodukowała rozwiązanie odpowiadające mojej wizji niebiańskiego rozmachu i za nic nie chciała odpuścić. A że autorska wizja rozwiązania była inna, to zrobiłam sobie krzywdę i zaliczyłam zawód. Pozostaje napisać doszufladowego fanfika ;)

" Ziemię? powtórzył zaskoczony Pniak.
Tak jest - przytaknął Maska. Ziemię. Nasz matecznik. Miejsce, którego nie ma."

Hasło "niebiański rozmach" nie pojawiło się w powyższym akapicie przypadkowo. Siedemset trzydzieści stron, moje własne skojarzenie z Warhammerem 40000, wojna galaktyczna, floty, maszyny bojowe, potęga cesarstwa, plany spiskowców... 

[przydługi_wyrzut_osobistego_bólu] Bogowie! Jak wielkie ego muszą mieć ludzie, którzy uważają, że w pojedynkę mogą decydować o tym, co najlepsze dla wszystkich i zrzucają z planszy całe miasta i planety ot tak, jakby nie stały za tymi ruchami miliony historii pojedynczych ludzi! Jak bardzo ja nie lubię polityki, jak mnie irytują spiski, jaką mam wewnętrzną blokadę i co z tego, że anarchia się w ogóle w praktyce nie sprawdza?  [/przydługi_wyrzut_osobistego_bólu]

" Igorze, jestem już na to za stary. Byłem za stary dawno temu. Wojna była przynajmniej prosta. A teraz, te wszystkie spiski, zdrady. Brzydzi mnie to!"
 
Plany spiskowców to coś, w czym się dokumentnie w "Pastwiskach" pogubiłam. Był nawet moment, gdy pożałowałam, że nie robiłam notatek, bo przestałam kojarzyć kto był z kim, a już teraz nie jest, co ma do tego Kapituła i czy cesarz chciał tej wojny, czy nie. Właściwie to przypomniały mi się czasy wczesnej podstawówki, gdy uparcie czytałam "dorosłe" książki, połowy z nich nie rozumiejąc, lecz czekając na rozwiązania wybranego przez siebie wątku najczęściej oczywiście obyczajowego, bo przecież bohaterowie. Czytałam i czytam bohaterami i "Pastwiska" wcale pod tym względem wyjątkowe nie były. Zresztą po pewnym czasie uznałam, iż nauka z tego całego politycznego chaosu płynie taka, że poza kopnięciem pierwszego kamyczka taki spiskowiec niewiele więcej może. Owszem, przez jakiś czas może nawet się łudzić, że upilnował lawinę i ona toczy się wybranym przez niego korytem, ale zawsze przyjdzie taki moment, gdy nad niczym nie da się już zapanować i bardzo łatwo jest dać się porwać i zniknąć pod ciężarem wydarzeń. I nigdy nie da się przewidzieć wszystkiego, a ludzie to stworzenia emocjonalne, stworzenia, które, choćby najlepiej wyszkolone, przetransformowane, zindoktrynowane, nadal poddają się mało logicznym uczuciom, a odpryski tych uczuć mogą zniszczyć misterną machinę czyichś planów. Tak naprawdę liczy się to, kto jest gdzie i z kim na końcu, gdy przychodzi do krojenia tortu. I może właśnie o to autorowi chodziło? A może po prostu ja nie ogarniam polityki, co mi zupełnie nie przeszkadzało czerpać ogromu przyjemności z lektury "Niebiańskich pastwisk".

"Obecnie Wspólne Przestrzenie stanowiły już tylko karykaturę samych siebie. Rada Nadzorcza zmieniła się w skłócony Senat, którego członkowie zapomnieli, że istotą Wspólnych Przestrzeni były biznes i prawo. Kto jeszcze o tym pamiętał?"

