Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

piątek, 30 października 2015

Michio Kaku – "Fizyka rzeczy niemożliwych"

Autor: Michio Kaku
Tytuł oryginału: Physics of the Imposible
Rok pierwszego wydania: 2008
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009
Liczba stron: 317
Tłumaczenie: Bogumił Bieniok i Ewa L. Łokas

Przeczytane: 16 października
Ocena: interesująca i napisana przystępnym językiem

"Na ironię zakrawa fakt, że maszyny bez trudu wykonują zadania, które ludzie uważają za trudne, takie jak mnożenie dużych liczb czy granie w szachy, są natomiast zupełnie nieporadne, gdy wymaga się od nich wykonania zadań dla ludzi niezwykle łatwych, na przykład chodzenia po pokoju, rozpoznawania twarzy czy ucięcia sobie pogawędki z przyjacielem."

"Fizyka rzeczy niemożliwych" to jedyna pozycja z tegorocznego wyzwania, która nie jest książką fabularną i mam niezły zgryz z notką ;) Zupełnie nie wiem, jak się do niej zabrać. Może więc zacznę od tego, że gdy dotarłam do słów, które wykorzystałam w cytacie otwierającym, przypomniałam sobie artykuł opublikowany we wrześniu na Kawernie i to był pierwszy raz, gdy przyszło mi do głowy, że określając w swej książce granice ludzkich możliwości, pan Kaku nie przewidział, jak szybko nam pójdzie z pewnymi kwestiami. Od roku pierwszego wydania "Fizyki..." minęło 7 lat i chyba dziś autor skróciłby niektóre prorokowane czasy osiągnięcia przez ludzkość pewnych stopni wtajemniczenia.

Nie będę udawać, że wszystko zrozumiałam. Na początku albo poruszane sprawy bazowały na wiedzy na tyle elementarnej, że byłam w stanie ogarnąć podawane ludzkim językiem przykłady – a w tłumaczeniu z języka fizyki na nasze Michio Kaku jest naprawdę dobry – albo z czasem autor jednak nieco popłynął. Podejrzewam jednak, że to pierwsze, że po prostu zbrakło mi bazy, bo tak naprawdę większość z tego, o czym mówił, znam głównie z filmów i książek S-F, a po lekturze "Fizyki..." zostało mi wrażenie, że to wszystko, co mi pokazują wcale nie musi być fikcją. A przynajmniej nie do końca. Przyszło mi też do głowy, że współcześni naukowcy inspirują się wytworami wyobraźni autorów fabularnych i że jest to po prostu cudowne – siła wzajemnego oddziaływania tak różnych zdałoby się źródeł.

"Cywilizacja typu III nie będzie raczej próbowała odwiedzić nas ani podbić, jak w filmie "Dzień Niepodległości", w którym cywilizacja taka rozprzestrzenia się jak plaga szarańczy, obsiada planety i wysysa całkowicie ich zasoby. W rzeczywistości w przestrzeni kosmicznej znajduje się mnóstwo martwych planet z olbrzymim bogactwem minerałów, które można pozyskiwać bez konieczności użerania się z krnąbrną miejscową populacją. Ich stosunek do nas może przypominać nasz stosunek do mrowiska. Nie czujemy potrzeby, by pochylać się i oferować mrówkom paciorki i świecidełka – po prostu je ignorujemy."

Potem zaczęły we mnie uderzać kolejne fakty – że film "Człowiek, który gapił się na kozy" miał swe źródło w faktach, że "Zakazana Planeta" – mój najpierwszy i najukochańszy przez to film S-F – to cudowna trawestacja "Burzy" Williama Shakespeare'a (której wcale nie przeczytałam do tej pory, ale przeczytam i to niedługo!), że winda grawitacyjna pojawiająca się w książkach o podboju Marsa Kima Stanleya Robinsona naprawdę ma szansę powstać, że rosyjski kosmonauta rozmija się z czasem o dwie dziesiąte sekundy, że człowiek, który traci zdolność odczuwania emocji, nie jest w stanie podjąć decyzji, gdyż logiczne podsumowanie danych wcale do tego nie wystarcza (problem pana Spocka w "Galileo Seven" <3). No i po raz kolejny czytając o Nikoli Tesli, i o Michaelu Farradayu, i o Alanie Turingu – doszłam do wniosku, że życie pisze najciekawsze scenariusze i życiem właśnie najlepiej się karmi Wena, tylko trzeba umieć tego życia szukać. Wszędzie.

Nie zrozumiałam wszystkiego, najbardziej chyba żałuję, że nie ogarniam idei horyzontu zdarzeń, ale do teraz zostało we mnie dość niepokojące na dłuższą metę wrażenie, że prawie wszystko jest możliwe, a to co niemożliwe wcale, a wcale, nie musi takie pozostać. 

"Keely, człowiek bez naukowego wykształcenia, zapraszał do swojego domu majętnych inwestorów i zadziwiał ich swoim Hydro-Pneumatyczno-Pulsacyjno-Próżniowym Silnikiem, który kręcił się ze świstem bez żadnego zewnętrznego źródła zasilania. Przejęci inwestorzy, oszołomieni tą samonapędzającą się maszyną, przybywali tłumnie i napełniali jego kufry pieniędzmi."

Książkę polecam wszystkim, którzy lubią wiedzieć, czy to, co widzą na ekranie w ogóle jest możliwe. I wszystkim tym, którzy w ogóle lubią wiedzieć. Połączyła mi w głowie parę haseł z innymi hasłami, potworzyła nowe ścieżki. Z pewnością zachęciła do szukania innych książek tego autora (być może nawet przeczytam w końcu "Hiperprzestrzeń" od szesnastu lat zalegających na półce w mojej własnej domowej biblioteczce...) i czytała się naprawdę lekko, nawet miejsca, które były mniej zrozumiałe, autor potrafił tak jakoś skwitować, że nie zostawałam z poczuciem klęski i białą plamą. Zakupiłam już swój egzemplarz i będę do niej wracać. Zdecydowanie.


PS. Kolejna pozycja słoikowa to "Moving Pictures" Terry'ego Pratchetta. Zapewne minie trochę czasu zanim ją przeczytam i właściwie mogę już raczej ogłosić, iż położyłam wyzwanie. Jest noc 30 października. Za 25 godzin rozpocznie się NaNo... ale, jak mówi pan Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów...

6 komentarzy:

  1. Mam tę książkę w planach od... no, od lat. Kurde, w końcu ją przeczytam. KIEDY? T_T

    OdpowiedzUsuń
  2. "Film "Człowiek, który gapił się na kozy" miał swe źródło w faktach" - przeczytałabym tą książkę chociażby tylko po to, by zrozumieć sens tego co napisałaś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze Ci to kiedyś wytłumaczę XD

      Usuń
    2. Oczekuję więc. Bo to po prostu mi się kłóci ;)

      Usuń
    3. "(W 1988 roku armia amerykańska poprosiła Narodową Radę Badań o zweryfikowanie doniesień o istnieniu zjawisk paranormalnych. Armia chciała ocenić możliwość wykorzystania w wojsku wszystkiego, co może mieć zastosowania militarne, z parapsychologią włącznie. W przygotowanym przez Radę raporcie rozpatrywano utworzenie hipotetycznego "Pierwszego ziemskiego batalionu", w skład którego wchodziliby mnisi wojownicy będący mistrzami prawie wszystkich rozważanych przez komitet technik, między innymi postrzegania pozazmysłowego, opuszczania ciała na życzenie, lewitacji, uzdrawiania parapsychologicznego i przenikania przez ściany.[...]" - konkretnie strona 104 :D

      Usuń