Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

piątek, 16 października 2015

Alexandre Dumas – "Józef Balsamo"

Autor: Aleksander Dumas
Tytuł oryginału: Joseph Balsamo
Rok pierwszego wydania:  1846
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978
Liczba stron: 1434 (wydanie czterotomowe)
Tłumaczenie: Maria Ziębina

Przeczytane: 3 października
Ocena: lektura w starym dobrym stylu – człowiek niby jest ostrożny, trzyma się brzegu, a potem chlup i wpadł

"Jej powieki pod naporem magnetycznego fluidu rzucanego płomiennymi oczami gościa opadły ciężko i trwożnie, potem lekko się uniosły z wahaniem."

Bałam się chwili, w której wylosuję tę pozycję. Powód? Dość głupi: cztery tomy, ponad tysiąc czterysta stron. A tymczasem moje wyzwanie powoli zaczyna przypominać wyścig z czasem i do tego z przeszkodami. Bo przecież będzie mi przykro, gdy nie zdążę, prawda? Jakby było mi mało ciągle kombinuję jak tu sobie utrudnić i szukam nowych zajęć, na dodatek zbliża się listopad i choć się bronię, to NaNo jest jak nałóg i mózg nawet mnie nie pyta, tylko kmini. Tak więc bez fałszu i krygowania się – już wiem, że najpewniej polegnę. Jest październik a ja w połowie. Za to razem z Józefem przeczytałam pięć innych książek. Bez komentarza. One się same lęgną, same wskakują do koszyka, na Kundelka i w ogóle same. Jestem absolutnie niewinna ;)

W czytaniu książek podzielonych na tomy problematyczne jest dla mnie to, że do każdego kolejnego mam problem się zabrać. Jakby to wyjaśnić... Niby wiem, że to ciąg dalszy napisany razem, że równie dobrze ktoś mógłby to wydać w jednym grubaśnym tomisku i że zupełnie nie mam się czego bać, bohaterowie są ci sami, na pewno nijak się nie zmienili, nie muszę się bać o ich charaktery i tak dalej. Mimo to czuję opór, jak przed książkami pisanymi w odstępach, z bohaterami po latach i tak dalej. Boję się tego zapoznawania się na nowo, tego, że może po drodze stało się z nimi coś, co trudno mi będzie zaakceptować. To jak z przyjaciółmi, których dawno nie widziałam. Co jeśli czas postawił między nami jakiś płot?

Z "Józefem Balsamo" nie miałam tego problemu. Z bardzo prostego powodu: do samego końca nie byłam w stanie powiedzieć komu kibicuję, do samego końca poznawałam bohaterów i wciąż jeszcze ich nie znam, za to bardzo chcę ich poznać i teraz muszę bardzo przeczytać kolejne tomy cyklu "Pamiętniki lekarza". Pięknie dziękuję, panie Dumas!

" – Zamach na życie, Ekscelencjo, tak, zamierzone morderstwo. Rozumiesz, nie mogę tego puścić płazem. Niech nami pomiatają, niech nas wyszydzają w piosenkach, niech nas oczerniają, wszystko to można znieść. Ale niech nas nie mordują, do kaduka, bo z tego się umiera."

Co podobało mi się najbardziej? Powolne rozstawianie pionków. Właściwie pierwsze trzy tomy i jeszcze kawałek czwartego to jak dla mnie takie właśnie układanie wszystkich elementów na przeznaczonych im w trakcie ostatecznej konfrontacji miejscach. Autor nigdzie się nie spieszył, bohaterów budował powoli, odsłaniał czytelnikowi ich charaktery podczas rozciągniętych dialogów i spokojnie opisywanych wydarzeń.
Przyznam, że nieco gubiłam się w czasie akcji. Dumas nie starał się jakoś wyraźnie pokazać jego upływu, zdarzało się, że poszczególne akapity oddzielały tygodnie i miesiące, a ja orientowałam się dopiero pół tomu dalej, że niemożliwe jest, aby to wszystko rozegrało się w trakcie jednego dnia. Taka mała zmyłka...