Rozmach powieści zawiera się bowiem nie tylko w potężnym tle ekonomiczno-politycznym, ale też w ilości podjętych tematów. Zobaczyłam w "Pastwiskach" studium samotności władcy, odwieczną walkę wiary i nauki, którą w każdych czasach ludzie nierozumiejący nazywają magią, stagnację gatunku ludzkiego, gdy okazuje się, że nie ma już nic do odkrycia, a więc bezcelowość nieśmiertelności, wpływ upływu lat na ludzkie postrzeganie rzeczywistości, rozważania o życiu po śmierci i roli mediów w kształtowaniu woli społeczeństwa. Pojawia się motyw obcych, motyw kolonizacji, motyw kosmicznych piratów, motyw odstępców. Powieść pana Majki to prawdziwa, pełna space opera z ogromem rzeczy, nad którymi można myśleć, z którymi można dyskutować. Spośród wszystkich poruszonych, dla mnie najważniejsza stała się kwestia niemożności skomunikowania się z Innym. Bogowie byty z równoległego wszechświata, ich wyjątkowość osobnicza, pojedynczość, stanowiąca dla mnie kalectwo. Ich spotkanie z ludźmi, dzięki którym mogli się w pewnym ograniczonym stopniu porozumiewać także ze sobą nawzajem – swoiste błogosławieństwo. Fakt, że to ludzie kształtowali tych, których później zapewne z braku lepszego słowa zaczęli określać bogami, że to ludzie byli pasterzami Panów. To właśnie podobało mi się w książce najbardziej i z tego też powodu bez cienia protestu kupiłam zakończenie wątku Psa.

"[...]przypadła do baru, by przyjrzeć się bliżej wyświetlanemu nad nim obrazowi.
Pies! - zawołała. To Pies!"

A jeśli o zakończeniu wątku Psa, to myślę, iż czas najwyższy przejść do bohaterów. Jak się łatwo domyślić, w takim bogatym tekście i bohaterów musi być ogrom. Generałowie, dowódcy z Arystokracji tu świetny Karol Oruzon, który nawet Raj potrafi przemodelować szeregowi żołnierze, w tym dziesiętnik Pniak i jego chłopcy uwikłani z premedytacją przez ważniejszych od nich w wielką politykę, agenci Służby, szambelan z manią wielkości, wierny sługa, Kostek wojownik z hodowli (tu taki plus za imię ode mnie), kosmiczny prywatny detektyw, dziennikarze/korespondenci wojenni, buntownicy i Szkarłatna Maska, mordercy do wynajęcia, piraci, Włodzimierz przywódca innej rewolucji, oficerowie Powolnej Floty, pasterze, kundle, cesarz... Masa świetnych postaci, z których z pewnością wyróżnia się Pies i ci, którzy wokół niego orbitują. Fraa wspomniała, że Pies to taka pułapka, oczywiste jest, że mamy go polubić. Myślę, że jeśli taki właśnie był plan autora, to mu się udało i to udało bardzo subtelnie. Pies wcale nie wysuwa się na plan pierwszy, ma tyle samo czasu antenowego, co inni pierwszoplanowi bohaterowie, a w pewnym momencie nawet mniej i ja osobiście zaczęłam za nim tęsknić, a przy końcu, gdy dotarło do mnie, co się stanie, poczułam się dziwnie bezsilna i nawet sama przed sobą siliłam się na obojętność. Co prawda trochę mnie zawiódł tym, że był Wybrańcem bez wskazówek, że jakoś nie zostało wyjaśnione, gdzie i kiedy nastąpił ten jakże ważny dla zakończenia moment kontaktu. Jednak to, co Pies zrobił bogu, a bóg Psu bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Także dlatego, że z tego jednego faktu, mogę wywróżyć tak wiele dla innych bohaterów. Zakończenie wątku Kostka <3

"Sylwian otworzył oczy. Pies odesłał honor do wszystkich diabłów i zgotował kundlowi godne a bolesne powitanie w ludzkim wszechświecie."

Wśród mnogości postaci panuje dysproporcja między kobietami i mężczyznami. To nie tak, że kobiet nie ma. Są i są ważne, lecz jest ich mniej i są krócej, co zresztą jest jak najbardziej uzasadnione ludzkość się zmieniła, dotarłszy na pewien poziom rozwoju, uczyniwszy z religii kontrakt, jednocześnie zamknęła sobie drogę do dalszego progresu, lecz niezmienność i trwanie w bezruchu nie należą do ludzkich specjalności, a skoro nie można już było iść w przód, ludzkość się cofnęła, a to odbiło się najbardziej na warstwie społecznej. Stąd powrót do patriarchatu, odsunięcie kobiet od ról, do których dostęp wywalczyły sobie wszak wiele setek lat wcześniej. 

Do tła, bohaterów, wątków fabularnych dochodzi jeszcze Majkowa umiejętność żonglowania hasłami i dobierania nowych znaczeń dla słów istniejących, ale także tworzenia słów zupełnie nowych, które jednak czytelnik rozumie instynktownie i nie czuję się z ich powodu zagubiony w świecie, który siłą rzeczy musi być inny od jemu znanego. Świętych obcowanie, Uczta, innergia. Ta ostatnia nie jedynie jako inna energia, ale też jak dla mnie jako energia skierowana do wnętrza, energia niejako odwrócona, co jak myślę pasuje do jej "boskiego" pochodzenia, bo wszak wiara jest aktem duchowym, a duch ma to do siebie, że jest ukryty. Takie odwrócenia widoczne są także w innych miejscach. To, że ludzie niejako stworzyli bogów, nie odwrotnie; to, że ciało perfekcyjne za życia, dzięki rozlicznym cudom medycyny, w Raju będzie kalekie; to, że Powolna Flota, echo przeszłości, zdaje się być nowoczesna, dzięki kobietom oficerom. To wszystko czyni opowieść jeszcze bogatszą i wzmacnia moją ufność i szacunek dla autora.

"Niektórzy woleli używać wiecznych piór, by podkreślić swoją niechęć do technologii. Nosili okulary, byle tylko nie podać się jakiejkolwiek korekcie ciała. Berak słyszał o głupcach rezygnujących z nowoczesnej opieki medycznej i odmawiających w swym fanatyzmie podróży innergetycznych."

Osobna porcja zachwytu należy się też Epilogowi przepiękny dynamiczny kontrapunkt dla przygnębiającego chaosu polityki sączącego się z wcześniejszych stron.

Owszem, są w książce rzeczy, które nie do końca mi się podobają, a nawet jedna taka, którą wypieram mianowicie wątek kosmicznych piratów. Problem z tym wątkiem leży w tym, że piraci pojawili się nieco znienacka, mając do odegrania rolę tych, co uratują dzień, dialogi między kapitanami włącznie z ich ostatnią rozmową choć niewątpliwie świadczą o ich zażyłości, powodowały u mnie głównie odruch typu oł rili?, a ich dramatyczne zniknięcie z planszy nie robi wrażenia, bo właściwie byli dla mnie nikim. Byli tylko motywem. Nie mogę jednak nie wspomnieć, że kojarzą się z wjazdem Hana Solo w końcówce Epizodu Czwartego, a to skojarzenie ma swój całkiem pozytywny ciężar. Z tego powodu jestem w stanie zrozumieć ich doszycie do opowieści. Bo trochę tak to wygląda, jakby byli właśnie doszyci przeszczepieni z innej bajki. 

Z tych rzeczy, które mi się nie do końca podobają, jest też sprawa powtarzania informacji politycznych oraz tych dotyczących życia poza życiem tak, wiem, pisałam, że się pogubiłam, a tu narzekam na powtórzenia, zamiast się cieszyć, z możliwości odświeżenia informacji. To dlatego, że ja już chciałam wiedzieć, KIM JEST PIES, a nie od nowa próbować zrozumieć spiskowców i religię.

Ostatni marud dotyczy rozpaczy Mai. To była taka ładna scena. Zaraz na początku, taka łagodna, przejmująca i w ogóle. Tyle, że jakoś zupełnie straciła swą moc chwilę później w związku z tym, jak rozwinął się i zakończył wątek i mnie zwyczajnie było tej mocy żal, choć przecież trudno, żeby mnie zakończenie zmartwiło.

"Później płakała, ilekroć przypomniała sobie tamtą noc. Płakała, ilekroć wspomniała, że potrafiła się na niego złościć, że liczyła mu minuty, niczym zwyczajnemu klientowi, że wzięła od niego pieniądze, że nie zostali do rana, że w ogóle go wypuściła."

Jest jeszcze kwestia kilkukrotnego wystąpienia słowa klauzura w miejscu, gdzie moim zdaniem winno jednak być klauzula, acz muszę tu zaznaczyć, iż pod względem ogarnięcia literówek, to jedna z najlepszych pozycji jakie ostatnio wpadły mi w ręce.

Te małe minusy, zupełnie nie przesłaniają wspaniałości "Niebiańskich pastwisk". Myśląc o tej książce nie mogę się z głowy pozbyć zbitki słów "perfekcyjna niedoskonałość". Nie, nie dlatego, że space opera pana Majki przypomina mi książkę Jacka Dukaja, a po prostu dlatego, że choć z jednej strony widzę w niej pewne niedoskonałości, to jednocześnie jest dla mnie perfekcyjnym przykładem radości tworzenia, którą czytelnik może wyczuć pomiędzy wierszami i dzielić z autorem. W każdym razie ja ją czułam i dzieliłam, pochłaniając stronę za stroną, pyskując spiskowcom, kibicując Psu, marszcząc brew w chwilach większej koncentracji.

"Niebiańskie pastwiska" zwyczajnie dają się przeżywać i naprawdę warto przeczytać tę trudną, świetną książkę. Sama zamierzam ją przeczytać ponownie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz