Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 26 października 2015

Siem na wakacjach: odcinek czwarty

Co ma początek, na ogół miewa też koniec. Oczywiście moje wakacje nie zechciały być wyjątkiem od reguły i się podstępnie i nad wyraz podle skończyły. Tym bardziej podle i podstępnie, że oboje zaliczamy właśnie przeziębienie wcale nie lekkie. Alergia na luksus, a jeszcze bardziej alergia na nagłe uderzenie jodu [tu pozwolę sobie na westchnienie]. Oczywiście winę za całą sytuację ponoszę ja, bo byłam pierwsza i nie omieszkałam przekazać pałeczki, tudzież pałeczek, dalej.

Zanim jednak przeziębienie zmusiło nas do przedwczesnego odwrotu z Gdańska, zdążyliśmy zaliczyć trzy obiekty z serii: tu kiedyś stał zamek, a potem go a) przebudowano, b) zburzono doszczętnie. Poniżej w kolejności: Krokowa, Chynowie i Puck.




Puck w ogóle robi bardzo sympatyczne wrażenie, bo choć po zamku zostało ledwie parę cegieł, to tablica jest dokładna, dobrze zrobiona i wyraźnie miasto chce o swej historii pamiętać. Ryneczek zadbany, herb wspaniały, a port uroczy. Jest, gdzie pochodzić i na co popatrzeć. 




W drodze do Pucka zahaczyliśmy o Żelistrzewo. Żelistrzewo to taka mała miejscowość, w której jest szkoła. Z tej szkoły, jak się okazało nie pamiętam nic. Pamiętam natomiast drogę do lasu, którą chodziłam kolonistką w Żelistrzewie będąc, lat temu dwadzieścia dziewięć. Szybka akcja riserczowa na fejsie, ujawniła szczegóły życia kolonijnego, jak niechęć dziewcząt do korzystania z pryszniców w obawie przed chłopakami podglądaczami, parawan rodem z ambulatorium oddzielający panią śpiącą na sali z wychowankami i apele na betonowym dziedzińcu. Dziwna i niesamowita jest pamięć ludzka. Pamiętam pojedyncze sceny, jakby zatrzymane na zdjęciu, pamiętam piasek w bułkach z masłem, śpiewanie "Krajki", twarz dziewczynki z niemieckiej grupy, bo to mieszana kolonia była, brązowe maszty dmuchanych łódek, które kupiłam braciom w ramach suweniru i kilka wersów piosenki grupowej. Nie pamiętam kompletnie samego Żelistrzewa. Wizyta nijak nie pomogła w odświeżeniu pamięci.

W drodze z Pucka zajechaliśmy do Władysławowa, żeby spojrzeć na półwysep z góry. Bilety na wieżę Domu Rybaka kosztują 15 zł od łebka. Powietrze nie było jakoś rekordowo przejrzyste w chwili, gdy wjechaliśmy na górę, a ja zaliczyłam moment paniki, bo ostatni odcinek pokonuje się po ażurowych schodach. Nie cierpię tego tak bardzo...




Zatrzymaliśmy się też po drodze, tuż przed Jastarnią, żeby zerknąć na bunkry na plaży, morze było zwodniczo spokojne...



W nocy z czwartku na piątek zaczęło wiać. Tak naprawdę wiać. Że się coś zmienia było widać już wcześniej, bo zrobiło się słonecznie i deszcze przestały nawiedzać Jastarnię, a poza tym którejś nocy zorientowaliśmy się, że za oknem zza portu mruga do nas Gdynia. Zabawne, jak człowiek się na co dzień nie zastanawia, ile zmienia pozornie niewidoczna mgła. W piątek rano wiatr wyginał drzewa, a wszystkie kutry, które w poniedziałek wypłynęły stały karnie w porcie. W drodze do Gdańska zatrzymaliśmy się przy wejściu na plażę od strony morza. Nie wzięłam aparatu. Monsz powiedział, że nie będzie przyjmował żadnych reklamacji z tego tytułu. Jestem osiołkiem, że nie wzięłam. Ale może to i dobrze? Przynajmniej cała ja patrzyłam, zamiast zastanawiać się, czy takie ujęcie wyjdzie. Fale były piękne. Zderzały się i wzmagały, albo znosiły, pryskały pianą i łamały w najdziwniejszych momentach. I krzyczały tak głośno!

Fale to nie jedyne braki w fotografiach – nie zrobiłam też zdjęcia plastikowej deski do krojenia, która uległa destrukcji, po tym jak użyłam jej ostatniego wieczora w apartamencie jako pokrywki na patelnię z grzankami... Plastik słabo znosi wysokie temperatury... Ale kółeczko było bardzo zgrabne - nie wycięłam go do końca, bo spojrzałam, jak było tak mniej więcej w połowie po sprawie. Na całe szczęście, bo dzięki temu grzanki dało się uratować ^_^

W piątek i sobotę zwiedzaliśmy Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku. Na raty. Bo najpierw zajechaliśmy na Westerplatte i pod zamknięte Wisłoujście – temu ostatniemu wypadało się pokłonić, bo nawet zamknięta po sezonie to taka piękna twierdza jest!




Westerplatte wzbudza we mnie trudny zestaw uczuć. W jakiś sposób mnie irytuje, że ta jedna historia z początku wojny jest tak bardzo eksploatowana, a o Wiźnie to się musiałam dowiedzieć od Sabatonu, bo w szkole jakoś cisza była w temacie. Z drugiej strony to Westerplatte. Nawet jeśli pomnik jest moim zdaniem brzydki jak sto nieszczęść i przypomina jakiś południowo amerykański totem, to nadal Westerplatte. 

W każdym razie przez ten poślizg nie zdążyliśmy w jeden dzień uporać się z ekspozycją w Spichlerzach, Sołdkiem i Żurawiem. Musieliśmy wrócić w sobotę – mieliśmy bilet-karnet na wszystkie trzy atrakcje plus prom przez Motławę w tę i z powrotem za 18 zł od osoby. Muzeum zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Jak dla mnie ma bardzo ciekawe zbiory i bardzo ciekawie je przedstawia i ładnie po prostu. Byłam w kilku muzeach morskich Europy i moim zdaniem nasze od nich nie odbiega. No i zatopiłam okręt wroga :3 I napstrykałam sporo zdjęć pod pisanie. Risercz. Tak. Risercz. Chyba coraz mocniej chce mi się znów w to pakować. W pisanie. Mam nadzieję, że to dobrze ;)



Pogoda jak widać, niczym zaczarowana. Słońce kłóciło się z chmurami, ale nie padało. W ramach pamiątek zakupiliśmy trzy książki: "Szamana Morskiego", "Udział Polaków w wojnie rosyjsko-japońskiej 1904-1905" i przewodnik po wystawie z Żurawia w razie gdyby mi nie wyszły zdjęcia :D Temat wystawy: "Gdańsk od XVI do XVIII wieku – życie portowego miasta". Tak. Wciąż nie przestałam marzyć, że kiedyś napiszę powieść o żaglowcach...

W ramach obiadu weszliśmy do restauracji "Cała naprzód" nad Ośrodkiem Kultury Morskiej. Jedzenie było smakowite, lecz porcje niezbyt duże, a obsługa też niezbyt. To nie jest miejsce, do którego się wraca. 

Resztę pobytu spędziliśmy już z gospodarzami Fruulvami, usiłując im przekazać pałeczkę. Graliśmy w "Kupców i korsarzy" – po raz kolejny sromotnie przegrałam – i w "Cytadelę". Ta gra zaiste ma moc niszczenia relacji międzyludzkich... Uważajcie z kim w nią gracie ;) 

Jesteśmy już w domu, choć urlop jeszcze trwa. Wciąż myślimy, co z nim zrobić, gdybyśmy tak nagle szczęśliwie wrócili do zdrowia. A nad światem skrzydła swe powoli rozpościera NaNo. Mózg nie chce przestać kminić. To jest jak nałóg. Dziś nawet stanął mi w oczach tytuł, zastanawiam się czemu "Przenikanie" na wszystkich bogów literatury?

2 komentarze:

  1. Bunkry na plaży. Czemu mi to robisz? T_T W przyszłym roku miałam kończyć Kraków T_T

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciałam... Ze zwiedzaniem jest jak z tym gościem w sklepie monopolowym, który się długo namyślał i zniecierpliwiony klient rzekł w końcu: "Panie, tu wszystko smaczne!"

      Usuń