"Gilbert cały objawił się w tych słowach: prostoduszny, naiwny i wzniosły w śmiałości wyznania miłosnego."

Za kolejną – nieco większą – uważam tytuł, choć to chyba dlatego, że Dumasa czytywałam lata temu i po prostu zapomniałam, że on lubi wcale nie najważniejsze postaci wrzucać na okładkę (przykładem niech będzie "Wicehrabia de Bragelonne"). Z Józefem Balsamo było zresztą jeszcze inaczej – trudno bowiem nie uznać hrabiego-alchemika za postać mniej ważną. Pojawiał się w wielu newralgicznych momentach, stawał się przyczyną, bodźcem, deską ratunku. Bez niego nie byłoby tej opowieści – to raz. Dwa – nie był jedynie napędem działań innych, przyszedł moment, gdy autor pochylił się nad jego własną historią i hrabia Balsamo z istoty poświęcającej się wyższym celom, z kogoś ogarniającego postrzeganiem przeszłość i przyszłość, mającym odwagę brać na barki wstrząsanie posadami znanego ówczesnym świata staje się zupełnie zwyczajnym człowiekiem rządzonym przez uczucia, przez potrzebę bycia kochanym. Skąd więc zmyłka? Stąd, że nie wiedzieć czemu wyobraziłam sobie, że hrabia będzie obecny od początku do końca, że do niego będzie należało ostatnie słowo. Tymczasem bohaterowie wychodzą na plan pierwszy na zmianę. Trudno by mi było jednoznacznie powiedzieć, kto tu jest główny, a kto poboczny i to, jak myślę, świadczy o bogactwie treści.

"– Jednak zwróć uwagę na to, najjaśniejszy panie, że robią dla niego to samo co dla monarchów: fundują mu pomnik.
– Nikt nie funduje pomników monarchom, mój Sartines. Królowie sami je sobie wystawiają."

Spośród wszystkich występujących w "Józefie Balsamo" osób na moją szczególną uwagę zasłużył Gilbert. Młodzieniec miotający się pomiędzy instynktowną wiarą, że ludzie są równi – popartą studiowaniem pism Jana Jakuba Rousseau – a obserwowaną na co dzień niesprawiedliwością społeczną. Gilbert ma poczucie własnej wartości, jako istoty myślącej, jako człowieka. Natomiast jego pochodzenie czyni go niemal niewidzialnym dla tych, którzy bez żadnej własnej zasługi urodzili się wyżej w hierarchii. Na tym tle jego uczucie dla panny Andree de Taverney rozkwita i jest tłamszone na przemian. To Gilbert na kartach czterech tomów najbardziej się zmienia i to niejeden raz. Dojrzewa, uczy się różnicy między słowami rozpraw naukowych, a życiem, a jednocześnie nie traci poczucia własnej wartości i tego, że jego czyny mają znaczenie. W żadnym razie nie jest kryształowy. Jego czyny trudno uznać za szlachetne, a nawet akceptowalne moralnie, a jednak wzbudza sympatię przez bogactwo swej natury. Inaczej jest z panną de Taverney. Określana przez narratora jako dobra, szlachetna, łagodna, jednocześnie traktuje Gilberta w sposób okrutny i podły. Mnie-czytelnikowi współczesnemu ciężko było pogodzić te dwa sprzeczne obrazy, choć przecież pojmowałam bez trudu, iż właśnie one są niejako istotą przesłania książki.

"W tym czasie kiedy obie dziewczyny tak różne stanem i charakterem rozmyślały jedna o drugiej bez możliwości wzajemnego zrozumienia, czas uciekał a mały zegar Andree, zawsze śpieszący się w porównaniu z zegarem w Trianon, wybił dziewiątą godzinę."

