Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 19 października 2015

Siem na wakacjach: odcinek drugi

W odcinku drugim opowiem Wam, jak nie pojechaliśmy na Hel w niedzielę, bo padało. Błąkaliśmy się za to po Jastarni, chłonąc pustkę i ciszę i histerycznie pstrykając zdjęcia, gdy padało nieco mniej. W myśl zasady portretowej robiliśmy portretówki kutrom. Wokół nich było mnóstwo ołowiu. Ołowiane morze, ołowiane niebo, choć wcale nie jednolite. I cisza. Próbowałam sobie wyobrazić Jastarnię w szczycie sezonu. I nie umiałam. Nawet w Biedronce było po prostu cicho. Był taki moment, gdy staliśmy przy kasie, że w całej hali sklepu nie rozlegał się żaden dźwięk. Trochę jak otrzeć się o magię. 
 

A gdy poszliśmy na plażę od strony otwartego morza, gdzie fale nieco leniwie łamały się o brzeg, a mewom i rybitwom nie chciało się za bardzo uciekać, przypomniałam sobie panel dyskusyjny z Imladrisu o tym, jaka przyszłość czeka człowieka. W październiku w Jastarni znacznie łatwiej sobie wyobrazić, jak mało jest tak naprawdę ludzi na świecie, niż kiedykolwiek u nas na Śląsku.
 

Taki spokojny dzień, ta niedziela. Okoliczne koty takie ufne i chętne do głasków, deszcz mało groźny, grzane piwo w "Łóżku" smakowite. "Łóżko" to w ogóle nazwa do zapamiętania, bo restauracja całoroczna, ceny przyzwoite, wystrój przyjemny, obsługa sprawna, a jedzenie po prostu dobre. Wiem, bo w sobotę postanowiliśmy nie szaleć z samogotowaniem i po paskudnym doświadczeniu w KFC na MOPie "Olsze" podpytaliśmy szefową naszego apartamentu o miejsce z dobrym jedzeniem. Poleciła "Łóżko", a teraz ja z czystym sumieniem polecam. A jeśli o KFC: nie dość, że ciężko było z obsługi wyciągnąć, czego mamy się po kanapce spodziewać, a nie jesteśmy znawcami smażonych kurczaków z Kentucky, to jeszcze pośród frytek była taka, która zalatywała łajnem... zapłaciliśmy, zaczęliśmy jeść, Monsz trafił na ową frytkę, wyszliśmy głodni.

W niedzielę już wykorzystałam apartamentową kuchnię i machnęłam nam steki. Szło mi nieźle do momentu ściągania ich z patelni. Nie wiem dokładnie jak i co, ale jak prysnęło to do dziś mnie boli poparzona powieka i policzek... Jestem mistrzynią kuchni...

A jak szliśmy spać, to Monsz zaczął snuć opowieści o bebokach schodzących po schodach z antresoli, które to schody są tuż obok drzwi do kibelka, w związku z czym czekałam nad ranem aż on się obudzi, bo przecież w żadnym razie nie mogłam pójść przez ciemny salon do łazienki ze schodami-potworami w sąsiedztwie sama. Zwłaszcza, że skończyłam sobie tej nocy czytać "Króla Wron", a kto czytał ten wie, że ogólnie to noce są słabo bezpieczne, a dnie wcale nie lepsze. W ogóle czytelnictwo mi skacze, bo jeszcze przeczytałam "Ludzi Czarnego Kręgu", czyli opowieść z Conanem i to na głos, bo czytałam w drodze z Gliwic do celu, biorąc na siebie rolę radia. A teraz zajęłam się Pratchettowymi "Moving Pictures". Wolno, ale do przodu.

Do Fokarium i do Muzeum Obrony Wybrzeża pojechaliśmy dziś. Ranek zimniejszy, ale bez deszczu. Tylko mgła oblepiała wszystko i pewno to od niej ten chłód wwiercający się pod ubrania dość skutecznie. Hel sprawiał wrażenie uśpionego. Kilka wciąż czynnych, lecz kompletnie pozbawionych turystów. sklepików z pamiątkami robiło przygnębiające wrażenie, za to w Fokarium przez przyjemną chwilę byliśmy sami. Prawie sami. Były jeszcze dwie dziewczyny i para z dwójką cichych i spokojnych dzieciaków. Foki śmigały w tę i z powrotem wystawiając głodne pychole jak świstaki, surykatki, a najbardziej jak koty. A potem przyszła jakaś szkoła... Najpewniej zielona. Najwyższe stworki sięgały mi do połowy ramienia. Oczywiście piszczały i mówiły: O PATRZ, FOKA! Jakby liczyły na to, że w Fokarium spotkają słonie... W sumie ich entuzjazm był całkiem w porzo, gorzej by mi było, gdyby miały zwierzaki w nosie. A foki to niezłe łobuzy...
 

Gwoli udawania, że piszę to wszystko, by być pomocna innym wejściówka do Fokarium 5 zł. Płaci się w automacie i trzeba mieć dokładnie piątaka. Obok jest drugi automat, który rozmienia dychy. W środku jest jeszcze Muzeum, które kosztuje złotówkę i też trzeba tę złotówkę wrzucić do automatu. Nie wrzuciliśmy, bo nie mieliśmy. Zresztą w środku było dużo dzieciów, a nie było toalety. O tę ostatnią walczyliśmy na ostro. Pan mnie wpuścił za złoty sześćdziesiąt, bo więcej w miedzi nie nazbieraliśmy oboje, choć płatne było dwa złocisze. Ulga taka wielka...

Port w Helu to prawdziwy port. W sensie, że nie jachty i takie tam, tylko zwyczajnie miejsce pracy. Podobało mi się takie jakby po godzinach, nie strojące się dla turystów.
 

No i weszliśmy do baru o nazwie "Hello". Bo się chcieliśmy zagrzać. Placek rybacki był całkiem pyszny, a zupa pomidorowa była z makaronem i żywymi pomidorami. I wrażenie też bar ów robił sympatyczne, obsługa takoż, a kieszeń na luzie wytrzymała.

Na koniec sobie zostawiliśmy "Muzeum Obrony Wybrzeża". Ten skansen dział... I cała wieża artyleryjska działa kalibru 406 mm! To takie piękne! I tylko 12 zł za tę radość od łebka :3 Choć nie omieszkam dodać, iż napis: "jedyna taka kolejka w Europie" mnie jednak rozbawił mowa o wojskowej kolejce wąskotorowej bo przecież w Hanstholm na Jutlandii, gdzie w czasie wojny stało identyczne działo, również można się przejechać kolejką. Ale wiadomo reklama dźwignią handlu ;)
 

I kupiłam sobie guziki do płaszcza! Z mundurów marynarki wojennej ofkoz! Dużo guzików, dużo radości :3 I wyszło słońce! Prawdziwe, radosne, ozłacające wszystko słońce! A my z bolącymi nogami i w pięćdziesięciu procentach głodni (czyt. Monsz) wróciliśmy do apartamentu na obiad. Wróble zjadły cały chleb, który im rozsypaliśmy na balkonie i zostawiły pamiątki w postaci kup. Takie miłe ptaszki, sympatyczne. Nie zdążyliśmy na zachód słońca, a zresztą i tak zachodziło w chmurę. I jeszcze rozegraliśmy partyjkę "Szczęść Boże". Wygrałam, bo nie umiem kalkulować. I obejrzeliśmy "Gang Olsena jedzie na Jutlandię", bo sobie chcieliśmy popatrzeć na duńskie bunkry i stanowisko działa 406 mm. 

A jutro Gdynia ^_^

4 komentarze:

  1. Nie próżnujecie na tym urlopie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak zaczynam zazdraszczać tego urlopu i fok, że się chyba wybiorę. Może nie w tym roku, ale się wybiorę. Natchnęłaś mnie. W przyszłym roku ruszam na północ, oglądać foki. O.

    (i, ekhem, też wczoraj tłuszcz atakował moje oczy o.o)

    OdpowiedzUsuń