Bo przecież obecność pośród bohaterów filozofa równości Jana Jakuba Rousseau nie jest przypadkowa. Gilbert nie istnieje dla panny de Taverney, choć mieszka z nią w jednym domu (znamienne, że z tego niebytu Gilbertowi udaje się wyjść nie wtedy, gdy popełnia uczynki szlachetne, gdy się poświęca, ale wtedy, gdy robi coś złego), jej służąca – Nicole – mówi, jak dla niej obcym językiem. Dziewczęta mówią do siebie, ale nie rozmawiają, nie dzielą myśli. Jednocześnie ta wrodzona wyższość arystokracji nie wynika bynajmniej z tego, że jej przedstawiciele są lepsi w moralnym znaczeniu. Układ pana de Taverney z diukiem Richelieu wzbudza odrazę. Cóż dziwnego, że inteligentny młody człowiek, jakim z pewnością jest Gilbert nie może się z tym pogodzić? Zwłaszcza, gdy już pojmuje, że nawet Rousseau nie wierzy bezwzględnie we własne słowa, które dla chłopca stanowiły coś w rodzaju budzika, który obudził jego duszę. Co do samego Rousseau – Dumas świetnie przedstawił rozbieżność między teorią, a praktyką oraz to, że autorzy nie zdają sobie sprawy w jaki sposób ich słowa mogą wpływać na czyste umysły. Gilbert był samoukiem, chłonął wszystko bez kontroli kogoś doświadczonego, uzbrojonego w szeroką wiedzę. Nie miał nauczyciela, który mógłby kierować jego poznaniem, formować poglądy. Rousseau, dzięki Gilbertowi mógł pojąć własną siłę i słabość jednocześnie.

"– Obliczyłem wczoraj ilość ściegów ze swoim inżynierem. Jest ich dziesięć tysięcy na każdy bryt. Pięć tysięcy na każdą szwaczkę. W tej gęstej tkaninie jednak kobieta robi jeden ścieg w ciągu pięciu sekund. Daje to dwanaście na minutę, siedemset dwadzieścia na godzinę, siedem tysięcy dwieście na dziesięć godzin. Doliczam dwa tysiące dwieście na niezbędny odpoczynek i pomyłki w nakłuciu materiału, pozostają nam jeszcze cztery godziny."

Gdybym miała określać "Józefa Balsamo" jednym zdaniem, to bym powiedziała, że to powieść ze starym dobrym rozmachem. Mnogość spisków dworskich, przepychanki salonowe, usiłujący się utrzymać na powierzchni Ludwik XV – wedle słów narratora dobry człowiek, ale zły król, który pragnął jedynie świętego spokoju, a musiał rządzić państwem – rozbudowane dialogi, które można streścić w dwóch linijkach tekstu, łączenie wątków obyczajowych z szerszym społecznym kontekstem, wielość bohaterów z indywidualnym tłem, dramatyzm wydarzeń. To wszystko sprawia, że z jednej strony jest zwyczajnie interesująca – czytałam, by dowiedzieć się, do czego to wszystko doprowadzi – a z drugiej daje do myślenia. Porusza tematy trudne i do dziś aktualne. Ponadto myślę, że warto ją przeczytać także dla samego stylu pisania. Co dość oczywiste, jest inny od stosowanych współcześnie – narrator nie stara się, by czytelnik polubił któregokolwiek z bohaterów, mnóstwo faktów poznajemy dzięki dialogom, fabuła jest liniowa, czytelnik nie dostaje retrospekcji, a emocje pojawiają się raczej w postaci słów, nie obrazów. Bardzo dobra karma dla Wena, jeśli ktoś próbuje pisać i bardzo dobra lektura dla czytelników, którzy nie boją się sięgać do klasyki.

A tak z innej beczki... W wydaniu, które czytałam brakowało ośmiu stron – tak jakoś się nie odbiły? Zapomniano włożyć tę akurat szufelkę pełną czcionek do maszyny drukarskiej? Coś nie zagrało w każdym razie i to taki dość poważny babol jak mi się wydaje. Literówek takoż nie brakowało. Najwyraźniej taka to przypadłość ludzka, że trudno o nieomylność. Aż mi się nieco łyso zrobiło, że wszystkie te babolki zawsze tropię z taką zaciętością... ;)


PS. Kolejna pozycja ze słoiczka to "Fizyka rzeczy niemożliwych" Michio Kaku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz